Archiwa tagu: 2011

Fotografia jako sztuka współczesna, Charlotte Cotton

Universitas, 2010

Liczba stron: 248

Moja wiedza o fotografii jest niewielka. Szczególnie mało wiem na temat fotografii postrzeganej w kategoriach sztuki. Aby poszerzyć swoje horyzonty i bardziej świadomie oglądać fotografie oraz wystawy, przeczytałam pięknie wydaną książkę pt: „Fotografia jako sztuka współczesna”. Tom zawiera ponad dwieście reprodukcji, w tym znaczna większość to obrazy barwne. Każda z zamieszczonych fotografii jest opisana w tekście w kontekście przynależności do jednego z wielu typów sztuki fotograficznej oraz zinterpretowana w sposób, jaki możliwy jest tylko wówczas, gdy zna się historię powstania ujęcia oraz zamysłu artysty.

W ośmiu rozdziałach autorka opisuje różnego rodzaju fotografie dzieląc je na grupy związane z motywacją artysty, środkami wyrazu, jakimi się posługuje, czy tematyką, jakiej dotyczą zdjęcia. Artyści, których prace znalazły się w tej książce pochodzą z różnych części świata, posługują się techniką cyfrową i analogową, wydają albumy, organizują wystawy i instalacje, publikują w internecie. To, co ich łączy to pomysłowość i kreatywność. Moim niefachowym okiem wiele z prezentowanych fotografii nie przedstawia większej wartości artystycznej – gdybym taką fotografię zobaczyła w przeglądanym albumie zdjęć znajomych, nie zatrzymałabym na niej wzroku. To, co sprawia, iż fotografia jest wyjątkowa, to historia, która kryje się poza kadrem.

Jakie to są historie? Na przykład jedna z artystek fotografowała w wielu krajach okna, na których stał globus. Inna, umawiała się przez internet z nieznajomymi, by o konkretnej godzinie odsunęli zasłony i stanęli w oknie. Wyjęte z kontekstu prace niewiele mówią o całym projekcie, dlatego też niezbędny okazuje się komentarz autorki książki. Wiele fotografii to ujęcia aranżowane, w których artysta sam lub z pomocą asystentów dokonuje zmian przestrzeni. Inne, to intymne ujęcia wykonane przez fotografów w domu rodzinnym lub bliskim im osobom w ich naturalnym środowisku. Najbardziej cieszyły mnie te zdjęcia, które nawiązywały do znanych dzieł malarskich.

I choć wiele razy prychnęłam podczas opisu i interpretacji jakiejś fotografii, lekturę zaliczam do udanych. Wiem już, na przykład, że często samo zdjęcie nie przekazuje idei, jaka przyświecała twórcy. Wiem też, że sztuka fotografii jest bardzo niejednoznaczna i często ociera się o inne dziedziny. I choć nie spamiętałam nazwisk twórców to wciągnęłam na swój użytek wiele wniosków. Teraz czas na sprawdzenie się na jakiejś wystawie fotografii. Być może uda mi się w tej sztuce dostrzec więcej i przeżyć ją intensywniej niż przed lekturą książki Ch. Cotton.

Pokój Jakuba, Virginia Woolf

Wydawnictwo Literackie, 2009

Liczba stron: 314

Żaden inny pisarz, którego znam, nie potrafi tak jak Virginia Woolf pokazać całej złożoności postaci i świata poprzez krótkie migawki opisujące daną chwilę, miejsce, urywek dialogu. Mimo tego, że nie ma w powieści typowej fabuły, wiodących i pobocznych wątków, można się z niej zanurzyć jak w alternatywnym świecie.

Centralną postacią jest tytułowy Jakub Flanders – w poszczególnych odsłonach widzimy jego dzieciństwo na prowincji z matką oraz braćmi, młodość spędzoną na studiach w Cambridge, rejs statkiem wzdłuż wybrzeża, który odbył wraz z przyjacielem oraz podróż do Paryża i Grecji, podczas której uświadamia sobie, że „tylko piękno jest nieśmiertelne”.

Jakuba widzimy tak, jak postrzegają go inni, jego matka, zakochane w nim kobiety, przyjaciele, osoby z towarzystwa. Każdy dostrzega w tym młodzieńcu coś innego: piękną sylwetkę, niezgrabność ruchów, głęboki głos. Dzięki takiemu zabiegowi czytelnik nie wie jaki Jakub jest naprawdę, czy obserwacje innych mają przełożenie na prawdę o Jakubie. Do końca książki bohater ten pozostaje nieodkryty, choć pozornie akcja dotyczy głównie jego.

Niebagatelną rolę w powieści autorka przypisała miejscom, w których przebywa Jakub. Katedra św. Pawła, grecki Partenon, ulice Londynu i Cambridge są nie tylko tłem zdarzeń, ale także odgrywają kluczową rolę w układaniu poszczególnych kawałków, z których w wyobraźni konstruujemy bohatera powieści. Ponadto, opisane miejsca i wydarzenia dają podstawę do wyobrażenia sobie obyczajów i stylu życia współczesnych Jakubowi (i Virginii Woolf) Brytyjczyków.

„Pokój Jakuba” jest najbardziej refleksyjną z dotychczas przeczytanych przeze mnie książek tej autorki. Ukazuje smutną prawdę o świecie – nie ma możliwości całkowitego poznania i zrozumienia innej osoby. Podczas pisania tej powieści Virginia Woolf odkryła swój unikalny modernistyczny styl pisania, zabawę migawkami, spojrzeniami, urywkami codzienności. Na czytanie takich powieści trzeba mieć czas i spokój, czego wszystkim życzę.

Zabłąkania, Hjalmar Soderberg

Wydawnictwo Kojro, 2010

Liczba stron: 156

Po takich książkach staję się wojującą feministką. Ich treść budzi we mnie pokłady agresji, a głównego bohatera mam ochotę kopnąć w tyłek. „Zabłąkania” to kilka miesięcy z życia Tomasa Webera, dwudziestolatka, który właśnie dostał się na medycynę. Jednak nie studiowanie zajmuje czas Tomasa. Główny bohater jest zmanierowanym trutniem żerującym na swojej rodzinie, znajomych, wykorzystującym ludzi, niecierpliwym i niezważającym na uczucia innych. Czas przelewa mu się przez palce, dni spędza w barach lub spacerując po Sztokholmie.

Tomas wikła się w romans ze sprzedawczynią rękawiczek, który ukrywa przed wszystkimi ze względu na nieobyczajność takiego zachowania oraz na mezalians, którego się dopuszcza. Tomas bowiem widzi siebie u boku Marty, młodszej od siebie przyjaciółki z dzieciństwa. Dąży do tego, by znajomość przerodziła się w romans. Marta długo się nie opiera i nie bacząc na konwenanse przystaje na układ, który proponuje jej Tomas. Ten związek także trzymany jest w tajemnicy. Takie życie kosztuje, a Tomas nie ma żadnych dochodów. Ojciec niechętnie daje mu pieniądze, zatem Tomas pożycza spore sumki od znajomych.

To, czego dopuszcza się Tomas trudno nazwać zabłąkaniem. Moim zdaniem to arogancja na najwyższym poziomie, egoizm i brak szacunku dla innych. Tomas zachowuje się jak mały chłopiec, który, gdy coś przeskrobie, liczy na to, że jakoś to będzie. I niestety, zawsze jakoś to jest. Tomas po trupach prze do przodu zostawiając za sobą zgliszcza. Ale nie ma dla niego nikogo i niczego ważniejszego niż on sam.

I dlatego właśnie książka tak mnie zirytowała. Bo na świecie pełno jest takich Tomasów, którzy nie widzą poza czubek własnego nosa i którym zawsze wszystko uchodzi płazem. Soderberg w tej powieści, która była jego pierwszą, od razu pokazał mistrzostwo swojego języka oraz przenikliwość obserwacji. Oszczędny styl i pełna emocji wymowa powieści zazwyczaj nie idą w parze. U tego autora jest to możliwe, a co więcej, efekt jest doskonały. Dla mnie to nie była łatwa lektura, bo łatwo się irytuję, ale warto było poczuć, że są wciąż takie książki, które wzbudzają we mnie mnóstwo emocji. I to niekoniecznie pozytywnych.

Dom tysiąca nocy, Maja Wolny

Prószyński i S-ka, 2010

Liczba stron: 199

Malwina wyjeżdża do pracy do Sorrento, miejscowości położonej na południu Włoch. Podejmuje tam pracę pomocy domowej w domu Carli Russo, starszej i samotnej kobiety. Wyjazd do Włoch zamyka pewien smutny etap w życiu Malwiny. I choć bohaterka ma już pięćdziesiąt lat postanawia zacząć żyć na nowo, po tym jak misternie budowany dom i rodzina Malwiny rozsypały się w proch, pozostawiając ją bez nadziei na lepszy czas. Dopiero myśl o całkowitej zmianie i przeobrażeniu się w kogoś, kim dotąd nie była, przywracają ją do życia.

Gdy Malwina przybywa do Sorrento nikogo tam nie zna, nikt nie zna jej, nikt jej nie ocenia, nikt jej nie współczuje. Włosi widzą w niej to, co chce im pokazać – wciąż piękne ciało, kolorowe sukienki, pogodę ducha. Carla, u której Malwina pracuje i mieszka, początkowo podejrzliwie patrzy na swoją pomoc domową. Decyzja o zatrudnieniu kogoś do pomocy nie przyszła Carli łatwo – zawsze była aktywną kobietą, sama dbała o siebie, sama podejmowała decyzje, sama ponosiła ich konsekwencje. Teraz choroba i samotność zmusiły ją do zatrudnienia kompetentnej Polki. Jednak Carla nie szuka w niej powiernicy, nie opowiada o sobie, tai swoją przeszłość w lewicujących organizacjach terrorystycznych, nie opowiada o swojej rodzinie, córce, od której ważniejsza była polityka.

Jedyną bliską Carli osobą, którą poznaje Malwina jest jej nastoletni wnuk Brunon, który zajmuje apartament w centrum. Brunon, równie poturbowany przez życie jak obie bohaterki, jest wrażliwym młodym mężczyzną, który próbuje swoich sił jako pisarz. Więź, jaka utworzy się między Malwiną a Brunonem, zaprowadzi obie kobiety w takie miejsca ich dusz, których dotychczas nie poznały.

„Dom tysiąca nocy” czyta się nieśpiesznie, tak jak spokojnie obie kobiety odkrywają kolejne karty swojego życia. Kolejne strony przybliżają do prawdy o smutnych przeżyciach Malwiny i Carli, o odmienności ich życiowych poglądów oraz podobnym losie w dojrzałym wieku – opuszczeniu, samotności, niezrozumieniu. Czy to spotkanie obu pań przyniesie im ukojenie, czy może dodatkowo skomplikuje życie? Nie zdradzę, aby nie odbierać kolejnych czytelnikom przyjemności poznawania losów Carli, Malwiny i Brunona. Bo to, że wiele osób sięgnie po tę książkę przyjmuję bez wątpliwości, warto poświęcić jedną noc, by przeczytać piękną opowieść o tysiącu nocy w Sorrento.

Kuna za kaloryferem, Adam Wajrak & Nuria Selva Fernandez

Agora, 2011

Liczba stron: 349

„Kuna za kaloryferem” to wydane w formie książki reportaże Wajraka, z których część (a może większość?) swoją premierę miała na łamach Gazety Wyborczej. Wszystkie teksty dotyczą zwierząt, które znalazły się pod opieką Adama Wajraka oraz jego partnerki Nurii Fernandez.

Para ta zamieszkała na wsi w pobliżu Białowieży. Ich dom położony na skraju puszczy stał się przytułkiem i azylem dla dzikich zwierząt potrzebujących pomocy. Autor opisuje przezabawne perypetie z bandą bocianów, wydrą Julkiem, kunami, sowami, krukiem i wszelką zwierzęcą drobnicą. Jednak wychowywanie dzikiego zwierzęcia to nie tylko radość i zabawa. Zwierzęta, które trafiły do Teremisek nie miały innego wyjścia – były albo chore, albo straciły rodziców, żadne z nich nie zostało siłą zabrane ze środowiska naturalnego.

Wajrak opisuje również rozmaite trudności. Karmienie młodych pokarmem jak najbardziej zbliżonym do naturalnego (posiekaną myszką, jednodniowym kurczaczkiem) co cztery, a nawet co dwie godziny może wyleczyć nawet najbardziej zafiksowanego miłośnika zwierząt z posiadania dzikiego bociana, jerzyka czy wydry. Jeśli jeszcze maluch je i przybiera na wadze, jest źródłem radości dla przybranego ludzkiego rodzica. Gorzej, gdy maluch niknie w oczach, choruje, odwadnia się. Takie tragedie nawiedzały również dom i zagrodę dziennikarza.

Moją ulubioną historią jest ta o akcji ratunkowej mającej na celu wyłapanie osieroconych borsuczków. Trwające kilka dni warty przy wejściu do nory maluchów zakończyły się powodzeniem, chociaż wiele wskazywało na to, że dla sierotek może być za późno. Warto przeczytać jakim sposobem nakłoniono borsuki do opuszczenia norki.Uwielbiałam również czytać o psotach, zabawach i czarującej osobowości wydry Julka.

Podczas lektury z jednej strony zazdrościłam autorom możliwości obcowania z takimi pięknymi i mądrymi zwierzętami, z drugiej strony, co chwila uświadamiałam sobie ogrom odpowiedzialności i obowiązków spadających na tych, którzy podejmują się trudnego zadania pomagania dzikim zwierzętom. Dużym atutem tego wydania są duże, piękne, kolorowe fotografie zwierząt. Polecam! To lektura dla każdego – małe dzieci chętnie posłuchają zabawnych fragmentów, starsze same przeczytają książkę od deski do deski i podobnie jak czytelnik dorosły, nie wypuszczą jej z rąk przed końcem.