Archiwa tagu: 2017

W królestwie lodu, Hampton Sides

w-krolestwie-loduRebis, 2016

Liczba stron: 488

To jedna z takich książek, które czyta się z wypiekami na twarzy, od czasu do czasu opędzając od siebie myśl o tym, że autora poniosła fantazja, by po sekundzie uświadomić sobie, że to przecież nie jest fikcja, tylko reportaż historyczny. I jeśli kogoś poniosła fantazja, to nie jest autor, lecz Bóg, natura czy inna nieprzewidywalna siła, w którą wierzymy.

Książka opowiada o tragicznej w skutkach wyprawie amerykańskiego statku Jeanette na biegun północny. Zanim jednak dotrzemy do lipca 1879 roku, kiedy Jeanette opuściła port w San Francisco, dowiadujemy się jaki był wtedy stan wiedzy o warunkach na biegunie, jakie zdobycze technologiczne miały pomóc w dotarciu na miejsce i jak do tego doszło, że prywatny statek wypłynął pod wojskową banderą, dowodzony przez George’a De Longa. Ta część dotycząca przygotowań do wyprawy jest dość długa i szczegółowa, trochę się niecierpliwiłam, że jeszcze nie wypłynęli, lecz później doceniłam skrupulatność autora.

Sides przede wszystkim z powodzeniem pokazał osobowość De Longa, marzyciela zafascynowanego wyprawami polarnymi oraz jego sponsora, Gordona Bennetta, właściciela „New Heralda”. Doskonale opowiedział o wpływie na wyprawę największego kartografa tamtych czasów oraz przygotowanych przez niego map. Świetnie opisał nowinki technologiczne oraz dodatkowe rozkazy, które spowalniały podróż Jeannette. Jej przebieg natomiast jest oddany tak szczegółowo i ciekawie, że czytelnik przenosi się na skute lodem morze i wraz z załogą cierpi chłód, nudzi się, bawi, reperuje.

Książka powstała na podstawie relacji tych, którzy przeżyli, dzienników członków załogi i kapitana, listów pisanych przez żonę De Longa oraz dostępnej literatury. Nie jest to pozycja naukowa, lecz reportaż dla odbiorcy niekoniecznie będącego fachowcem w tej dziedzinie. Piszę o tym, żeby rozwiać wątpliwości osób, które obawiają się sięgać po tego typu literaturę – przez większość czasu czyta się ją bowiem jak najlepszą powieść przygodową, o heroizmie, przezwyciężaniu własnych słabości, walce z czasem i naturą. Polecam – czytajcie!

Gdy mrok zapada, Jorn Lier Horst

gdymrokzapadaSmak Słowa, 2017

Liczba stron: 200

Poprzednie książki Horsta kończyłam, kiedy świtało – naprawdę nie mogłam się od nich oderwać. Tym razem, gdy zamykałam książkę, było jeszcze ciemno. Nie, to nie nagły spadek formy pisarza, lecz niewielka objętość tej powieści – co to jest 200 stron? Porcja literatury na jeden niedługi wieczór.

W tej odsłonie cyklu o Williamie Wistingu cofamy się w czasie o ponad 30 lat. Wisting jest początkującym policjantem, ojcem półrocznych bliźniaków, po uszy zakochanym w swojej wyrozumiałej i cierpliwej żonie. Pracuje jako mundurowy i żeby jakoś związać koniec z końcem często bierze dodatkowe nocne dyżury.  Pewnej nocy postanawia zaczaić się w okolicach fabrycznego parkingu, z którego giną samochody. Wkrótce okazuje się, że jeden z nich został wykorzystany do zuchwałego przestępstwa, ale niedoświadczony policjant nie jest uprawniony do zajmowania się tą sprawą. W międzyczasie Wisting pomaga przyjacielowi, kolekcjonerowi starych aut w odnalezieniu właścicieli zabytkowego auta przechowywanego w nieużywanej stodole. Okazuje się, że samochód ma burzliwą przeszłość. W ten sposób młody posterunkowy trafia na ślad historii, która pomoże mu w awansie na stanowisko śledczego.

Autor bardzo zgrabnie połączył trzy plany czasowe – współczesny, gdy Wisting zajmuje najwyższe stanowisko w pionie śledczym, okres jego początków w policji, gdy wpadł na trop sprawy sprzed kilku dekad, oraz ten z początku wieku, gdy wszystko, co wiąże się ze sprawą, miało swój początek. Jak zwykle jest zajmująco i niegłupio. To mój sprawdzony autor, którego polecam bez wahania. Nie obawiajcie się szalonej kolejności, w jakiej wydawane są jego powieści w Polsce – według mnie tło obyczajowe jest naprawdę tylko tłem, więc to, że czasem dzieci Wistinga są małe, a czasem dorosłe zupełnie nie przeszkadza w odbiorze tego, co najważniejsze, czyli zgrabnie napisanych kryminałów.

Wombat Maksymilian i Królestwo Grzmiącego Smoka, Marcin Kozioł

maksymilian-wombatEdipresse Polska, 2016

Liczba stron: 192

Książki podróżnicze dla dzieci stają się coraz bardziej popularne. Nie znam tych, które wydaje sławna Nela, lecz miałam okazję przeczytać inną, która była dość nudna. Po takim doświadczeniu powinnam być ostrożna i raczej unikać tego typu książek, lecz tytułowy wombat mocno mnie rozczulił.

Maksymilian zwany Maksem jest australijskim wombatem. Pewnego dnia podczas zabawy wykopuje długi tunel, tak długi, że nagle znajduje się na innym kontynencie. Jest nieco oszołomiony, lecz również zaciekawiony – ciekawość świata odziedziczył po tacie. Gdy dowiaduje się, że wydostał się na powierzchnię w Bhutanie, Kraju Grzmiącego Smoka, postanawia poznać Króla Smoka (wyobraża sobie, że jest pokryty łuskami i zieje ogniem) i poprosić go o zdradzenie jednej z tajemnic państwowych. Gdy już nieco poznaje Bhutan, najbardziej imponuje mu to, że w przeciwieństwie do innych krajów świata, nie liczy się tam PKB, lecz poziom szczęśliwości obywateli i jest nawet specjalne ministerstwo odpowiedzialne za uszczęśliwianie ludzi. Chce więc dowiedzieć się od króla, co może uczynić ludzi bardziej szczęśliwymi. Jego przewodnikiem po kraju zostaje bardzo gadatliwy muł, dzięki któremu Maks dostaje się na teren bhutańskich świątyń i poznaje wiele faktów o tym niezwykłym państwie.

To naprawdę ciekawa książka opowiadająca o kulturze zupełnie odmiennej od europejskiego dziedzictwa. Napisana jest lekko, z humorem, ilustrowana licznymi zdjęciami oraz… uwaga.. materiałem wideo dostępnym po zeskanowaniu kodów zamieszczonych na niektórych stronach. Bardzo fajny pomysł – dzieci często mają  dostęp do smartfonów lub tabletów, więc sądzę, że chętnie sprawdzą, jakie niespodzianki przygotował wombat Maks. Świetna książka dla dzieci pragnących poznawać świat, interesujących się geografią i różnymi kulturami. Zwierzęcy przewodnicy po tym świecie są zabawni i mają różne przygody, które nie przesłaniają jednak głównego celu – dotarcia do Króla Smoka. Jestem pewna, że choć to książka edukacyjna w zamyśle, spodoba się niejednemu dziecku, bo najlepiej uczy się przez zabawę.

Dziewczyna w lodzie, Robert Bryndza

dziewczyna-w-lodzieFilia, 2016

Liczba stron: 434

Młoda, bogata dziewczyna, córka milionera, przedstawiciela establishmentu współpracującego z rządem, zostaje znaleziona martwa. Jej ciało znajduje się pod lodem w parkowym stawie. Sprawa jest delikatna ze względu na rodzinę zamordowanej i wymaga największej dyskrecji połączonej z profesjonalizmem wysokiej klasy. Policja wzywa do pomocy Erikę Foster, doskonałą policjantkę, która wraca po długim zwolnieniu lekarskim, na którym znalazła się po nieudanej akcji.

Erika prowadzi śledztwo po swojemu. Nie interesuje się lokalnymi powiązaniami, daleka jest od słuchania wytycznych napływających od przełożonych. Wie jedno – dziewczyna nie była tak niewinna, jak ją przedstawiają członkowie rodziny i narzeczony, a w noc śmierci znalazła się w podejrzanej okolicy. Prawdopodobnie nie po raz pierwszy. Wkrótce okazuje się, że to nie jest jedyny podobny przypadek, lecz policji zależy na niełączeniu poprzednich spraw ze śmiercią córki milionera. Poprzednie ofiary były bowiem młodymi prostytutkami.

Jeśli przymkniemy oko na różne zbiegi okoliczności (to cecha większości kryminałów), spędzimy z tą książką fajny wieczór, dwa maksymalnie, bo napisana jest w taki sposób, że trudno się z nią rozstawać. Postać Eriki Foster nie wydała mi się szczególnie pociągająca – częściej mnie irytowała niż mi imponowała, ale okazało się, że jest naprawdę nieprzejednana i nie daje sobą rządzić. W końcu niewiele ma do stracenia, bo to, co najważniejsze w życiu, już straciła bezpowrotnie. Finałowe sceny zadowolą miłośników sensacji – są napisane tek obrazowo, że można na ich podstawie nakręcić film. Intryga kryminalna nie zawodzi – prawie do końca nie umiałam wskazać kto zabija. Tak, to książka, która może się podobać, choć nie zaskakuje nietypowymi rozwiązaniami, jest porządną powieścią kryminalną z silną główną bohaterką.

Voo Voo. Dzień dobry wieczór, Piotr Metz

voo-vooAgora, 2016

Liczba stron: 328

Voo Voo wzięło nazwę się od inicjałów Wojciecha Waglewskiego, jednak nieoczywista pisownia sprawia, że łatwo pomylić ją z voo doo. Dodając do tego wizualną oprawę grupy i „darcie japy” w niezrozumiałym języku przez Mateusza Pospieszalskiego, można założyć, że istotnie to zespół szamanów. Zapewne potrafiło to niektórych zniechęcić do kupienia płyt, czy obejrzenia koncertu. Jednak z drugiej strony Voo Voo ma w sobie coś tajemniczego, nieoczywistego, energię, która sprawia, ze długo czujemy ciarki na plecach. Piotr Metz, dziennikarz muzyczny, radiowiec, fan The Beatles, potrafiący swoimi radiowymi audycjami przykuć mnie do odbiornika, co nie jest łatwe, postanowił zmierzyć się z biografią Voo Voo. Podzielił książkę na cztery części – wywiady z każdym z obecnych muzyków z zespołu. Wszystkie te ciekawe opowieści w jakimś momencie splatają się ze sobą, przedstawiając nam Voo Voo od środka.

wagl

Waglewski spytany kiedyś przez dziennikarza, kogo chciałby mieć w swoim zespole, odpowiedział, że nikogo, bo ma samych najlepszych. Parafrazując fragment piosenki Wagla, jest to prawda najprawdziwsza z prawd. Waglewski, podobnie jak Lech Janerka, nie pcha się na listy przebojów, nie podlizuje fanom ani ludziom z branży. Jest artystą chodzącym ścieżkami swojej własnej wrażliwości, co przekłada się na niebanalność w warstwie tekstowej i muzycznej, stanowiącą jego wielką siłę. Pomimo że jest znakomitym gitarzystą, na koncertach nie epatuje słuchaczy solówkami, bez których inni nie potrafią żyć. Ma swoją publiczność, która dopisuje na koncertach, a jednak, jak sam zauważa, do zespołu przylgnęła łatka „ludyczności”. Wspólne śpiewanie z publicznością łobi jabi zaczęło zespół trochę męczyć. Szamański wizerunek ciążyć. Dlatego też zmienił się image Wagla. Mogliśmy go zobaczyć w hipsterskich okularkach i z długą brodą, co moim zdaniem, jest wpływem jego synów – Fisza i Emade.

Wrażliwość muzyczna czwórki muzyków powoduje, że „sound” zespołu jest oryginalny, wokalizy „Matełki”, jak i jego styl gry na saksofonach, są nie do podrobienia. Niestety zespół doświadczył tragedii, która pomimo całego dorobku postawiła jego przyszłość w niepewnym świetle. Śmierć Piotra Żyżelewicza, znakomitego perkusisty, świetnego kolegi, sprawiła, że Waglewski z kolegami rozważali rozwiązanie zespołu.. Szczęśliwie dla nas grupa nie miała czasu na myślenie, a miejsce Stopki, jak nazywali go koledzy, zajął Michał Bryndal.

Autor książki umiejętnie zadaje pytania każdemu z artystów, dzięki czemu obraz grupy staje się pełny. Oczywiście najwięcej do powiedzenia mieli Waglewski i Pospieszalski, ale bardzo ciekawe jest to, czym podzielił się z nami basista Karim Martusewicz. Z książki  dowiemy m.in. z czym borykał się Waglewski w czasach, kiedy płytę można było wydać raz na dwa lata i jaką drogę przebył Karim, by stać się profesjonalnym muzykiem i częścią historii jaką jest Voo Voo. Materiał uzupełniają liczne fotografie. Całość jest zajmująca, odświeżająca, warta przeczytania. POLECAM!