Archiwa tagu: afryka

Afronauci. Z Zambii na Księżyc, Bartek Sabela

Wydawnictwo Czarne, 2017

Liczb stron: 216

Autor natknął się na fantastyczny temat. Temat-marzenie reportera.  W latach 60. Zambia przystąpiła do wyścigu gwiezdnego za sprawą człowieka, który wydawał się wizjonerem. Edward Mukuka Nkoloso rzucił wyzwanie Stanom Zjednoczonym, ZSRR oraz księżycowi. Jego kontrowersyjne wypowiedzi i działalność wzbudziły zainteresowanie świata i kilka krajów wysłało swoich dziennikarzy do Zambii, żeby pokazać postać Nkoloso. Autor tego reportażu postanowił znaleźć ludzi, którzy pamiętają jedynego wykładowcę Narodowej Akademii Nauki, Badań Kosmicznych i Filozofii. Liczył również na znalezienie śladów jego działalności w archiwach państwowych.

Zambijczycy zaskoczyli autora, który miał już spore doświadczenie w kontaktach z Afrykanami. W zasadzie nie otrzymał jednoznacznych odpowiedzi na swoje pytania. Najbardziej bowiem intrygowało go to, jak współcześni postrzegali Edwarda Nkoloso i jego akademię astronautów. Czy był traktowany poważnie, gdy w plastikowych beczkach przygotowywał swoich astronautów do lotu w kosmos? Czy ktokolwiek w kraju wierzył, że jeden człowiek wspomagany przez grupę nastolatków zbuduje rakietę? Czy sam Nkoloso wierzył w to, że mu się uda? Czy był zdrowy psychicznie? A może bawił się swoją rolą, pomysłami i zamieszaniem, jakie wywołał?

Mam wrażenie, że reporter miał nieco inne założenia, gdy zaczynał pisać książkę. Zapewne liczył na głębsze analizy, szczere rozmowy z osobami znającymi bohatera książki, dokumenty świadczące o tym, jak postrzegali go m.in. politycy i lokalni dziennikarze. Okazało się, że nie był w stanie dotrzeć do źródeł. Ostatecznie napisał książkę w dużej części o Zambii, historii kraju, tym, jak tam się obecnie żyje, jeden rozdział poświęcił państwowej uroczystości religijnej odbywającej się na zapełnionym stadionie. O samym Nkoloso dowiedział się niewiele. Nie znalazł słuchaczy jego uczelni. Syn okazał się mało wiarygodny źródłem informacji. W związku z czym oparł się w dużej części na istniejących materiałach dziennikarskich – filmach, wywiadach, reportażach z lat 60. i 70. , co ani o krok nie przybliżyło go do odpowiedzi na pytanie o to, kim był Edward Mukuka Nkoloso. Szkoda, bo temat jest fascynujący, ale wygląda na to, że nie da się już więcej  z niego wycisnąć. Mimo to, polecam tę książkę, chociażby dla opisów działalności Narodowej Akademii Nauki, Badań Kosmicznych i Filozofii.

To pierwsza książka, którą przeczytałam na Kindle korzystając z usługi abonamentowej Legimi. Super sprawa! Chcielibyście więcej poczytać jak się korzysta z abonamentu na Kindle?

Madagaskar. Tomek na czerwonej wyspie, Tomasz Owsiany

Bernardinum, 2014

Liczba stron: 349

Gdybym oceniała książki na podstawie tego, jak wpłynęły na mój światopogląd, „Madagaskar. Tomek na czerwonej wyspie” byłaby na wysokim miejscu. Moje wyobrażenie Madagaskaru (nie wiem skąd się wzięło) idealizowało i kraj, i ludzi. Wyspa zdawała mi się oazą zieleni, bogatą w pożywienie składające się głównie z warzyw i owoców, sielankowe krajobrazy i pogodnych, serdecznych ludzi. Ciekawe jak wyobrażał ją sobie Tomek, filolog romański, zanim, pod wpływem opowieści polskiego misjonarza, wyjechał do Afryki, by uczyć tam francuskiego na odległej katolickiej misji? Książka opowiada bowiem o wszechobecnych zaskoczeniach – upałem, brudem, zaniedbaniem oraz nachalnością tubylców.

Tomek nie był przygotowany na tak ekstremalne warunki. Wiele rzeczy go dziwi, wiele bulwersuje, nieraz traci wiarę w człowieka. Malgasze nie różną się bowiem od innych mieszkańców Afryki znanych chociażby z reportaży Kapuścińskiego. Nie myślą perspektywicznie, żyją dniem dzisiejszym, nie znają słowa obowiązek, a jeśli są gotowi do jakiegoś wysiłku, to wysiłek ten musi im się opłacić. Chociaż misja robi wiele dobrego dla okolicznych mieszkańców, musi się też przed nimi bronić: niedopuszczalne jest zostawienie jakichkolwiek drzwi niezamkniętych na klucz. Malgasze rozkradną wszystko, co można sprzedać nie zważając na to, że misjonarze pomagają im na co dzień.

Jednym z bardziej szokujących fragmentów był opis poziomu szkolnictwa i samych nauczycieli. W ogóle nie ma mowy o jakichkolwiek standardach nauczania. Nauczyciele sami znają francuski w zakresie podstawowym, nie przykładają się do pracy, co więcej, zdarzają się dni, że w ogóle nie otwierają szkoły.

Wieńczący wyjazd Tomka pobyt na jednej z wysp otaczających Madagaskar jest w sensie dosłownym i przenośnym oderwaniem od trudów i zaskoczeń wielomiesięcznego stażu w Afryce. Tu dopiero widzi pocztówkowy Madagaskar i honorowych ludzi, wiernych tradycjom.

Książka o Madagaskarze widzianym przez Tomka Owsianego to zapis wielu dziesiątek obserwacji ilustrujących zachowania, obyczaje, kulturę ludów zamieszkujących ten kraj. Dużo w niej fragmentów, które wywoływały we mnie, dość silne uczucia – zaskoczenia, żalu, rezygnacji. Naprawdę trzeba mieć w sobie niekończące się pokłady optymizmu, siły i wiary w to, co się robi, by próbować choć w najmniejszym stopniu odmienić los Malgaszów. Nie mówię tu o fundowaniu im coraz to nowych zdobyczy cywilizacji, lecz zmianie myślenia i nauczeniu ich dbałości o to, co mają, zapobiegliwości, uczuć macierzyńskich, obowiązkowości.

Rzecz warta polecenia jako odmiana od słodko-pocztówkowych relacji z wypraw. Owsiany pracując na Madagaskarze przez większość roku miał dość czasu, by przyjrzeć się opisywanym ludziom i miejscom i wniknąć w głąb problemów. W swojej książce starał się zrównoważyć spojrzenie krytyczne i zauroczenie egzotyką.

Czarne gwiazdy, Ryszard Kapuściński

Czarne gwiazdy, Ryszard Kapuściński

Agora, 2013

Liczba stron: 205

Zanim jeszcze książka wpadła mi w ręce, zastanawiałam się czy są to jakieś nowe, w sensie odnalezione w szufladzie, teksty Kapuścińskiego. Okazało się, że „Czarne gwiazdy” są wznowieniem wydanego przed 50 laty przez Czytelnika zbioru siedemnastu reportaży z Ghany i Kongo o pierwszych miesiącach wyzwalania się spod rządów białych, czyli dekolonizacji.

Na przełomie lat 50 i 60 Kapuściński nie miał jeszcze zbyt dużego doświadczenia w temacie afrykańskim, a mimo tego zdołał wychwycić sprawy, które nie utraciły za wiele ze swojej świeżości. Chwilami reporter sięga po środki językowe i stylistyczne, które uwypuklają różne bolączki kontynentu. Czasem brakuje obowiązującej obecnie poprawności politycznej, co przede wszystkim widoczne jest w reportażach o wspólnym tytule „Kolon”, w których opisuje zachowanie białych w koloniach. Popada w dużą przesadę wrzucając wszystkich do jednego worka, ale wychwytuje charakterystyczne cechy białego „pana” na włościach w Afryce.

Sporo miejsca poświęca również ważnym postaciom sceny politycznej oraz rozbiciu politycznemu państw afrykańskich. Omawia różne style dochodzenia do władzy i jej sprawowania, a także pokazuje wewnętrzne rozbicie krajów. To, co pisze jest niezmiennie ciekawe i żywe. Czytelnik dostrzega, że choć opisywane wydarzenia dawno się zdezaktualizowały, to ogólna wymowa reportaży oraz akcent został położony na takie cechy Afryki, które łatwo dostrzec i teraz.

Uwagę zwraca to, że styl Kapuścińskiego już na początku jego pracy dziennikarskiej wyróżniał się klarownością, a autor spostrzegawczością i umiejętnością selekcji informacji. Smutna refleksja wynikająca z porównania tych reportaży z bardziej współczesnymi książkami o Afryce jest taka, że niewiele państw umiało się podnieść i wykorzystać szanse jakie otworzyły się przed nimi po dekolonizacji.

Książka jest bogato ilustrowana czarno-białymi ilustracjami ludzi i miejsc opisywanych w książce oraz opatrzona posłowiem Bogumiła Jewsiewickiego, który odpowiada na pytania: czy warto wracać do tych reportaży i czy są one jeszcze aktualne?

W skrócie powiem, że warto!

Lato, J. M. Coetzee

Znak, 2010

Liczba stron: 284

Bohater tej zbeletryzowanej autobiografii, czyli sam John Maxwell Coetzee, powrócił do RPA po wojażach po Anglii i USA. Powrócił bez grosza przy duszy i upokorzony. Jego głowę wypełniają marzenia o napisaniu i wydaniu książki. Aby się utrzymać podejmuje dorywczą pracę w szkole i mieszka ze schorowanym ojcem, z którym przez lata był skłócony.

Autor dokonał ciekawego zabiegu fabularnego – o Johnie po jego śmierci opowiadają bliscy z tamtego okresu, jego kochanki, rodzina, współpracownicy. Wywiady uzupełniają fragmenty dziennika pisarza. Powieść spisana jest w formie wywiadów przeprowadzanych przez miłośnika jego twórczości w celu napisania biografii autora.

Niemal wszyscy, może z wyjątkiem kolegi z pracy, który opowiada o zawodowych kompetencjach Johna jako wykładowcy na uczelni, są bardzo krytyczni w stosunku do niego. Kobiety wytykają mu niechlujny wygląd, niezaradność życiową (trzydziestolatek mieszkający z ojcem), gburowatość lub przesadny intelektualizm nie licujący ze środowiskiem w jakim John mieszka. Mówią również o tym jaki był wycofany, zgaszony, niezrozumiany. Nie znajdują siebie w jego powieściach, które tak naprawdę niewiele je obchodzą. Nawet literacka nagroda Nobla nie zmieniła ich opinii o Johnie.  Zastanawia jednak czy kobiety te nie próbowały wybielić siebie kosztem bohatera tej powieści.

W „Lecie” mniej mamy nawiązań do sytuacji społecznej RPA, ale wyraźnie widać odmienny stosunek Coetzee do rdzennych mieszkańców oraz pracy, którą wykonują na rzecz białej społeczności. Przez to, że John sam remontuje dom uważany jest za dziwaka – biali ludzie nie pracują fizycznie, mogą wynająć czarnoskórych, którzy wykonają robotę szybko i tanio. Zażenowanie i próba odkupienia jest częstym motywem w jego twórczości.

Coetzee pisząc swoją autobiografię w trzeciej osobie liczby pojedynczej i dodatkowo w tej części oddając głos innym ludziom, dystansuje się trochę od młodego człowieka z aspiracjami, który marzył o pisaniu. Czytelnik jest świadomy tego, że autor selekcjonuje wydarzenia i przedstawia siebie w takim świetle w jakim chciałby być widziany – i nie jest to wcale pochlebny obraz – raczej dość złośliwa karykatura. Niemniej jednak książkę przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem, smakując wyważone zdania, rozpoznając motywy wypełniające jego powieści i planując jaką książkę Coetzee będę czytać w następnej kolejności.

Bractwo Bang Bang, Greg Marinovich & Joao Silva

Sine Qua Non, 2012

Liczba stron: 282

O mały włos pominęłabym tę pozycję. Tytuł „Bractwo Bang Bang” brzmiał dla mnie jakoś niepoważnie i sugerował powieść fantastyczno-sensacyjną dla młodzieży. W tej chwili nie pamiętam czy w drugiej kolejności mój wzrok padł na zdjęcie na okładce przedstawiające fotoreportera w samym środku zadymy, czy na nazwisko tłumacza wyszczególnione już na okładce (Wojciech Jagielski – tak, właśnie ten Jagielski) czy też na podtytuł tej książki, który brzmi: „Migawki z ukrytej wojny.” Dopiero wtedy zorientowałam się, że jest to opowieść o fotoreporterach mieszkających i pracujących w RPA pod koniec ubiegłego wieku.

Znowu RPA? Ostatnio miałam już dosyć reportaży i książek o tym państwie – porzuciłam na jakiś czas Coetzee, odstawiłam Albińskiego, nie kusi mnie powrót do książki Michniewicza. Tym razem uznałam jednak, że gra warta świeczki, bo konflikty ujrzę z innej strony i całkiem z bliska, a pomogą mi w tym fotoreporterzy, którzy wybili się na arenie międzynarodowej dzięki wojnie hotelowej i zamieszkom w czarnych dzielnicach i którzy przypłacili zdrowiem i życiem swoje zaangażowanie w tę pracę = pasję. Doprawdy trudno zdecydować co bardziej.

Autorzy tej publikacji Joao Silva i Greg Marinovich to zaledwie połowa Bractwa Bang Bang (tak nazwano ich w jednej z gazet i nazwa się przyjęła). Podstawowy trzon tej nieformalnej grupy stanowili także Ken Oosterbroek i Kevin Carter, którzy przypłacili życiem swoje poświęcenie pracy = pasji. Książka to zapis wydarzeń, które doprowadziły każdego z nich na szczyt listy najlepszych fotoreporterów i które zrujnowały im zdrowie, życie i przywiodły na skraj załamania psychicznego.

Powszechny truizm powtarzany przez psychologów, psychiatrów, specjalistów od motywacji i zdrowia psychicznego brzmi: oddzielaj pracę zawodową od życia prywatnego. Czy jest to w ogóle możliwe w przypadku, gdy twoja praca zawodowa polega na byciu świadkiem i staniu na odległość wyciągniętej ręki od morderców, oprawców, ludzi bezwzględnych i ludzi pokrzywdzonych? Autorzy stawiają w książce pytania o wymiar etyczny i moralny tej pracy. Czy dokumentowanie i nagłaśnianie konfliktów i klęsk to wszystko, co mogą zrobić? Czy powinni ingerować w przebieg wydarzeń? Jak żyć z takimi wspomnieniami, obrazami przemocy i bezsilności, które na zawsze pozostaną w pamięci? Kevin Carter to nie jedyny fotoreporter, który przypłacił życiem swoją wrażliwość.

Trudno mi pisać o książce, do której mam tak emocjonalny stosunek. Choć liczy zaledwie niecałe 300 stron czytałam ją przez kilka dni, dając sobie czas na odreagowanie, przemyślenie i odpoczynek od targających mną uczuć. To nie jest książka dla osób wrażliwych. Jej siła polega na tym, że została napisana przez fotoreporterów i zilustrowana fotografiami, o których mowa w tekście. W zasadzie każde opisane ze szczegółami wydarzenie ma swoje odzwierciedlenie w fotografii (brawo dla wydawcy!), a połączenie czytelniczej wyobraźni z namacalnym dowodem na to, że to wydarzyło się naprawdę, sprawiło, że rozsadzały mnie emocje różnego typu. Za dużo ich żeby je wymieniać, tym bardziej, że sądzę, że i Wy sięgniecie po tę doskonałą książkę.