Z kamerą i strzelbą przez Mato Grosso, Antonio Halik

Niewątpliwie przyjemnie spędziłam czas podczas lektury tej książki. Z początku jednak nie zapowiadało się dobrze, pierwsze rozdziały męczyłam kilka dni, bo nie mogłam wejść w rytm opowieści. Być może to ja byłam zbyt zmęczona, żeby zanurzyć się w brazylijskiej selwie razem z Halikiem i jego żoną Pierrette.

Książka to zapis podróży małą indiańską łódką przez dżunglę oraz pieszo i konno przez suche równiny Brazylii. Istotną rolę podczas wyprawy odgrywają dwa przedmioty wymienione w tytule. Strzelba pomaga zdobyć pożywienie oraz zaskarbić sobie przyjaźń Indian, a kamera rejestruje świat tak odległy od naszych wyobrażeń.

Halik koncentruje się na dwóch wątkach: faunie i florze oraz życiu Indian licznych plemion zamieszkujących ten teren. Podczas podróży (niestety nie wiadomo jak długo trwała ta wprawa) małżeństwo Halików mieszka w dwóch Indiańskich wioskach, bierze udział w życiu plemiennym, dzieli z tubylcami radości, smutki i trudy życia na skraju dżungli i niejednokrotnie naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Opisy przyrody odbiegały stylem od pozostałych fragmentów, są trochę nieporadne, trochę pompatyczne, chociaż jak najbardziej szczere. Rozumiem, że przełożenie na słowa zachwytów i wzruszeń, jakich dostarcza natura bez zahaczania o śmieszność jest niezwykle trudne, dlatego wielkodusznie się nie czepiam. Opisy życia plemiennego, historii plemion, ich potyczek i uprzedzeń (słusznych) w stosunku do białego człowieka są znacznie lepsze, tętnią życiem, są malownicze i autentyczne.

Książka jest ilustrowana fotografiami z wyprawy, na których są zarówno ludzie oraz przyroda. Szkoda tylko, że zdjęcia nie są podpisane.

Sprawa Saint-Fiacre, Georges Simenon

 Dawno już nie czytałam kryminału z akcją osadzoną na początku XX wieku, w którym główną metodą śledczą jest obserwacja zachowań ludzkich, dedukcja i rozmowa. Takie powieści ze sławnymi detektywami (Miss Marple, Hercules Poirot, Maigret) pisali Agatha Christie, Georges Simenon oraz Raymond Chandler. Mimo tego, że w latach trzydziestych dwudziestego wieku kryminologia była już dość zaawansowaną nauką (wiadomo skąd wiem), Simenon pomija osiągnięcia w tej dziedznie i każe swojemu bohaterowi prowadzić dochodzenie w sposób staroświecki.

Maigret powraca do swojego rodzinnego, prowincjonalnego miasteczka Saint-Fiacre, którego głównymi atrakcjami są zamek zubożałej hrabiny, kościółek oraz jedyna w miejsowości oberża. Przybycie Maigreta ma charakter pół służbowy – na posterunku policji w Paryżu znalazł się anonim, w którym ktoś donosi, iż podczas pierwszej mszy w Święto Zmarłych w kościele zostanie popełniona zbrodnia. Nikt nie wierzy w tę informację, ale Maigret postanowia udać się na miejsce z sentymentu dla lat swojego dzieciństwa.

Rzeczywiście, jedna z osób obecna na mszy nie opuszcza kościoła o własnych siłach. Tropy prowadzą w kilku kierunkach i do końca nie wiadomo kto chciał pozbyć się tej osoby ze świata żywych. Ostatecznie otrzymujemy odpowiedź na to pytanie w okolicznościach podobnych do finałowych rozgrywek Poirota – wszyscy zainteresowani zostają zgromadzeni w jednym pomieszczeniu i tam, krok po kroku, zostaje zastawiona pułapka na mordercę.

„Sprawa Saint-Fiacre” trochę trąci myszką, ale oczywiście nie jest to pierwsza powieść z Maigretem, którą czytałam, więc wiedziałam czego się spodziewać. Co więcej potrzebowałam właśnie takiej książki, lekkiej, ale niegłupiej, z ciekawą zagadką do rozwiązania. Rozczarował mnie jedynie fakt, iż Maigret nie był główną osobą, która przyczyniła się  do rozwiązania zagadki śmierci w kościele.

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, Stieg Larsson

Zanim zabrałam się za książkę przeczytałam kilka recenzji i stwierdziłam, że coś musi być nie tak, skoro wszystkim ta powieść się podobała. Obawiałam się, że będzie to kolejny Coelho, którego znieść nie mogę, albo i taka Mayer czy inna Kalicińska. Ale nie, nie znalazłam w książce ani natchnionej frazy, ani wampirów i tym podobnych stworów.

Larsson pisze o ludziach. Pisze o tych dobrych, którzy nie są wolni od wad i o tych złych, których portretuje z chłodną stanowczością. Przyczynkiem do intrygi kryminalnej staje się zlecenie, jakie dostaje dziennikarz Mikael Blomkvist, pozostający w niepewnej sytuacji zawodowej i na własną prośbę odsunięty od redagowania i wydawania magazynu Millennium. Zlecenie milionera Henrika Vagnera polega na spisaniu losów rodziny oraz przeprowadzeniu śledztwa dotyczącego zaginięcia Harriet Vanger, bratanicy Henrika. Pierwsze zadanie wciąga Mikaela, drugie wydaje się niedorzeczne, ponieważ zaginięcie miało miejsce czterdzieści lat wcześniej i ani dokładne śledztwo policyjne, ani prywatne badania Henrika nie przyniosły przełomu w sprawie. Smaczku całej historii nadaje fakt, że na skutek zbiegu okoliczności w kręgu podejrzanych znajduje się przede wszystkim najbliższa rodzina zaginionej i najprawdopodobniej zamordowanej dziewczyny.

Mikael dostaje do pomocy wybitną researcherkę Lisbeth Salander. Lisbeth to dziewczyna zamknięta w sobie, aspołeczna, pozostająca pod opieką kuratora, z mroczną przeszłością. Jednocześnie obdarzona jest przenikliwością, spostrzegawczością, świetnie analizuje sprawy, wyróżnia się w swojej pracy. Stanowią z Mikaelem przedziwny team, który dochodzi do prawdy o stosunkach panujących w rodzie Vangerów.

Książka liczy kilkaset stron, jednak historia jest opowiedziana w taki sposób, że trudno odłożyć tom na półkę. Czyta się ją niemal jednym tchem. Postacie żyją swoim życiem, w swoim środowisku, wszystkie wątki osadzone są w okolicznościach społeczno-kulturalno-ekonomicznych. Główny bohater bywa irytujący i interesujący. Larsson to niewątpliwie autor obdarzony dużym talentem literackim oraz ogromną wyobraźnią. Szkoda, że powstały tylko trzy części serii kryminalnej Millennium.

Życie na drzwiach lodówki, Alice Kuipers

Dostałam mniej więcej to, czego spodziewałam się po tej książce. Matka, lekarz ginekolog, i jej nastoletnia córka mieszkają same, ponieważ rodzice dziewczyny od kilku lat są po rozwodzie. Obie pochłonięte są swoimi sprawami do tego stopnia, że porozumiewają się ze sobą poprzez liściki i notatki zostawiane na drzwiach lodówki.

Córka to typowa nastolatka, pochłaniają ją przyjaciółki, pierwsze miłości, szkoła. Matka, jak to typowa matka, pracuje za trzech, biorąc dyżury w szpitalu. Aż pewnego dnia okazuje się, że matka ma guza na piersi. Obie kobiety muszą teraz stawić czoło nowemu doświadczeniu.

Karteczki pokazują dramatyczny przebieg choroby oraz szybkie dojrzewanie Claire. W dość banalny sposób obrazują sentencję „Śpieszmy się kochać ludzi…”, choć w tym przypadku, czasu stanowczo brakuje. Matka wycofuje się w swoich problemach, córka bagatelizuje sygnały aż w końcu czas się kurczy, a sprawy pozostają nierozwiązane, słowa niewypowiedziane.

Brakowało mi tego, co działo się pomiędzy jedną karteczką a drugą. Brakowało mi głębszego wejścia w sytuację. Ale na plus dodam, że z kilku powodów zachwyciło mnie zacytowanie na początku książki wiersza Williama Carlosa Williamsa „This is Just to Say”.

Balzakiana, Jacek Dehnel

Obawiałam się, że przez książkę nie przebrnę. Przede wszystkim, w znanych mi recenzjach stresowały mnie wzmianki o zawiłym języku „Balzakian”. Taka trudna do przyjęcia maniera pisarska może skutecznie zniechęcić do czytania.

Rzeczywistość okazała się zgoła inna – owszem, język jest bogaty, zdania długaśne, pełne dygresji, wtrąceń, dopowiedzeń, ale wcale nie trudne w odbiorze. Wręcz przeciwnie powiedziałabym: smakowite i pełne.

Książka to zbiór czterech noweli – minipowieści. Autor z dużą przenikliwością szkicuje poszczególne postacie, nadając im charakterystyczne cechy, sposób mówienia, sposób myślenia. Cechą wspólną dla każdej miniatury literackiej zawartej w zbiorze jest zapis losów opisywanych rodzin, czasem nawet dwa pokolenia wstecz i doprowadzanie historii aż do momentu właściwej akcji.

Wszystkie nowele są smutne mimo tego, że podszyte ironią, ciętym językiem, subtelnym nawiązaniem do współczesnych wyznaczników kiczu (pojawiające się magazyny Viva, Gala, seriale TV, opis nowobogackich rezydencji itp.) Wszyscy bohaterowie to ludzie poszukujący i tragiczni – uwikłani w okoliczności, które mimo blichtru nie zwiastują niczego dobrego. Czasem po prostu bohaterowie urodzeni zostali w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie, dlatego też łakną bliskości, normalności, familijności, takiej, jaka według nich miała miejsce w wieku dziewiętnastym.

Agnieszka Kalus o książkach i czytaniu