Niezłomny, Laura Hillenbrand

Znak, 2011

Liczba stron: 440

Mam z tą książką pewien problem. Problem istotny. Otóż, zupełnie nie wiem czy powinnam cokolwiek o niej pisać. Jest to bowiem pierwsza w moim życiu książka, która mi się podobała i której mimo to nie doczytałam do końca. Nie wiem czy będę umiała to wytłumaczyć, ale postaram się znaleźć przyczyny tego stanu rzeczy w dalszej części mojego wywodu.

„Niezłomny” jest książką biograficzną i opisuje życie Louisa Zamperiniego. Zaczyna się od dzieciństwa w ubogiej rodzinie, kiedy Louis zasłynął w miasteczku tym, że był jednym z największych chuliganów. Prowadzi nas przez dalsze koleje losu rozbrykanego nastolatka, którego na właściwe tory sprowadził brat zaszczepiając mu zamiłowanie do sportu. Szybko okazało się, że Zamperini ma talent i nawet udaje mu się załapać na wyjazd na Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936 roku. Kariera sportowca zostaje przerwana wybuchem wojny i zaciągnięciem się do wojska.

W wojsku trafia do jednostki lotniczej i jest celowniczym. Poznajemy trudy szkolenia, zawodność maszyn oraz niebezpieczeństwa misji na Pacyfiku. Najwspanialsza część książki to opis niezłomności bohaterów, którzy przez wiele tygodni dryfowali po oceanie po zestrzeleniu samolotu, walcząc nie tylko z głodem i rekinami, ale także z wrogiem atakującym ich z powietrza.

Wola przetrwania, pomysłowość, wiedza i hart ducha Zamperiniego zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Pochłaniałam książkę wszystkimi zmysłami. Cytowałam fragmenty na głos, gwizdałam z podziwu, wzdychałam z przerażenia. Kibicowałam bohaterom, kiedy wreszcie zostali wciągnięci na statek, który okazał się jednostką wroga. Odpadłam w części obozowej. Nie od razu, po jakimś czasie.

Obiecywałam sobie, że wrócę do książki, ale nie wróciłam. Co takiego się stało? Myślę, że nałożyło się kilka spraw. Po pierwsze z jakichś powodów w tamtym okresie nie miałam ochoty na literaturę „obozową.” Raczej nie wynikało to z tego, że jestem nieczuła, tylko bardziej z tego, że odczuwałam każdą krzywdę mocniej. Taki stan ducha. Druga sprawa, to zrodził się we mnie bunt. Tacy nadludzie, którzy przeżyli kilkadziesiąt dni na otwartym oceanie zasłużyli na inne traktowanie niż obóz jeniecki. Nie chciałam czytać o poniżeniach ze strony Japończyków. Książka powędrowała na półkę na czas nabrania przeze mnie dystansu.

I nie wróciłam do niej. I w najbliższym czasie raczej nie wrócę. Dlaczego? Bo wiem jak ta historia się kończy. W trakcie czytania przejrzałam wszystkie fotografie zamieszczone w książce i przeczytałam podpisy pod nimi. Jakkolwiek potoczą się losy wojenne bohatera książki, wiem, że wyjdzie cało, wiem, mniej więcej kim będzie w życiu. Nie czeka mnie już żadna większa niespodzianka. I to przede wszystkim odebrało mi ochotę na przeczytanie książki do końca. Sama jestem sobie winna, bo nawet jak mi się bardzo podobało, nie powinnam wyrywać się do przodu i podczytywać co dalej… Tym wpisem przestrzegam siebie (i Was również), że nie warto być nadgorliwym i psuć sobie przyjemności poznawania historii po kolei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *