Tron Jagiellonów. Krwawa sukcesja, Szymon Jędrusiak

Bukowy Las, 2022

Liczba stron: 496

Czy książka historyczna może spodobać się czytelnikowi, który szuka przede wszystkim dobrej rozrywki?

„Tron Jagiellonów” rozgrywa się na początku XV wieku, kiedy w Europie dużo się dzieje, a Polska jest łakomym kąskiem dla tych, którzy chcieliby powiększyć potęgę swojego rodu. Król Władysław Jagiełło wciąż bowiem nie doczekał się potomka płci męskiej, co stanowi duży problem jeśli chodzi o sukcesję tronu. Sytuację chcą wykorzystać Hohenzollernowie, którzy zawiązują tajny spisek, by na polskim tronie osadzić nowo narodzonego syna Fryderyka I. W grę wchodzą ogromne pieniądze, wielkie wpływy oraz zaszczyty, wobec czego spiskowcy nie przebierają w środkach i są gotowi wszcząć wojnę, byleby osiągnąć swój cel.

Jednocześnie na terenach przygranicznych dochodzi do dziwnych, niewytłumaczalnych zdarzeń. Pojawia się tajemniczy, okrutny wojownik kryjący twarz za maską wilka, który zostawia za sobą szlak krwi oraz tajemnicze znaki w miejscach, gdzie dokonał przerażających zbrodni na pozornie niewinnych ludziach. W sprawę włącza się polski wywiad, jego wybitna agentka Konstancja z Szafrańców oraz sam Zawisza Czarny. Na własną rękę sprawę morderstw próbują wyjaśnić bracia zakonni z Tyńca, choć nie mają pojęcia w jak wielką aferę się angażują.

Tyle o fabule, bo żaden opis ani streszczenie nie są w stanie oddać emocji towarzyszących lekturze tej powieści. Od pierwszych rozdziałów czytelnik jest tak zaaferowany akcją i związany z bohaterami, że ani na chwilę nie chce odrywać się od lektury. Autor ma wielki dar kreowania postaci, które nie są jednowymiarowe, wprost żyją własnym życiem na kartach powieści, wydają się być tak namacalne, że naprawdę wcale bym się nie zdziwiła, gdyby w moim mieszkaniu pojawił się Zawisza Czarny w zbroi lub Konstancja w strojnej sukni. Byłam tak pochłonięta czytaniem, że jedną nogą znajdowałam się w XV wieku w samym środku akcji kryminalnej.

Warto zwrócić uwagę na dwie żeńskie postaci – wspomnianą Konstancję i jej podopieczną Agatę, która z nieznanych powodów musi się ukrywać. Agata uciekając przez wynajętymi przez swoich wrogów zbirami trafia dosłownie na kraniec ówczesnego świata – do Hiszpanii. Moją uwagę przyciągnął też fragment, w którym wspomina się, że kobiety szpiegowały na rzecz Polski i w zamian za swoją służbę były objęte troskliwą opieką. W mojej głowie zalęgła się myśl, że chciałabym przeczytać książkę o takich agentkach, bo w „Tronie Jagiellonów” mają one rolę drugoplanową.

Uwielbiam, gdy książka przenosi mnie w inne czasy, a te odmalowane są w taki sposób, że wszystko wydaje się namacalne. Co dla mnie ważne, język narracji nie jest stylizowany, nie ma tu łamańców stylistycznych czy dziwnych konstrukcji zdań, więc książkę czyta się płynnie. Jeśli ktoś miałby konkurować z Elżbietą Cherezińską, to jest to Szymon Jędrusiak, który, mam nadzieję nie raz nas jeszcze zaskoczy.

Na jabłonkę!, Anita Stawik-Szablewska

Akapit Press, 2022

Liczba stron: 211

Początek lata to u nauczycieli czas, gdy szorują nosem po asfalcie ze zmęczenia. Niby wakacje tuż za rogiem, ale żeby do nich doczłapać należy ostatkiem sił wdrapać się na jabłonkę albo jeszcze wyżej. Kiedy więc zobaczyłam okładkę książki Anity Stawik-Szablewskiej, rozmarzyłam się i myślami przeniosłam do chwil, gdy nic nie będę musiała. Pastelowo-letnie kolory, zaczepny kot w rogu, kwiaty i dziewczyna w fikuśnych okularach zapowiadały lekką lekturę. Co ważne, to jeden z dwóch debiutów, które zostały nagrodzone w konkursie „Genialne Akapity”, a to dla mnie gwarancja jakości.

Bohaterka tej książki to Lena, właśnie skończyła studia na kierunku humanistycznym, rozstała się z bucowatym chłopakiem i wyjechała do babci na wieś, żeby zastanowić się, co zrobić ze swoją dorosłością. I wtedy sprawy zaczynają biec własnym tempem – Lena dziedziczy domek po zmarłym sąsiedzie i kochanku babci w jednej osobie. Postanawia, że zrobi w nim remont i zamieszka na wsi koło babci, na podobny pomysł niezależnie od niej wpadają jej rodzice. Cała rodzina mieszka na kupie i… dobrze się bawi. Oczywiście, dochodzi czasem do konfliktów i nieporozumień, ale te szybko są rozwiązywane. Co więcej, rodzina poznaje ciekawych ludzi z okolicy, którzy jak to na wsi często wpadają bez zapowiedzi i pomagają w remoncie, pracach w obejściu oraz osuszaniu skrzynek piwa i ploteczkach. Do tego mamy przystojniaków, którzy kręcą się koło Leny, tajemnicę rodzinną oraz sekret skrywany przez starszych mieszkańców Lasówki, wsi położonej koło Zieleńca tuż przy granicy z Czechami.

Co niesamowicie mi się podobało, to atmosfera tej powieści pisanej w formie pamiętnika Leny. Przez to i przez niewymuszony humor powieść kojarzyła mi się z czeską serią o ostatniej arystokratce. Podobnie jak tam, młoda dziewczyna ma dar zjednywania sobie ludzi, ale nie daje sobie w kaszę dmuchać. Drugim bezsprzecznym atutem tej powieści jest fakt, że ta książka NIE jest romansem i nie kręci się wokół życia uczuciowego bohaterki, lecz skupia na codziennych zadaniach i problemach związanych z remontem starego domu i poznawania przeszłości wsi i swojej rodziny. A po trzecie dzieje się na Dolnym Śląsku, czyli w moich rodzinnych stronach.

Jeśli szukacie czegoś, co ukoi wasze nerwy, co przeniesie was do oddalonej od miasta wsi żyjącej przeszłością, co wsadzi was w sam środek rodzinnych perypetii i przywoła u was uśmiech na ustach, sięgnijcie po ten udany debiut i zanotujcie sobie nazwisko autorki, bo jestem pewna, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy.

Zgodne małżeństwo, Aleksandra Tyl

Prozami, 2022

Liczba stron: 300

Wiecie, jakie mam podejście do romantycznych książek – staram się je omijać szerokim łukiem. Ale co z tymi ANTYROMANTYCZNYMI? I do tego komediami? Taki bowiem dopisek widnieje na okładce powieści Aleksandry Tyl. Musiałam sprawdzić, czy odnajdę się w takiej stylistyce. I tak! Zagrało, antyromantyzm to coś dla mnie!

Joanna i Jacek są małżeństwem od ponad dwudziestu lat. On dość dobrze zarabia, ona realizuje się jako łowczyni promocji i gospodyni domowa. Córka odchowana, na studiach, troszczy się o siebie, choć za pieniądze od rodziców, tymczasem z małżeństwem zamieszkuje uzależniona od hazardu teściowa. I wszystko byłoby super, gdyby nie kryzys wieku średniego, nuda i całkowity brak miłości. Te trzy wybuchowe składniki popychają ich ku działaniom nie do końca racjonalnym, lecz jak najbardziej realnym.

Jacek zadurza się w nowej, młodej, pięknej, powabnej mieszkance osiedla, którą spotyka na spacerach z psem. Dziewczyna nie jest zachwycona „starym dziadem”, który ciągle staje jej na drodze, on natomiast snuje dalekosiężne plany co do ich wspólnej przyszłości. Ale aby je urzeczywistnić, musi pozbyć się kilku przeszkód stojących im na drodze. Przede wszystkim potrzebuje pieniędzy, dużych pieniędzy, by móc porwać ukochaną do ciepłych krajów, no i jeszcze wypadałoby jakoś pozbyć się żony. Joanna też ma dość Jacka. I ta wzajemna, skrywa niechęć doprowadza do serii zdarzeń, o których czytamy z coraz większym rozbawieniem.

„Zgodne małżeństwo” to komedia pomyłek, w której jedna szalona akcja poprzedza kolejną, jeszcze bardziej niedorzeczną. Nie umiałam przewidzieć, co jeszcze wymyślą Joanna i Jacek, ale chyba kibicowałam im obojgu. Jej, by udało jej się wyrwać z narzuconej sobie roli wzorowej gospodyni, by odkryła w sobie jakiś talent, by potrafiła spojrzeć szerzej na życie, by wyrwała się z ram i po prostu sobie pożyła. Trzymałam kciuki za Jacka, by potrafił położyć kres harpiom żonie, teściowej i córce żerujących na jego pieniądzach, by spełnił swoje marzenie i zafundował sobie wyjazd do ciepłych krajów, by po latach nudnej pracy odnalazł w sobie kreatywność i zapał.

Ta komedia, dodam, że naprawdę zabawna, to lekka opowieść o ludzkich tęsknotach i pragnieniach. O tym, co nam się marzy, ale zwykle nie mamy odwagi sięgnąć po więcej. Oczywiście, forma tej powieści komediowej narzuca wyolbrzymienia i przesadę, ale to opowieść o ludziach takich jak my, którzy może trochę się pogubili i narobili głupot, ale kierowało nimi pragnienie zmiany. „Zgodne małżeństwo” spodoba się nie tylko fanom gatunku. Gorąco polecam!

Obsesja i inne formy miłości, Sarah Crossan

Wydawnictwo Znak, 2022

Liczba stron; 279

Tłumaczenie: Maria Makuch

Ona jest prawniczką. Zawodowo zajmuje się spisywaniem i wykonywaniem testamentów. On jest jej klientem. Zjawia się w biurze, bo chce spisać testament i zabezpieczyć swoją żonę i synów. Ona i on mają trwający kilka lat romans. Pewnego dnia do kancelarii dzwoni żona, chce wykonać testament. Okazuje się, że mężczyzna nie żyje.

Oglądamy świat przez szparę w drzwiach, jaką zostawia nam główna bohaterka tej powieści. Kochanka. Ta trzecia. Ta, która nie może otwarcie przeżywać żałoby. Ta, która popada w obsesję po śmierci kochanka. Niechętnie wpuszcza nas do swojego świata, dawkuje informacje o sobie, o sekretnym związku, o swoim życiu poza pracą i schadzkami. Powoli jednak obraz staje się coraz pełniejszy, a sympatia czytelnika meandruje pomiędzy bohaterami tego dramatu.

Zastanawia mnie, jak inni czytelnicy odbiorą tę powieść. Ja odetchnęłam z ulga, gdy zamknęłam książkę i mogłam uwolnić się od tej wyniszczającej historii. Nie zazdroszczę osobie, która podjęłaby się pomocy uwikłanej w sieć złych uczuć kobiecie. Ja czułam się utaplana w błocie, często zdezorientowana, przygnębiona łańcuchem zdarzeń i pozornie irracjonalnych zachowań. Pozornie, bo po zastanowieniu byłam w stanie powiedzieć, czym kierowała się bohaterka dokonując tak dziwnych wyborów.

Na uwagę zasługuje również forma i styl tej powieści. Gdy otwieramy książkę, wydaje nam się, że będziemy przedzierać się przez poemat. Okazuje się jednak, że szybko można przywyknąć do takiej formy zapisu i czytać tę książkę jak zwykłą, złożoną z krótkich scen powieść. Powieść, która niby opowiada banalną historię zdrady, lecz zawiera wiele miejsc, które osaczają czytelnika i zmuszają do zdania sobie pytania: Co ja bym zrobiła w tej sytuacji?

Nazwałem go Krawat, Milena Michiko Flasar

Wydawnictwo: Oficyna Lustro

Liczba stron: 127

Tłumaczenie: Barbara Bruks

Czy pewne kultury bardziej sprzyjają wyobcowaniu?

Po lekturze książki „Nazwałem go Krawat” skłaniam się ku pozytywnej odpowiedzi na to pytanie, bo czy jakiś kraj poza Japonią ma słowo określające osobę od dawna nieopuszczającą swojego pokoju lub domu? Bohater tej krótkiej objętościowo powieści jest hikikomorim, spędził dwa lata w swoim pokoju, odciął się od znajomych, szkoły, a nawet najbliższej rodziny. Obecnie w wieku dwudziestu lat podejmuje nieśmiałe próby otwarcia się na świat. Nieśmiałe, bowiem codziennie rano wychodzi z domu i zajmuje tę samą ławkę w pobliskim parku, skąd obserwuje toczące się i przytłaczające go życie. To wszystko, na co go stać. Nie jest nawet pewien, czy wciąż potrafi mówić, czy byłby w stanie znieść dotyk drugiego człowieka. Do czasu.

Do czasu aż na sąsiedniej ławce zaczyna siadać dużo od niego starszy mężczyzna. Początkowo wydaje się, że jest jednym z niezliczonych pracowników biurowych spędzających porę obiadową w parku, ponieważ zawsze ma za sobą pudełko bento i jest pod krawatem. Po paru dniach mężczyźni zaczynają ze sobą rozmawiać.

To książka o szukaniu bliskości i zrozumienia, które tak trudno czasem znaleźć wśród bliskich, którzy obarczają dzieci i partnerów swoimi oczekiwaniami, stopniowo przestając zauważać ich potrzeby i troski. Rodzice i partnerzy nawet chcąc jak najlepiej, czasem unikają trudnych rozmów, wycofują się, dają czas i czekają na ruch z drugiej strony. W przypadku tych bohaterów taki ruch był ponad ich siły. Otwarcie się i okazanie swoich słabości jest aktem odwagi w każdej kulturze, lecz w japońskiej jest czynem wręcz heroicznym, bo Japończyk ma wdrukowane to, by nigdy nie tracić twarzy i by tłumić w sobie silne emocje. Znajomi z ławeczki choć bliscy przekroczenia progu wytrzymałości psychicznej, dali sobie nawzajem przestrzeń do wyrażenia tłumionych od dawna trosk. I chociaż ta powieść wydaje się przytłaczająca, dojmująco smutna, to ostatecznie niesie nadzieję i pokazuje wyjście z labiryntu złych decyzji.

Podczas lektury miałam mnóstwo przemyśleń dotyczących różnych, czasem marginalnych wątków tej powieści. Zastanawiałam się nad naturą związków damsko-męskich, znieczulicą w szkołach, a przede wszystkim bolało mnie zachowanie matki bohatera w stosunku do ubogich sąsiadów, które nie było niczym wyjątkowym, tylko powszechnym w tamtym środowisku potępieniem tych, którzy się wyróżniają. Ta sama matka, by nie dawać sąsiadom powodów do plotek, udawała, że z jej synem jest wszystko w porządku i sama skazywała się na cierpienie i odosobnienie.

Koniecznie czytajcie, bo wszystko w tej książce jest niezwykłe – układ graficzny powieści, każda scena jest numerowana; bohaterowie, których pozornie dzieli wszystko, a w rzeczywistości łączy tak wiele. No i nie mogę wspomnieć o tym, że ogromnie podoba mi się to, jak książka została wydana – rzadko zdarza się, że wolę wersję papierową od elektronicznej, ale to jeden z takich przypadków. Ta powieść po prostu doskonale leży w ręce i ma estetycznie satysfakcjonującą obwolutę. Sprawdźcie ją!