Słodkie lato, Mari Jungstedt

Bellona, 2011

Liczba stron: 350

Wszyscy już narzekali na złą kolejność wydawania książek, która trochę zaburza czytanie, więc i ja coś dorzucę od siebie. Szkoda, że tak się stało, bo dopiero po przeczytaniu „Słodkiego lata” lepiej poznajemy Karin i okoliczności w jakich dopuściła się do złamania prawa, o których mowa była w „Umierającym dandysie”. No i oczywiście jest jeszcze wątek, który ciągnie się od pierwszej części do ostatniej, czyli związek Johana i Emmy. Mnie już się wszystko pomieszało – o co i ile razy się kłócili, ile razy schodzili się i rozchodzili. Tylko, że w sumie jest mi wszystko jedno czy Emma będzie szczęśliwa, czy nie, bo, jak już wiele razy wspominałam, uważam ją za najbardziej antypatyczną i destrukcyjną postać ze wszystkich, które przewijały się w cyklu.

W „Słodkim lecie” poznajemy trochę inny kawałek Gotlandii – morderstwo zostaje popełnione na wyspie Faro, miejscu ustronnym i urokliwym. Ktoś strzela do wypoczywającego na kampingu mężczyzny, kiedy ten wczesnym rankiem uprawia jogging. Prowadzącym śledztwo policjantom nie wydaje się żeby to była zbrodnia szaleńca. Zakładają, że na mężczyznę wydano wyrok. Komu i za co podpadł przedsiębiorca budowlany? Tropy prowadzą ich na manowce.

Choć książki Jungstedt nie są literaturą najwyższych lotów, to jednak doskonale spełniają swoją funkcję – są dla mnie rozrywką, szybkim czytadłem, gdy nie mam możliwości skupienia się na bardziej wymagającej lekturze. Polubiłam cykl o Knutasie i Karin i już zaczynam żałować, że przede mną tylko jeden – ostatni tom i, że nie ma więcej.

Można narzekać, że Jungstedt nie rozwija zbyt wielu wątków pobocznych, że pisze prosto i tylko to, co potrzeba, aby poprowadzić intrygę kryminalną. Wydaje mi się jednak, że właśnie ta prostota jest cechą charakterystyczną jej pisarstwa. Mnie ten styl odpowiada bardziej od kwiecistych opisów, zagmatwanej fabuły i nagromadzenia faktów i postaci. I wcale mnie nie martwi to, że większość akcji wyparowuje mi z głowy zaraz po zamknięciu książki. Kryminały są od tego by bawić, relaksować, a nie po to, by zalegać na sumieniu, dręczyć psychikę i obciążać przepracowany umysł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *