Archiwa tagu: 2015

Umierasz i cię nie ma, Mariusz Ziomecki

umierasz i cie nie ma mariusz ziomeckiWydawnictwo Akurat, 2015

Liczba stron: 496

Gdy wyjęłam książkę z koperty i zobaczyłam jaka jest gruba, opadły mi skrzydełka. Trochę mnie podłamują współczesne kryminały, bo większość z nich dobija do pięciuset stron, podczas gdy taka Christie mieściła się w połowie tej objętości i pisała przecudnie. Kryminał to książka, która według mnie, ma służyć rozrywce i być przerywnikiem między poważniejszymi pozycjami, trochę jak blok reklamowy dla kinomaniaka, stąd lepiej, żeby nie zajmowała za dużo czasu. Mimo tych początkowych zastrzeżeń, Ziomecki nie czekał zbyt długo na swoją kolej, Co więcej, od razu mogę powiedzieć, że spełnił wszystkie pokładane w nim nadzieje. Ostatecznie, nawet objętość nie okazała się wadą.

Para wypalonych gliniarzy przechodzi w stan spoczynku. Ona zajmuje się dzieckiem i urządzaniem wnętrz budowanego nad Zalewem Zegrzyńskim pensjonatu. On, Roman Medyna, szuka pracy w ochronie, pilnuje budowlańców i wraz z nimi prowadzi prace wykończeniowe. Medyna był niepokornym gliną, drążył sprawy, które miały zostać zamknięte, więc podpadł komuś na górze. Teraz znowu ma okazję się wykazać w sprawie kryminalnej. Zostaje wynajęty przez lokalnego bogacza do zbadania sprawy brutalnego morderstwa, jakie popełniono na Zalewie. Ofiarą nieznanych sprawców padł burmistrz najbliższego miasta oraz dwie działaczki organizacji ekologicznej. Medyna wkracza w sam środek afery. Wydarzenia nabierają tempa i stają się coraz bardziej tajemnicze, do samego końca nie wiadomo, kto pociąga za sznurki i kto poluje na tych, którzy zbliżają się do rozwiązania zagadki.

Autor wykreował przekonujących bohaterów – Medyna pędzący przez Warszawę na swoim motorze i Medyna kładący kafelki to nadal ten sam człowiek. Medyna to również gliniarz z potrzeby serca,  namiętny kochanek, odpowiedzialny ojciec i lojalny kumpel.  To również człowiek błądzący i miotający się między starym a nowym związkiem, pragnący zadowolić wszystkich kosztem spokoju ducha i komfortu. Przy tym jest świetnym śledczym, aktualnie realizującym się jako prywatny detektyw (bez licencji!) i specjalista od ochrony osobistej.

Podobała mi się zagadka kryminalna – jest na tyle skomplikowana, że bez dokładnego śledztwa się nie obejdzie, ale nie tak pomerdana, żeby się pogubić lub zapomnieć o jakichś wątkach. Powieść ma dobre tempo – nie za szybkie, ale brak też długich przestojów, czy dygresji niezwiązanych z głównymi wątkami. Niezbyt długie rozdziały nadają rytm powieści.

Blurb zapowiada kolejne części z tymi bohaterami, co jest bardzo dobrą wiadomością, ponieważ autor jest świetnym opowiadaczem, ma pomysły, potrafi zainteresować czytelnika, nie przesadza z wątkami sensacyjnymi.  Jego bohater nie jest MacGyverem, ale Ziomecki nie roztacza nad nim parasola ochronnego i potrafi go mocno sponiewierać. Czekam na więcej i obiecuję nie marudzić jak książka będzie gruba.

Morderstwo w Boże Narodzenie, Agatha Christie

morderstwo w boże narodzenie agata christieWydawnictwo Dolnośląskie, 2015

Liczba stron: 227

Uwielbiam Agathę Christie, ale nie czytałam jej od wielu lat. Omijałam jej książki głównie dlatego, że nie pamiętałam jakie tytuły już przeczytałam, a nie miałam na ten temat stosownych notatek. To oznacza, że ostatni raz Christie zagościła u mnie jakieś 10 lat temu. Upominek świąteczny w postaci kryminału pt: „Morderstwo w Boże Narodzenie” przerwał niemądry impas.

Okres świąteczny sprzyja rodzinnym spotkaniom, stąd też Simeon Lee zaprasza do rezydencji wszystkich swoich najbliższych krewnych. Wśród nich jest również nieznana nikomu wnuczka, która przyjeżdża aż z Hiszpanii. Przypadkowo do drzwi puka również syn jego najlepszego przyjaciela z dawnych lat, który przybył z RPA. Pozostali krewni zaproszenie przyjmują, lecz przybywają do ojca i teścia dość niechętnie. Senior rodu nigdy nie był wylewny w uczuciach i przez swoich bliskich postrzegany jest jako drań. Ale oczywiście kusi ich wizja spadku. Nie spodziewają się jednak, że wydarzenia potoczą się w takim tempie i skończą tragicznie. Najgorsze, że wszyscy są podejrzani.

To taka powieść Christie, jaką najbardziej lubię – do zbrodni dochodzi w zamkniętym domu, wszyscy skrywają jakieś tajemnice, których strzegą jak oka w głowie, stopniowo na jaw wychodzą ich grzeszki i mniej atrakcyjna strona ich osobowości. Wszyscy mają motyw i sposobność, by zabić. Czy policja jest w stanie rozsupłać splątane wątki? Na pewno przyda się im bystre oko i czujne ucho Herculesa Poirot, który postanawia skorzystać z gościny rodzeństwa Lee i zamieszkać w posiadłości do czasu rozwiązania zagadki.

Szybka akcja, skomplikowana zagadka kryminalna (zakończenie mnie zaskoczyło, nie domyśliłam się, kto zabił), mnóstwo fałszywych tropów, wnikliwe charakterystyki postaci i fakt, iż książka tematycznie wpisuje się w okres świąteczny, czynią z niej doskonałą lekturę na przełom roku. Jak dobrze wrócić do Agathy Christie! Nie wierzycie? Przekonajcie się sami!

Wojna i terpentyna, Stefan Hertmans

wojna i terpentyna stefan hertmansMarginesy, 2015

Liczba stron: 416

Stefan Hertmans stworzył poruszającą opowieść z tego, co miał pod ręką. Wiele lat wcześniej dostał od dziadka zapisane bruliony zawierające historię jego życia, jednak irracjonalny lęk przez długi czas sprawiał, że pisarz nie zaglądał do zapisków zmarłego dziadka Urbaina. Kiedy nadeszła wreszcie odpowiednia chwila, zapiski okazały się ciekawsze niż można by przypuszczać, więc Hertmans postanowił uwiecznić swojego przodka w tej biograficznej powieści.

To opowieść o trudnych czasach i świecie, który nie litował się nad ludźmi. Dzieciństwo dziadka przypadło na przełom wieku XIX i XX. Jego ojciec był malarzem, ale chociaż miał talent, to ledwie wiązał koniec z końcem, matka zajmowała się domem i dziećmi. Ciężka choroba i śmierć ojca sprawiły, że najstarszy z rodzeństwa, Urbain, bardzo wcześnie musiał zacząć zarabiać na utrzymanie rodziny. Praca w odlewni żeliwa była ponad siły wątłego chłopca, lecz przygotowała go do pełnego trudów życia. Jedyną odskocznią od pracy, zgryzoty i smutku były dla chłopca lekcje rysunku, lecz i one przysparzały mu zmartwień – nie czynił takich postępów jak inni uczniowie. Wybuch pierwszej wojny światowej i powołanie do wojska uświadomiło młodemu chłopakowi, że piekło może istnieć na ziemi.

Hertmans stworzył niezwykle sugestywne opisy potyczek i chaosu panującego na frontach pierwszej wojny światowej. Brak tu dumy i bohaterstwa jest młodzieńcza brawura, błędy wynikające z niedoświadczenia żołnierzy i ich dowódców, brud, smród, nuda i biegające po trupach szczury. Pomiędzy błotem okopów i kpinami dowódców prostaków, którzy z lubością poniżają żołnierzy z Flandrii, pojawia się Urbain, skromny chłopak, które chce mieć to już za sobą, nieważne jak jego udział w wojnie miałby się skończyć. To naprawdę jeden z najdoskonalszych opisów pierwszej wojny, jaki miałam okazję czytać.

Czasy powojenne, okres miłości Urbaina, porywów serca oraz chłodnego rozsądku pokazują, że niewiele można sobie w życiu zaplanować, bo generalnie wszystko trafia szlag. To nie jest optymistyczna książka, nie jest też pomnikiem, jaki wnuczek postanowił postawić dziadkowi. W żadnym momencie książki Hertmans nie idealizuje swojego przodka, przez co książka może zostać odczytana jako powieść historyczno-obyczajowa o pierwszej połowie ubiegłego wieku. Jest to powieść o świecie, który przeminął fizycznie, choć pozostał w pamięci ludzi. Autor próbuje odnaleźć opisane w dziennikach dziadka miejsca, ale w większości już nie istnieją, ślady dawnych czasów zostały zatarte, budynki zburzone, miejsca wielkich bitew emanują spokojem. Pozostały tylko wspomnienia te spisane i te przekazywane ustnie w rodzinach. Dobrze się stało, że Hertmans postanowił dać drugie życie swojemu dawno zmarłemu dziadkowi. Warto przeczytać!

Zabij mnie, tato, Stefan Darda

zabij mnie tato stefan dardaVideograf, 2015

Liczba stron: 432

Na kasecie magnetofonowej przed właściwą taśmą znajdowała się tak zwana rozbiegówka, na której nie dało się niczego nagrać. Zanim  zagrała muzyka przez chwilę panowała cisza. Podobnie jest w tej książce – zanim zacznie się coś dziać, musimy przeczytać dobre kilkadziesiąt stron, które do samej akcji wprowadzają bardzo niewiele. Dopiero potem zaczynają się różne atrakcje.

Zdzisław Mokryna jest emerytowanym policjantem-samotnikiem. W niewielkiej miejscowości, w której kupuje mieszkanie, nie zna nikogo. Odcina się od przeszłości i próbuje zacząć na nowo jako ochroniarz w fabryce okien. Liczy na spokój, odpoczynek od stresującej pracy. Dość szybko zaprzyjaźnia się z małżeństwem prowadzącym pizzerię w miasteczku, często ich odwiedza, staje się przyszywanym wujkiem dla ich trzech córek. Sielankę przerywa niesłychana tragedia. Najstarsza z córek odprowadzając po szkole młodsze siostrzyczki spuszcza je na chwilę z oczu. Ktoś wykorzystuje tę sytuację i dzieci nie wracają do domu. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Mokryna wspiera przyjaciół i próbuje pomagać w śledztwie. Nie spodziewa się, że to dopiero początek dramatu.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Stefana Dardy uważam za udane, choć z początku próbował mnie zagadać, zwieść na manowce opowieściami o życiu, pracy, rodzinie, sprawdzić ile wątków obyczajowych jestem w stanie znieść zanim dostanę nagrodę. Jestem wytrwałą czytelniczką i nie dałam się łatwo zniechęcić, tym bardziej, że okładka obiecywała thriller, uprowadzenie, sensację, więc miałam na co czekać. Kiedy wreszcie wyszłam poza dygresje i wątki poboczne upchnięte w pierwszych rozdziałach, okazało się, że jest to niezły thriller – niezły, bo trzymający w napięciu. Autor dość przekonująco opisał swoich bohaterów: rodziców uprowadzonych dziewczynek, Mokrynę, policjanta z miejscowej komendy. Nie pasowało mi coś w najstarszej siostrze, bo czasami była zupełnie infantylna, a czasami przesadnie dojrzała. Ostateczny werdykt mimo długiej rozbiegówki jest pozytywny i wiem, że jeśli autorowi nie znudzi się pisanie thrillerów, ja będę je czytała.

Lolo, Marta Szreder

lolo marta szrederZnak Literanova, 2015

Liczba stron: 222

Nie oglądałam filmu reklamowanego na okładce książki, więc będę się odwoływała tylko do treści powieści „Lolo”. Celowo nazywam książkę powieścią, ponieważ ma niewiele wspólnego z prawdą o Karolu Kocie. Dla niezorientowanych dodam na wstępie, że Kot był seryjnym mordercą działającym w latach 60. w Krakowie. Nie jestem pewna czy obrósł już legendą, tak jak głosi okładka. Wydaje mi się, że wciąż wraca się do tematu Kota za względu na jego młody wiek. Był maturzystą, gdy został ujęty i jak na swoje lata miał całkowicie niewinny, chłopięcy wygląd.

Autorka skupia się na okresie od sierpnia 1965 do maja 1966 roku. Przedstawia Karola Kota w jego środowisku – w domu, szkole, klubie sportowym. To chłopak nieśmiały, zamknięty w sobie, lubiący się uczyć. Nie sprawia kłopotów, nie interesuje się ani modnymi strojami, ani muzyką rozrywkową, nie pije, nie pali. Łatwo go zranić, bo jest wrażliwy. W klubie sportowym, gdzie trafia do sekcji strzeleckiej, poznaje starszą od siebie dziewczynę, studentkę ASP.  Zakochuje się w niej, ona trochę wodzi go za nos. To na jej rysunkach po raz pierwszy widzi nagą kobietę. Chcąc zaimponować chłopcom ze szkoły, których kręci zabawa nożami, Karol odkłada kieszonkowe i kupuje nóż. Potem dotąd ćwiczy sztuczki aż jest najlepszy ze wszystkich. Pewnego dnia w chwili wzburzenia, odczuwając upokorzenie i inność, Karol napada w kościele na staruszkę. Rani ją w plecy i ucieka. Od tej pory ataki na nieznane osoby są dla niego formą wyładowywania złości i napięcia. Cały Kraków drży przed 'wampirem”, jak nazwały go gazety.

Książka napisana jest bardzo sprawnie, czyta się ją błyskawicznie. Ale cały czas coś nie dawało mi spokoju. Czułam, że zawodzi psychologia postaci. Normalny człowiek nie idzie zabijać, bo ktoś go zawstydzi. I nie myliłam się. „Lolo” jest lukrowaną laurką. Karol przedstawiony został jako szlachetny, nieśmiały chłopiec, niemal ofiara swoich bliskich. Tylko że to wszystko nie jest prawdą. On taki nie był. Wystarczy przeczytać wywiad z Kotem zamieszczony w książce Bogusława Sygita „Kto zabija człowieka…”, by poznać prawdziwe oblicze wampira. To psychopata od dziecka męczący zwierzęta, kolekcjonujący broń, kochający zadawać ból, pijacy krew, dumny ze swoich czynów, postrzegający moralność jako przyzwolenie na czynienie tego, co sprawia mu przyjemność. Człowiek bez skrupułów i sumienia.

Nie wiem, co skłoniło autorkę do napisania takiej zakłamanej książki. Czyżby naprawdę chciała stworzyć legendę? Tylko po co? Na okładce napisano, że Marta Szreder próbuje odgadnąć motywacje seryjnego mordercy, ale według mnie wychodzi od zupełnie chybionej hipotezy. Karol Kot nie był ofiarą, był katem od dawna ćwiczącym się w zabijaniu. Traktował zadawanie śmierci jako hobby. Pretekst do zabijania był nieważny. Gdyby nie został ujęty, zabijałby nadal i to nie tylko atakując nożem. Doskonalił swoje metody i coraz bardziej rozsmakowywał się w krwi. Czy naprawdę musimy robić bohaterów z psychopatów? Czy nie można było opowiedzieć jak było naprawdę? Skoro ja bez problemu dotarłam do wywiadu, to autorka również mogła sprawdzić różne źródła. To książka szkodliwa, naprawdę. Gdyby była fikcją literacką, o fikcyjnym bohaterze, nie miałabym zastrzeżeń, chwaliłabym warsztat i opowiedzianą historię, ale niepokoi mnie manipulowanie faktami. Nie potrzebujemy takich bohaterów jak Karol Kot.