Prowansja od A do Z, Peter Mayle

Jest to książka w formie leksykonu, w którym hasła ułożone są alfabetycznie. Nie jest to raczej moja ulubiona forma poznawania świata, bo mam wrażenie jakbym czytała słownik. Do książki podchodziłam kilka razy w sporych odstępach czasu. W sumie nie wiedziałam jak mam ją czytać, czy kolejno jak leci, czy wybierać sobie hasła, które mnie zainteresowały. Moje dziecko czyta skacząc z literki na literkę, ja w końcu zdecydowałam się czytać po kolei, bo bałam się, że umknie mi jakiś istotny fragment.

 Most w Avignon

Autor w dość zabawny sposób pokazuje realia życia w Prowansji, nawyki, dziwactwa, tradycje Francuzów. Opisuje potrawy nasycone zapachem świeżych ziół i czosnkiem, podaje nieskomplikowane przepisy. Wyraża zachwyt nad niezwykłymi miejscami oraz przyrodą Prowansji – cudownie błekitnym niebem, które od lat mnie fascynuje, przedziwnym wiatrem mistralem wywiewającym myśli z głów, rozszalałymi latem cykadami. Raz za razem subtelnie wplata fragmenty ukazujące pogardliwy stosunek Prowansalczyków do Paryżan.

Marsylia,  Notre Dame de la Garde

Chwilami czytanie nużyło mnie, głównie wtedy, gdy autor opisywał nieznane mi miejsca, mało ciekawe były dla mnie także wskazówki dotyczące remontu oraz zakupu nieruchomości w Prowansji. Do tych fragmentów wrócę, jak wygram grubszą kasę w totka 🙂 Jednak za chwilę znowu pochłaniały mnie pachnące opisy rzeczy i miejsc, które widziałam i które chciałabym zobaczyć.

 

Marsylia, Chateau d’If

W książce najbardziej brakuje fotografii. Wydanie opatrzone ilustracjami opisywanych potraw, miejsc, krajobrazów oszczędziłoby wnikliwemu czytelnikowi czasu spędzonego w sieci na poszukiwaniu tego, co go zainteresowało. Czytałoby się też lepiej, gdyby można było od czasu do czasu pozwolić oku odpocząć na błękicie prowansalskiego nieba.

Na moich zdjęciach miejsca, które już widziałam 🙂 Brakuje mi fotek cyfrowych z kwitnącymi polami lawendy – ostatnio byłam w Prowansji po sezonie kwitnienia.

Klub mało używanych dziewic, Monika Szwaja (audiobook)

 

Poczyniłam powrót do audiobooków za sprawą powieści „Klub mało używanych dziewic”. Dawniej namiętnie ich słuchałam, kiedy to dostępne były tylko w British Council i to na kasetach. Potem zarzuciłam ten zwyczaj, ponieważ zauważyłam, że często wyłączam się i nie śledzę wypowiedzi lektora, szczególnie wtedy, gdy mówił z męczącym akcentem. Ten audiobook jest pierwszym, którego wysłuchałam w języku polskim.

W okolicach grudnia dostrzegłam potrzebę zakupu audiobooków na podróże samochodowe. Nie jestem kierowcą i spędzanie kilku godzin na fotelu pasażera na znanej mi trasie stało się dla mnie prawdziwą udręką, szczególnie zimą, gdy ciemności nie pozwalają na czytanie. Pamiętając o tym, że zdarzało mi się tracić wątek podczas odsłuchu audiobooków, tym razem postanowiłam sięgnąć po coś lekkiego.

No i okazało się, że „Klub mało używanych dziewic” to waga piórkowa literatury. Jest lekko, light, lajtowo…W sumie dobrze wyszło, bo po świętach już nigdzie nie jeździliśmy, a ja zostałam z powieścią przesłuchaną dopiero w jednej trzeciej. Nie pozostało mi nic innego tylko słuchać dalej w odcinkach mega krótkich podczas przemieszczania się tramwajem i autobusem. Dzięki temu, że książka nie zmusza do myślenia, a postacie i wydarzenia łatwo zapamiętać nie ucierpiał na tej odcinkowości mój odbiór książki.

Jest to opowieść o czterech przyjaciółkach, które odnalazły się po latach na osiemnastej rocznicy studniówki. Agnieszka, Michalina, Marcelina i Alina zakładają nieoficjalny klub i postanawiają pomagać innym. Przede wszystkim jednak pomagają i wspierają siebie nawzajem. A mają się w czym wspierać. Autorka z rozmachem pozsyłała na bohaterki rozmaite kłopoty: konflikt pokoleń, egoistyczną toksyczną matkę, dotkliwy brak faceta, zagrożoną ciążę i związek. Jednocześnie postawiła im na drodze całą plejadę wspaniałych facetów. Postaci w powieści są jednoznaczne, albo są sympatyczne, albo są szujami – innych nie ma.

Śledzimy losy dziewic przez około rok – i można mieć pewność, że żadna z nich nie ucierpi dotkliwie w tym czasie, większość problemów zostanie rozwiązana, kobiety poczują się spełnione, potrzebne, ich ścieżki życiowe jeśli nie wyprostowane, to co najmniej przetarte.

Do słuchania w odcinkach nadaje się z powodzeniem, chociaż nie poczułam natychmiastowej potrzeby śledzenia dalszych losów bohaterek i po kolejne części raczej nie sięgnę.

I jeszcze jedna uwaga: do tej pory jakoś nieprzyjemnie kojarzyła mi się Magdalena Schejbal, znałam ją z pisemek kolorowych, bo telewizji nie oglądam – teraz muszę ją pochwalić za umiejętność  interpretacji tekstu i bardzo przyjemny głos.

Laleczka, Gert Godeng

Fredric Drum planuje wakacje w górach w towarzystwie swojego angielskiego przyjaciela, archeologa Stephena. Panowie cieszą się perspektywą kilkutygodniowego lenistwa i wędkowania w pięknych okolicznościach natury. Przy okazji Fredric ma zamiar wziąć udział w badaniach archeologicznych. W pobliżu hotelu w torfowisku odkryto zmumifikowane i świetnie zachowane zwłoki, a przy nich przedmioty zapisane nieznanym językiem, który Fredric ma nadzieję odszyfrować.

Tuż przed wakacjami Fredric ma wypadek – jacht uderza w prom, którym płynie na degustację wina. Szczęśliwie Fredric jedynie wpada do wody i o własnych siłach udaje mu się dopłynąć do brzegu. Z wody wyławia laleczkę – amulet używany przez grenlandzkich eskimosów. Wkrótce laleczka zostaje ukradziona z restauracji, której jest współwłaścicielem.

W jaki sposób laleczka jest związana z mumiami w torfowisku i dlaczego Fredric jest celem dla zabójców – tego nie zdradzę 😉 Powiem tylko, że kolejny tom potwierdza słuszność moich hurtowych zakupów powieści Godenga. Lekka, przyjemna, chwilami zabawna powieść z zagadką kryminalną w tle oraz licznymi nawiązaniami do archeologii.

Ostatnia bitwa templariusza, Arturo Perez-Reverte

 
„Czy nigdy nie czuł się ksiądz jak pionek szachowy, zapomniany w rogu szachownicy, który słyszy, że za jego plecami dogasa bitwa, a on próbuje ustalić, czy został jeszcze król, któremu nadal można by służyć?” A. Perez-Reverte

Lorenzo Quart duchowny podległy wydziałowi spraw specjalnych w Rzymie wyjeżdża do Sewilli, by zbadać tam zamieszanie wokół starego kościoła Matki Boskiej Płaczącej. Rzym zaczyna interesować się tą mało znaczącą parafią na obrzeżach Europy po tym jak haker komputerowy pozostawia w komputerze papieża informację, która nakierowuje oczy zwierzchników kościoła na dziwne okoliczności związane ze starą zrujnowaną świątynią.

Na przestrzeni kilku tygodni w kościele giną dwie osoby. Mimo tego, że policja zakwalifikowała śmierć tych osób jako nieszczęśliwe wypadki, Quart wątpi w taki przebieg wydarzeń. Duchowny zastaje na miejscu dwa fronty – zwolenników pozostawienia kościoła oraz osoby zainteresowane jego wyburzeniem i sprzedażą gruntu pod zabudowę. Quart metodycznie bada za i przeciw każdej z opcji, poznaje ludzi orędowników dwóch idei, zastanawia się kto z nich jest w stanie posunąć się do morderstwa w obronie swojej sprawy, a kto z nich posiada niezbędne umiejętności by obejść systemy zabezpieczeń w watykańskich komputerach.

Duchowny przeżywa zafascynowanie księżną Macareną, zwolenniczką pozostawienia kościoła i tym samym wierną parafianką miejscowego księdza. Jak się okazuje wojna w sprawie kościoła, którą wydała Macarena to także jej osobista bitwa – po drugiej stronie barykady stoi jej były mąż. Wyburzenie kościoła i sprzedaż gruntu to dla tego biznesmena być albo nie być na stanowisku kierownika banku.

Akcja toczy się powoli, kilka razy miałam ochotę odłożyć książkę, ale wciąż do niej powracałam. W czytaniu ostatecznie pomogło mi przewartościowanie powieści z kategorii kryminału, którego się spodziewałam, do kategorii książek o życiu. Okazało się bowiem, że nie jest istotne kto zabija, ale w jakiej sprawie to czyni. To książka o poszukiwaniu celu w życiu, o tym, że warto się zmieniać. To powieść o przemianie cynika w człowieka pełnego wiary w ludzi i w dobro płynące z pozoru nieistotnych rzeczy i zdarzeń.

Dzban miodu, Gert Godeng

Fredric Drum zwany Pielgrzymem jest Norwegiem, współwłaścicielem małej ekskluzywnej restauracji oraz znawcą win. Interesuje się także kryptologią i odczytywaniem starożytnych języków. Aby zamówić nowe trunki do restauracji wybiera się do Francji do miasteczka znanego z produkcji wyśmienitych win.

Na miejscu okazuje się, że miasto żyje sensacją. Siedmiu mieszkańców zaginęło w niewyjaśnionych okolicznościach, policja nie odnalazła ani ciał, ani winnych tych zaginięć. Frederic zaczyna interesować się sprawą po tym, jak dwukrotnie cudem udaje mu się wybrnąć ze śmiertelnej opresji. Wówczas zdaje sobie sprawę, że mimowolnie jest uczestnikiem dziwnych wydarzeń. Aby rozwiązać zagadkę musi zaangażować całą swoją wiedzę o winach, o starożytnych językach i umiejętność obserwacji zachowań ludzkich.

Akcja powieści płynie wartko, książkę czyta się jednym tchem, śmiejąc się trochę z Fredrica i jego nadprzyrodzonych niemal umiejętności wychodzenia cało z tarapatów. Fredric to połączenie MacGayvera z Chuckiem Norrisem 🙂

Autorowi należy oddać, że potrafi ciekawie prowadzić fabułę i tworzyć kryminalną atmosferę w powieści. Chętnie sięgnę po kolejne zgromadzone części „Krwi i wina”.

Agnieszka Kalus o książkach i czytaniu