Archiwa tagu: 2012

Koniec

Koniec

Na koniec roku garść blogowych statystyk, w trochę odmiennej formie niż zwykle.

Prawie udało mi się zrealizować podjęte 1 stycznia 2012 roku wyzwanie przeczytanie 20 książek z półki. Przeczytałam 19 z nich. Została „Small Island” do której jakoś mnie nie ciągnie.

W 2012 przeczytałam 209 książek.

66 książek polskich autorów.

50 książek z literatury faktu.

51 książek swoich z tzw. półki.

38 książek na czytniku.

11 książek po angielsku.

Wysłuchałam 17 audiobooków.

Lista wszystkich zrecenzowanych w tym roku książek znajduje się w zakładce 2012 nad tym wpisem 🙂

Większość książek zrecenzowałam na blogu. Trzy książki przeczytane w tym roku opiszę dopiero w styczniu, bo nie zmieściłam się w 365 dniach roku.

Integralną częścią Czytam, bo lubię stał się Facebookowy fanpage, który do teraz polubiło 18.075 osób. Dziękuję!

Przyjmijcie moje życzenia roku pełnego szczęśliwych dni, wypełnionego miłością, obfitującego w chwile, podczas których będziecie realizować swoje pasje!

Sobie życzę, abyście wciąż odwiedzali mój blog oraz fanpage, abyśmy mieli wiele wspólnych tematów do rozmów o literaturze i aby nie zabrakło mi zapału do pisania o książkach.

Dno oka. Eseje o fotografii, Wojciech Nowicki

Czarne, 2010

Liczba stron: 180

To jedna z ważniejszych książek przeczytanych przeze mnie w tym roku. Lubię jak się do mnie pisze w taki sposób. Osobiście, ale nie popadając w egzaltację. Pięknym językiem, ale nie zapatrzonym w swoje piękno w sposób próżny.

We wstępie do „Dna oka” Marek Bieńczyk pisze: „przeczytałem jedno Dno oka, a połknąłem dwanaście, a może i tysiąc sto dwadzieścia jeden innych książek.” I to jedno zdanie celnie ujmuje charakter tej publikacji. Bo chociaż Wojciech Nowicki pisze o fotografiach, to jego erudycja, wiedza o technikach, epoce oraz teorii fotografii jest tak duża, że o mało co mogłaby być przytłaczająca. Ale nie jest. Jest dokładnie tyle ile trzeba, żeby pobudzić czytelnika do samodzielnego myślenia przy oglądaniu starych zdjęć.

„Pokrętna prawda fotografii jest wyłącznie w tym, co jest nam dane do zobaczenia; fotografia nie tłumaczy świata, ale pokazuje wyrwane obrazy, jak kartki z książki, gdzie tekst zaczyna się w pół słowa i kończy równie gwałtownie. Fotografia pozwala zobaczyć, że było właśnie tak, ale nie wyjaśnia dlaczego. Nie tłumaczy cierpliwie. Pozwala podglądać przez dziurkę od klucza, ale skąpi komentarza. Fotografia na śmieszność naraża każdego, kto za jej pomocą chciałby wyjaśniać świat (a autor zdjęcia zawsze przekonany, że przemawia prawdziwie; komentator zaś, krytyk, który już w prawdę zdjęć nie wierzy, wokół obrazów zmyśla prawdę własną.)”

Prawda własna „zmyślana”przez Wojciecha Nowickiego wydaje się mieć dużo wspólnego z prawdą obiektywną. Interpretacje załączonych fotografii mnie przekonują, a same fotografie zadziwiają różnorodnością przekazu świata, którego już nie ma. Zesłani na wschód powstańcy pracujący w kopalni soli, elegantka przebrana za odaliskę, „nowoczesna” łaźnia w ochronce dla dzieci, wybór z „zapisu socjologicznego” Zofii Rydet.

„Skoro zwyczajna scenka uliczna (to nic, że przeniesiona do wnętrza atelier) po kilkudziesięciu latach wydaje się lepka i nieczysta, skora tak pełna jest napięć, to nasza normalność utrwalona na zdjęciach też się pewnie taka kiedyś wyda: trochę spatynowana i przez to nieco bardziej znośna, trochę śmieszna i starociowata; a także barbarzyńska i odpychająca. Wyda się narzuconym prototypem, nieudaną wersją beta jakiejś nowej rzeczywistości, starym śmieciem, wytworem okrutnych ludzi.

Zdradzą nas pamiątkowe zdjęcia.”

Tak, autor jednoznacznie udowadnia, że pamiątkowe zdjęcia po wielu latach mówią oglądającym więcej niż wyrażają zaraz po ich zrobieniu. Okazuje się, że pamiątkowe zdjęcia obnażają wstydliwą prawdę o tym jacy byliśmy. Są dowodem tego, jak bardzo zmienia się świat oraz nasze postrzeganie etyki. Wydobywają na światło dzienne to, co kryje się w ludzkich duszach.

Czytanie tej książki to przeżycie intelektualne. Żeby nie odbierać Wam przyjemności poznawania esejów Wojciecha Nowickiego w tym miejscu elegancko umilknę pozostawiając Was w niedosycie.

Zygzak, Jose Carlos Somoza

Muza SA, 2007

Liczba stron: 573

Mam pewien problem z Somozą – z jednej strony jego książki są tak napisane, że trudno się od nich oderwać; z drugiej strony, kiedy je kończę, kolebie mi się w głowie myśl „Co za głupoty.” Podobnie było z „Zygzakiem” – czytałam z zapartym tchem, ale nie dałam się przekonać do takiej fabuły – trochę jakbym czytała bardziej egzotycznego i mniej pruderyjnego Dana Browna.

Elisa Robledo jest fizykiem. Wykłada na uniwersytecie, a jej wykłady cieszą się sporą popularnością wśród studentów – przede wszystkim ze względu na atrakcyjny wygląd profesorki. Pewnego dnia jej pozornie nudne życie zostaje wywrócone do góry nogami, a Elisa musi uciekać, żeby ocaleć. Pomaga jej nieświadomy ogromu niebezpieczeństwa kolega z pracy, którego Elisa stopniowo wprowadza w tajniki wiedzy zastrzeżonej dla wszystkich, oprócz wybranego kręgu naukowców.

Cały horror rozpoczął się bowiem 10 lat wcześniej, kiedy to Elisa została wybrana spośród innych doktorantów z całego świata do udziału w tajnym badaniu strun czasu. Wąskie grono naukowców różnych dziedzin współpracowało na odciętej od świata wyspie strzeżonej przez wojsko nad supertajnym projektem. Niestety, projekt wymknął się spod kontroli, kilka osób zginęło na miejscu, a pozostali żyli przez lata w stanie zagrożenia. Teraz koszmar powraca, a naukowcy są zdeterminowani, aby dowiedzieć się co poszło nie tak i znaleźć rozwiązanie tego „śmiercionośnego” problemu.

Nie chcę zdradzać więcej, ponieważ cała zabawa w tej książce polega na odkrywaniu tego nad czym pracują naukowcy. I chociaż w powieści mamy sporo nawiązań do fizyki, to nawet nie będąc umysłem ścisłym, można łatwo zorientować się o co w ogólnym zarysie chodzi. I to jest naprawdę bardzo ciekawe. Równie ciekawe są próby wyjaśnienia tego, co i jak wymknęło się spod kontroli. Rozczarowała mnie natomiast scena finałowa – liczyłam mimo wszystko na bardziej przyziemne rozwiązanie i czuję się nieprzekonana do takiego zakończenia książki. Może gdybym przyjęła założenie, że czytam horror, zamknęłabym książkę z innymi odczuciami… W żadnym razie nie odradzam Wam tej lektury, bo jeśli szukacie rozrywki, powieści sensacyjnej z wątkami sci-fi i horrorem, którą czyta się z zapartym tchem, to „Zygzak” na pewno jest dobrym wyborem.

When Wiill There Be Good News?, Kate Atkinson

Black Swan, 2008

Liczba stron: 480

Trzecia odsłona serii kryminalnej z Jacksonem Brodie, a ja mam wrażenie, że autorka jeszcze się rozkręca. To niewiarygodne, ale każdy kolejny tom wydaje mi się być jeszcze lepszy. „When Will There Be Good News?” na chwilę przenosi nas w przeszłość – 30 lat przed właściwą akcją książki wydarzyła się tragedia. Młoda kobieta została zaatakowana i zamordowana przez szaleńca, który bez wyraźnego powodu zadźgał ją nożem, a zaraz potem dwójkę z trojga dzieci, które jej towarzyszyły. Przeżyła tylko jedna dziewczynka – Joanna, która ukryła się w na polu wśród łanów zboża.

Teraz dziewczynka jest już dorosłą kobietą, lekarką i wygląda na to, że otrząsnęła się z traumy przeżytej w dzieciństwie. Co więcej, swoją pogodą ducha zaraża też innych i emanuje ciepłem. Jej własna rodzina nie jest duża, ma jedno kilkumiesięczne dziecko i męża, który zdaje się mieć jakieś problemy w biznesie. Zaczyna interesować się nim policja podejrzewając, że próbuje wyłudzić odszkodowanie. W tym samym czasie z więzienia ma wyjść winny zbrodni, która zmąciła dzieciństwo Joanny. Na domiar złego Joanna i dziecko znikają z dnia na dzień i nie dają znaku życia. Wszyscy zdają się ignorować to znikniecie, łącznie z mężem zaginionej. Jedynie pomagająca przy dziecku szesnastoletnia Reggie próbuje nakłonić policję do działań. Bezskutecznie. Na szczęście na jej drodze staje Jackson Brodie, który w zamian za ocalenie życia obiecuje Reggie pomoc w rozwikłaniu zagadki zaginięcia Joanny.

Wyłuskałam z powieści jeden główny wątek, aby nieco przybliżyć Wam jej treść. Jednakże powinniście mieć świadomość, że styl Atkinson opiera się na zagęszczaniu wątków, puszczaniu luźnych nici, które pozornie do niczego nie pasują, sprawiających wrażenie chaotycznych, niepotrzebnych, zaciemniających obraz rzeczy. W rzeczywistości każdy wątek, każda scena ma istotne znaczenie, które objawia się dopiero w finale. Przy tym ostatnie zdania powieści zawsze zbijają czytelnika z pantałyku – wywracają do góry nogami pieczołowicie zbudowany obraz wydarzeń. Za to wszystko uwielbiam książki o Jacksonie Brodiem, który rzadko jest głównym bohaterem, ale bez którego książki te nie miałyby sensu. Czytajcie, jeśli macie taką możliwość.

Kruchy lód, Anna Wojtacha

Carta Blanca, 2012

Liczba stron: 231

Jestem jedną z tych osób, które nie cenią telewizji. Na dobrą sprawę mogłabym nie mieć telewizora, ponieważ przez wszystkie lata swojego życia nie wyrobiłam w sobie nawyku włączania tego sprzętu. Wyłączanie mam za to opanowane perfekcyjnie. W związku z powyższym, nie znam wizerunku autorki tej książki i nigdy nie widziałam jej przekazów na żywo z terenów ogarniętych wojną i terrorem. Zupełnie nie przeszkadzało mi to w odbiorze książki, jako że język pisany przemawia do mnie bardziej niż mrugające po ekranie obrazki.

Anna Wojtacha jest reporterką wojenną, oznacza to ni mniej ni więcej, że wraz z jedno lub dwuosobową ekipą techniczną jeździ na tereny objęte działaniami wojennymi, żeby nadawać relacje na żywo z rozwoju sytuacji, robić reportaże, przesyłać komentarze i zdjęcia do redakcji. Wejścia antenowe trwają kilka minut, najczęściej nie więcej niż 2 minuty i to wszystko, co my widzowie dowiadujemy się o wojnie. Na przekaz składa się parę obrazków, ocenzurowanych tak, żeby nie zburzyć niczyjego spokoju oraz krótki komentarz wysłannika telewizji. Wojtacha w książce opisuje jak jej praca wygląda naprawdę, przybliżając całe tło pracy reportera.

Afganistan, strefa Gazy, wojna w Gruzji, atak terrorystyczny na hotele w Indiach to miejsca pracy dla reporterów wojennych. To miejsca, które przyciągają ich jak magnes, a jednocześnie na większość ludzi działają odpychająco. Czym reporterzy wojenni różnią się od innych ludzi? Co ich przyciąga w miejsca, gdzie w każdej chwili może dojść do tragedii, rozlewu krwi? Co im się podoba w tej pracy? Bo coś musi się podobać – nikt nie wykonuje takiej pracy z nakazu szefa. Jak radzić sobie z nagromadzonymi emocjami, obrazami przemocy, ciągłym zagrożeniem? Czy bycie kobietą pomaga, czy może przeszkadza w wykonywaniu tego zawodu? Autorka częściowo odpowiada na te pytania, część odpowiedzi znajdziemy czytając pomiędzy słowami.

Anna Wojtacha ma lekkie pióro i choć reportaże dotykają tematów bolesnych, napisane są w taki sposób, jakby autorka do nas mówiła odsłaniając kulisy swojej pracy – pokazując rzeczy, których nie uchwyci kamera i o których nie mówi się w telewizyjnym przekazie. Groza miesza się z czarnym humorem, strach i przerażenie równoważone są jakąś ciepłą anegdotą z frontu, wzruszenie maskuje się działaniem, emocje wkłada do kieszeni.

Prawie wszystko, o czym napisała przemawia do mojej wrażliwości i uczuć. Jestem w stanie zrozumieć pasję zawodową, misję oraz emocje towarzyszące wyprawom na front. Jest tylko jedna sprawa, która dla mnie jest abstrakcyjna i trudna do zrozumienia – pęd do tego, żeby być pierwszym z jakąś wiadomością, parcie na newsa i na wyprzedzenie „konkurencji” o pół kroku. Te pół kroku, to pierwszeństwo zupełnie do mnie nie przemawia, chociaż rozumiem emocje jakie towarzyszą reporterom, którzy jako pierwsi docierają w miejsca niedostępne.

Pod sam koniec autorka przywołuje postać innego reportera – człowieka, o którym niedawno pisałam – Kevina Cartera jako przykład tego, że nie każdy radzi sobie ze wstrząsającymi obrazami zapisanymi pod powiekami. To gorzkie i smutne zamknięcie książki. Oby los pisał dla ludzi dokumentujących wojnę inne scenariusze.