Słuch absolutny, Andrzej Szczeklik w rozmowie z Jerzym Illgiem

Znak, 2014

Liczba stron: 284

Narzekałam ostatnio, że brak nam autorytetów. Zaraz potem sięgnęłam po książkę, która jest zapisem rozmów Andrzeja Szczeklika z Jerzym Illgiem i pomyślałam o tym, że bohater tej pozycji autorytetem jest i basta. Jerzy Illg (właściciel wydawnictwa Znak) od dawna nosił się z zamiarem wydania książki o Andrzeju Szczekliku, którego książki o medycynie i o sztuce, odniosły spory sukces wydawniczy. Tym bardziej pragnął, żeby powstała, bo osobiście znał ich autora, więc wiedział, że to osoba nietuzinkowa. Niestety, profesor Szczeklik nie dożył chwili wydania książki.

Nazwisko profesora Szczeklika jest doskonale znane studentom medycyny, którzy zakuwają z napisanych przez niego pozycji naukowych, ja znałam go z książek o sztuce, filozofii i medycynie. Nie byłam jednak w pełni świadoma tego jak mądrym, wszechstronnie wykształconym i serdecznym człowiekiem był ich autor.

Rozmówcy starają się o chronologię zdarzeń, więc najpierw poznajemy korzenie rodziny Szczeklików – to ważne, ponieważ pokazuje skąd biorą się ludzie tacy jak bohater „Słuchu absolutnego”. Chociaż w treści znajdziemy sporo przykładów zachowań, które trzeba nazwać patriotycznymi, to nie jest to patriotyzm z lektur szkolnych, nieprzystający do współczesnego świata. Szczeklikowie po prostu tacy byli, robili to, w co wierzyli i nie oglądali się na nikogo. Sam profesor wybrał ciężkie życie w komunistycznej Polsce, przedkładając je nad emigrację w USA, gdzie miał już przetarte ścieżki. W kraju do wszystkiego doszedł ciężką pracą, system niczego mu nie ułatwiał. Duża w tym zasługa mądrych rodziców, którzy wyposażyli go w kapitał, ale nie ten liczony w twardej walucie, lecz ten niewymierny – edukację, znajomość języków, literatury, muzyki, otwartość i empatię. To wszystko przydało się w późniejszym życiu.

Człowiek renesansu – tak nazywa się wszechstronnie uzdolnione osoby. Wyrażenie to jednak wieje chłodem, człowiek renesansu to postać z posągu, chłodna, nieprzystępna, skupiająca się na sobie i pogłębianiu wiedzy. Profesor Szczeklik taki nie był, a przynajmniej ja go tak nie odbieram po lekturze tej książki. Jawi mi się jako osoba ciepła, otwarta, gościnna i rodzinna. Człowiek, który dogada się z Noblistą w dziedzinie fizyki czy literatury oraz panią Kazią, która sprząta szpitalny oddział. Jego powiązania ze sztuką są mniej lub bardziej oczywiste – to, że w swojej krakowskiej klinice miał fortepian wnika z zamiłowania do muzyki oraz niezaprzeczalnego talentu muzycznego (jako nastolatek musiał wybierać czy pójdzie drogą wiodącą go ku medycynie czy muzyce). Miłość do książek, poezji i literatury to odrębny temat, coś, co nie jest oczywiste. Jest to hobby czasochłonne, wymagające, a jednak profesor na bieżąco orientował się w tym, co dzieje się w literaturze na świecie.

Wspaniała książka o wspaniałym człowieku. Sprawy poważne, związane z życiem i śmiercią, której z racji zawodu wykonywanego przez Andrzeja Szczeklika w tej książce jest sporo, mieszają się z anegdotami. Dużo w niej o sztuce, literaturze, sprawach życiowych. Czyta się doskonale, chociaż pozostaje żal, że profesora nie ma już z nami, nie gra na swoim białym, szpitalnym fortepianie stojącym w klinice, przed wejściem do której znajduje się pomnik Piotra Skrzyneckiego.

Nie obyło się jednak bez wątpliwości. Podczas lektury kilka razy pomyślałam o tym, że ta książka to pomnik dla Andrzeja Szczeklika i jak to pomnik pokazuje go od najlepszej strony. Zastanawia mnie to jak widzieli go ci, którzy nie byli jego przyjaciółmi. Zastanawia mnie jak wyglądałaby biografia tego człowieka napisana przez osobę spoza środowiska. Liczę, że i takiej się doczekam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *