Szwecja czyta. Polska czyta, pod red. Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej

szwecja-czyta-polska-czytaKrytyka Polityczna, 2015

Liczba stron: 317

Tytuł powinien brzmieć nieco inaczej: „Szwecja czyta. Polska nie czyta”.  Ale o tym wszyscy już wiemy. Nie wiemy wciąż jak zachęcić nieczytających do wkroczenia w krąg kultury słowa pisanego. Redaktorki tej książki przepytały osoby związane ze słowem pisanym – wydawców, bibliotekarzy, tłumaczy, agentów literackich, minister edukacji i wielu innych. Katarzyna Tubylewicz skupiła się na stronie szwedzkiej. Wypytała swoich rozmówców o nowatorskie pomysły wdrażane w Skandynawii, nie tylko służące podniesieniu (czy utrzymaniu) poziomu czytelnictwa, lecz również chroniące interesy pisarzy i tłumaczy literatury. Redaktorki rozmawiające o Polsce skupiały się na ustawie o jednolitej cenie książki oraz odgórnych projektach mających służyć zachęcaniu narodu do czytania.

Co zwróciło moją uwagę to fakt, iż Szwedzi mówili głównie o inicjatywach, które można zrealizować w dość prosty sposób – oddzielne biblioteki dla dzieci w wieku od 10 do 13 lat, zaangażowanie w promocję czytelnictwa osób cieszących się autorytetem wśród młodych ludzi, na przykład, trenerów sportowych. Polacy podpierali się unormowaniami prawnymi, jak chociażby wspomnianą ustawą, która w zaproponowanym kształcie miała chronić jedynie interesy wydawców i księgarzy, a nie miałaby przełożenia na stan czytelnictwa. A prawdopodobnie odniosłaby katastrofalne skutki – książki byłyby drogie, do bibliotek trafiałoby jeszcze mniej nowości niż teraz.

Symptomatyczne okazało się to, iż Skandynawowie podkreślali, że najważniejsze jest, żeby człowiek czytał. Nieważne co. Jak lubi literaturę lekką i przyjemną, a niekoniecznie wysokich lotów, niech czyta to, co mu sprawia przyjemność. Być może z czasem zacznie sięgać po trudniejsze i bardziej wartościowe teksty. Być może nie, ale przynajmniej mając styczność z dłuższym tekstem pisanym nie popadnie we wtórny analfabetyzm. W wypowiedziach rozmówców (a także, o zgrozo!, redaktorek przeprowadzających wywiady) wciąż narzeka się na to, że ludzie zadowalają się niską literaturą. To całkowite niezrozumienie tematu jest dla mnie mocnym wstrząsem. 2/3 Polaków w ogóle nie czyta, większość z czytających sięga po jedną książkę rocznie, a my chcemy ich zachęcić do lektury podsuwając teksty z wyrafinowanym językiem i abstrakcyjną dla nich treścią! Miałam wrażenie, że niektórzy polscy rozmówcy słabo orientują się w polskich realiach – to hity/kity takie jak „50 twarzy Greya” przyciągnęły do bibliotek ludzi, którzy nie byli w nich od czasów szkolnych. Skoro już przekroczyli próg tej instytucji, to jest szansa, że po Greyu sięgną po Crossa, a potem może po Bridget Jones. Ale nie, u nas uparcie wierzy się, że aby być czytelnikiem, trzeba czytać tylko poważne, klasyczne dzieła.

Jakie wnioski? Jako społeczeństwo wciąż jesteśmy zbyt niedojrzali. Lubimy podziały i lubimy podkreślać swoją wyższość nad nieczytającymi lub czytającymi „gorszą” literaturę. Niestety, nie wróży to nic dobrego. I nie doprowadziło to do niczego dobrego – od czasu, gdy powstawała książka, poziom czytelnictwa spadł jeszcze bardziej. Na razie możemy co najwyżej powzdychać i pozachwycać się skandynawskimi rozwiązaniami i osiągnięciami.

5 myśli nt. „Szwecja czyta. Polska czyta, pod red. Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej”

  1. Okropnie mnie denerwuje gdy czytam jakąś książkę uważaną za niszową w miejscu publicznym i po zapytaniu „Co czytasz?” Pada stwierdzenie: bzdury, chłam, chyba żartujesz, Ty taką książkę?
    I co z tego? To, że ignorancja jest ignorancją i lepiej takim jest krytykować niż samemu się w końcu ogarnąć.
    Szwedzkich przekonań nie znam, ale ich sąsiedzi w Norwegii są podobnie spięci literacko jak Polacy

  2. Mam dokładnie ten sam pogląd na tą sprawę co Ty.
    „50 twarzy Greya” sprawiło, że wsiadałam do autobusu i połowa kobiet chichocząc i rumieniąc się czytało książkę. To nic, że wszystkie książki były starannie pozawijane w nieprzezroczysty papier. Choć to też ciekawe, że wstydzimy się tego co czytamy. Jednak co gorsze, mamy ku temu powody. Kilka dni temu przeczytałam po raz pierwszy w życiu Sagę Zmierzch i zamiast ją po całości skrytykować, podałam jakieś dwie – trzy rzeczy, które mi się spodobały. Natychmiast zostałam wyśmiana i usłyszałam, że skoro czytam Szymborską to taki chłam nie ma prawa mi się podobać i chyba mam słaby czas w życiu. Poraziła mnie szybkość z jaką zostałam oceniona.
    Chociaż „Szwecja czyta, Polska czyta” jest, mam przynajmniej takie wrażenie, napisana tendencyjnie, to szwedzkie rozwiązania mi się spodobały. Chciałabym żebyśmy i my przyciągali więcej osób do książek, a nie idę do biblioteki i słyszę „po co pani chce czytać Grę o Tron – serial jest dużo ciekawszy”.
    Pozdrawiam!

  3. A to ciekawe, jak różnie rozkładają się akcenty przy czytaniu. Ja w ogóle nie zwróciłem uwagi na ten aspekt, a dla Ciebie był najważniejszą częścią polskiej połowy. Jest to o tyle ciekawe, że ja też nie przepadam za takimi utyskiwaniami i jestem za promocją czytania w ogóle. Ja dostrzegłem głównie troskę o czytelnictwo jako takie. Zresztą w szwedzkiej części było dużo miejsca poświęcone rynkowi i przesyceniu głównym nurtem.

  4. Według mnie problem z wywyższaniem się często wynika z faktu, że od dziecka wpajano nam, iż książka jest przede wszystkim narzędziem edukacji, obiektem niemal „świętym”. Prawda oczywista, ale często zapominamy, że lektura książki to także świetna zabawa i źródło rozrywki. Jednego z miejsca zafascynuje „Mistrz i Małgorzata”, inny sięgnie po „50 Twarzy Greya”, powinniśmy pozostawić to kwestii indywidualnego wyboru. Poza tym weźmy pod uwagę, że do wszystkiego potrzeba odpowiedniej „kondycji” i raczej rzadko się zdarza, żeby ktoś kto jeszcze książki w ręku nie miał, czerpał przyjemność, dajmy na to, z „Czarodziejskiej Góry” Manna. Każdy przejaw czytelnictwa trzeba brać za dobrą monetę, dziś harlequin, jutro „Anna Karenina”.

  5. Podobała mi się ta książka, zwłaszcza szwedzkie działania. Niespecjalnie widzę możliwość stworzenia bibliotek dla dzieci 10-13 w Polsce. Z tego co pamiętam, nauczyciele innych przedmiotów też zachęcali w Polsce do czytania. Jeszcze przed przeczytaniem tej książki, uważałem, że należałoby na każdym przedmiocie powiedzieć nauczycielowi, żeby polecił jakąś książkę czy rozdział związany z tematem. Np. o statystyce, etc.
    A i chęć do nauki byłaby większa, gdyby dzieciaki zrozumiały, że jest sens uczyć się „nieprzydatnych” rzeczy.

    W sumie chętnie bym przeczytał tę książkę raz jeszcze. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *