Sztuka bycia Elą, Johanna Nilsson

Replika, 2008

Liczba stron: 285

Ela Sander ma dwadzieścia sześć lat. Jest singielką, pracuje dorywczo, rzuciła studia, kontestuje świat. Jej rodzice rozwiedli się pięć lat wcześniej i obecnie każde z nich jest w nowym związku. Rozwód rodziców zachwiał całym światem Eli, od tego momentu nic nie jest już takie samo w życiu – jak sama mówi, rodzice podcięli jej skrzydła zanim zdążyła wystartować z gniazda.

Ela walczy, Ela protestuje, Ela odczuwa wszystko mocniej, Ela rani, szuka miłości, boi się miłości, miota się, myśli o samobójstwie. Wydarzenia, których motorem jest Ela, pędzą w zawrotnym tempie, przyprawiając samą bohaterkę o coraz większą panikę. Jej samotność zostaje zakłócona przez pojawienie się małej Klary, sześcioletniej przez nikogo nie kochanej dziewczynki. W tym samym czasie Ela zaczyna czuć nić porozumienia z poważnie chorym starszym sąsiadem, którego psem opiekuje się w czasie choroby właściciela. A potem nagle w małym mieszkanku Eli robi się tłoczno. Pojawia się dziecko, pies, kot i sama Ela zdeterminowana, by nic nie zmieniać w tym układzie. Nagle też pojawia się miłość.

Matko, jak mnie ta Ela wkurzała! Co za niezdecydowane dziewczynisko. Sama trzy dni przeżywa jak ktoś na nią krzywo spojrzy, choć sama na jednym tchu złośliwie obrzuca błotem swoich bliskich. Robi jedną głupotę za drugą. Nie liczy się z konsekwencjami. No i wciąż przesadza. I jakoś nie mogę uwierzyć, że osoba startująca w dorosłe życie może przez pięć lat przeżywać rozstanie rodziców, które jak się wydaje przebiegło bez wzajemnych pretensji i wojny domowej. Z drugiej strony rozumiem, że można balansować na skraju depresji w tak ostrym i nieprzychylnym klimacie jaki panuje w Szwecji. Wydarzenia opisane w powieści dotyczą zimy, kiedy temperatura spada znacznie poniżej zera, wciąż pada, wciąż jest ponuro, a śnieg trzeszczy pod stopami. Brrr…

Lektura mnie porwała, czytałam do późnej nocy, bo nie chciałam odkładać niedoczytanego tomu na niepewne jutro. To taka krzepiąca opowieść, że każda potwora…, że nie ma tego złego…, że raz na wozie…, że gdzie diabeł nie może, tam Elę pośle. Podobało mi się mimo tego, że częściej niż empatię czułam zniecierpliwienie i złość w stosunku do Eli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *