Wilt, Tom Sharpe

wiltPoradnia K, 2017

Liczba stron: 288

Tłumaczenie: Zuzanna Naczyńska

Czytałam „Wita” jakieś 20-25 lat temu. Zapamiętałam głównie to, że nie mogłam powstrzymać głośnego śmiechu. Teraz, po wznowieniu tej powieści w nowym tłumaczeniu zastanawiałam się, czy dostarczy mi tyle samo frajdy. I tak, znowu praskałam śmiechem i całą opowiedziałam mężowi. Nie da się inaczej, bo w niektórych scenach Tom Sharpe przechodzi sam siebie.

Tytułowy Wilt pracuje jako nauczyciel przedmiotów ogólnokształcących w college’u. Od lat na tym samym stanowisku asystenta. Jest pokorny, fajtłapowaty i nie upomina się o awans i doskonale radzi sobie z klasami, których nikt nie chce uczyć, pełnymi młodych rzeźników, tynkarzy itp. Największym utrapieniem Wilta jest jego żona Eva. Po dwunastu latach małżeństwa Wilt nie ma już do niej cierpliwości i wyprowadzając psa marzy o tym, jak cudownie byłoby się jej pozbyć. Pani Wiltowa jest dużą kobietą z niekończącym się entuzjazmem dla rzeczy, których nie pojmuje – wciąż uczestniczy w różnych kursach i próbuje zaszczepiać szalone idee na gruncie domowym. Gdy pewnego dnia poznaje wyzwoloną seksualnie żonę amerykańskiego profesora jest tak zauroczona głoszonymi przez nią hasłami, że naiwnie wierzy w szczere intencje nowej przyjaciółki. Ta znajomość w połączeniu z niechęcią Wilta do żony przerodzi się w dramat, w wyniku czego wykładowca zostanie aresztowany.

A może raczej powinnam napisać, że zmienia się w komedię? Naprawdę nie da się tego czytać z poważną miną. Dialogi podczas przesłuchania Wilta są mistrzostwem świata. Niepozorny nauczyciel zaprawiony w bojach z klasami rzeźników i murarzy jest przeciwnikiem, jakiego na policji jeszcze nie mieli – odpiera każdy zarzut z żelazną logiką. Policjanci są na skraju wytrzymałości, czytelnik natomiast musi co chwilę przerywać lekturę, żeby się spokojnie wyśmiać, bo na kolejnej stronie czai się następna scena, która może rozbawić do łez.

Ta książka zupełnie się nie zestarzała. Sam pomysł na fabułę jest świetny, wykonanie mistrzowskie. Angielski humor na najwyższym poziomie – trochę abstrakcyjny, często rubaszny, chwilami czarny i makabryczny. Polecam, jeśli w literaturze szukacie inteligentnej rozrywki jak z filmów Woody’ego Allena. I uwaga, w miejscach publicznych czytacie na własną odpowiedzialność.

Jedna księżycowa noc, Caradog Prichard

jedna-ksiezycow-nocWydawnictwo Officyna, 2017

Liczba stron: 223

Tłumaczenie: Marta Listewnik

To pierwsza książka przetłumaczona na polski z języka walijskiego. To jedno zdanie było dla mnie wystarczającą rekomendacją. Informacja o tym, że w środku książki autor na chwilę przerzuca się z prozy na poemat nieco studziła mój zapał. Obawiałam się również tego, że opowieść o małym, biednym miasteczku okaże się mało strawna. Okazuje się, że bardzo się myliłam. Mogłabym przeczytać jeszcze ze dwa razy tyle, żeby nasycić się stylem i treścią.

Caradog Prichard zamieścił w swojej jedynej powieści wątki autobiograficzne. Literaturoznawcy twierdzą, że jest to próba rozliczenia się z trudną przeszłością naznaczoną chorobą matki. I coś w tym jest. Opowiadana przez kilkuletniego chłopca historia to obraz życia w małym walijskim miasteczku w okresie pierwszej wojny światowej. Przygody paczki przyjaciół, te zabawne i te o dramatycznym przebiegu, są spisane niechronologicznie, ponieważ jedna historia przechodzi w drugą, jakbyśmy naprawdę słuchali rozgadanego dziesięciolatka.

Życie nie oszczędzało jego rodziny i jego sąsiadów. Młodzi i starsi wyjeżdżali na wojnę i rzadko z niej wracali. Chłopak po skończeniu kilku klas szkoły nie miał żadnej innej opcji poza zaciągnięciem się do wojska i na wojnę i pracą w kamieniołomie. Dzieciństwo upływało na ciągłym zagłuszaniu głodu i martwieniu się o to, czy mama będzie miała z czego przygotować posiłek. Nie było pracy, zapomoga starczała do połowy tygodnia. Matkę chłopca ratowało to, że w odległości kilku (może kilkunastu) kilometrów mieszkali krewni, którzy mieli gospodarstwo, więc powodziło im się lepiej. Do nędzy panującej w domu dochodzi strach o to, że jeśli coś się stanie mamie, chłopak zostanie sam. A mama daje podstawy do tego, by się o nią obawiać – często płacze, zdarza jej się chorować tygodniami. Ten tragiczny obraz rozchmurzają opisy wygłupów, przyjaźni między chłopcami, wędrówek po górzystej okolicy, obserwacji życia w miasteczku, które karmi się plotkami.

Warto odnotować dość charakterystyczny styl narracji, do którego łatwo przywyknąć, a także tłumaczenie nazw własnych. Co prawda, zwykle się tego nie robi, jednak w tym przypadku tłumaczka postanowiła przełożyć na polski nazwy miejsc, przydomki osób, itp. I słusznie, tym bardziej, że przydomki zwykle określają funkcję, jaką dana osoba pełni w społeczności. Połączenie nowatorskiego stylu z tematyką wspomnieniową i historyczną daje naprawdę świetny efekt. Jedyne, co mi się nie podobało to zakończenie. Nie dlatego, że było słabe, wręcz przeciwnie, było moce, aż za mocne. Po prostu nie tak to sobie wyobrażałam i życzyłam bohaterowi innego losu. Bardzo dobra książka. Przeczytajcie, dzielcie się wrażeniami – niech będzie o nie głośno!

Dlaczego sztuka pełna jest golasów, Susie Hodge

dlaczego-sztuka-pelna-jest-golasow

PWN, 2017

Liczba stron: 96

Tłumaczenie: Grzegorz Kulesza

Zdarza wam się zabierać dzieci do muzeum lub galerii? Zdarza wam się, że nie wiecie jak odpowiedzieć na inteligentne pytanie młodego konesera sztuki? Książka Susie Hodge może pomóc wam i dzieciom. Najlepiej przeczytać ją wspólnie, a potem zabrać na wycieczkę do muzeum. Na pewno się przyda!

Postawione w tytule pytanie to jedno z wielu omówionych w tej bogato (i zabawnie!) ilustrowanej książce. Autorka pochyla się nad sztuką tradycyjną i nowoczesną i naprawdę trafnie przewiduje pytania, jakie mogą zrodzić się w głowach najmłodszych. Poniżej podaję kilka pytań. A teraz proszę, zastanówcie się do jakiego dzieła sztuki (lub dzieł) mogą się odnosić.

  • Czy to wisi do góry nogami?
  • Czemu to takie nieostre?
  • Czy są jakieś brzydkie pomniki?
  • Dlaczego dzieła sztuki są takie drogie?
  • Ale co to jest?

Jak poszło? Jestem pewna, że i my, dorośli, czasami mamy podobne spostrzeżenia.

Książka jest bogato ilustrowana. Umieszczono w niej wiele reprodukcji dzieł sztuki, ponadto są tam rysunki i napisy w stylu komiksowym, czego próbkę widać już na okładce. Według mnie, szata graficzna jest rewelacyjna, tekst natomiast bardzo ciekawy i pomocny. Dodatkowym atutem przemawiającym za tym, że książkę warto zabierać ze sobą, gdy idziemy oglądać eksponaty w muzeum, jest sztywna, bardzo gruba okładka, która ustrzeże kartki przed możliwymi wypadkami. Rodzice, kupcie ją swoim dzieciom, uczcie patrzenia na sztukę.

Szepty kamieni. Opowieści z opuszczonej Islandii, Berenika Lenard & Piotr Mikołajczak

szepty-kamieniWydawnictwo Otwarte, 2017

Liczba stron: 256

Islandia to jeden z najmniej zadeptanych krajów Europy, kusi egzotyką surowego krajobrazu, nieprzewidywalnością pogody i miejscami, gdzie można pobyć sam na sam z przyrodą. Niestety (lub na szczęście), Islandia jest coraz lepiej skomunikowana ze światem, więc znalezienie odludnych i urokliwych zakątków staje się wyzwaniem. Nie jest jednak niemożliwe. Autorzy tej książki wciąż jeszcze takie znajdują. Szczególnie fascynują ich porzucone zabudowania, domy, chatki, gospodarstwa, przetwórnie niszczejące w śniegu, wietrze, rozsypujące się bez pomocy człowieka.

Po kilkunastu miesiącach na wyspie, postanawiają pojeździć tropem takich miejsc i napisać o nich książkę. Okazuje się, że czasem robią skok w bok i piszą o nico innym obliczu Islandii, skupiając się na ludziach, nie na pustostanach. W ich opowieści-reportażu pobrzmiewa zachwyt pomieszany ze zdroworozsądkową krytyką. To, co widzimy jako turyści, to tylko powłoka, kolorowy obrazek, który możemy ze sobą zabrać do domu. Mieszkańcy wyspy, nawet tacy, którzy przybyli na tam kilka lat wcześniej, widzą i wiedzą więcej.

Reportaż nie skupia się na imigrantach z Polski i całe szczęście. Opisanie ich zmagań z trudną islandzką rzeczywistością byłoby bardzo kuszące, ponieważ w Islandii mieszka i pracuje (chyba najczęściej fizycznie) wielu przybyszów z naszego kraju. Autorzy przedstawiają zaledwie jedną taką parę, zapewne słusznie wnioskując, że losy innych są podobne. Więcej uwagi poświęcają rodzimym Islandczykom. Pięknie piszą o parze, która zamieszkała na odludziu, wyremontowała stary budynek, latami zmagała się z nieprzejezdną drogą, ostatecznie otworzyła hostel, który przysporzył im popularności na świecie.

Ta bardzo ciekawa, nierozwodniona książka opowiada o Islandii bez sentymentu, rozgranicza to, co piękne, od tego, co byle jakie. Dobrze napisana, zilustrowana fantastycznymi zdjęciami, pierwsza klasa wśród książek o podróżach i poznawaniu nowych miejsc. Polecam!

Lęk, Hubert Hender

lekFilia, 2017

Liczba stron: 440

Poprzednia książka Huberta Hendera była wciągająca, ta jest natomiast megawciągająca. Usiadłam i przeczytałam od początku do końca, chociaż wcale nie jest cienka. I już w pierwszym akapicie polecam wam jej lekturę, jeśli nie chce wam się czytać dalszego ciągu recenzji.

Wakacje dobiegają końca. Pewnego dnia na komendę policji przychodzi matka czternastolatki i zgłasza zaginięcie. Z początku nikt się nie przejmuje – wiadomo, dziewczyna mogła kogoś spotkać i oddalić się od domu, zapominając o bożym świecie, mogła spróbować zademonstrować swoją niezależność itp. Ostatecznie sprawę dostaje doświadczony policjant i próbuje dociec, co stało się z Patrycją. Okazuje się, że śladów jest niewiele – nie ma dowodów na to, że została uprowadzona, nie ma dowodów na to, że sama uciekła. Nic. Policja prowadzi poszukiwania nad rzeką, przesłuchuje, przegląda monitoringi prywatne i miejskie. Liczy na znalezienie jakiejś wskazówki, bo przecież dziecko nie wyparowało.

Każdy dzień bez wieści od dziewczynki oznacza jeszcze większy dramat rodziców i dramat policjantów, którzy gonią za własnym ogonem, nie mając pewności, kto skrywa prawdę. Im dłużej nie ma Patrycji, tym mniejsze szanse na odnalezienie jej żywej. Wszyscy mobilizują całe swoje siły, by ścigać się z czasem i losem. I z mordercą.

„Lęk” czyta się świetnie, choć akurat niektóre posunięcia policji były dla mnie dość dziwne – na przykład ja przesłuchiwałabym świadków w innej kolejności, szybciej przeszukałabym pokój zaginionej itp. Ale wiadomo, literatura rządzi się swoimi prawami i nie można pędzić do celu po linii prostej. Autor umiejętnie stopniuje napięcie, dawkuje informacje, pokazuje, ile ślepych tropów czyha na śledczych, podsuwa podejrzanych i wątki wiodące na manowce. Uwielbiam ten stan, gdy poza książką nie widzę świata i chciałabym jak najszybciej poznać rozwiązanie zagadki. Hubert Hender zafundował mi taką jazdę i kilka godzin poza rzeczywistością. Gorąco zachęcam do lektury!

Agnieszka Kalus o książkach i czytaniu