Archiwa tagu: artykuł

Czytam modnie – mini poradnik ;)

Dopadło mnie. Poczułam nieodpartą potrzebę bycia trendy w tym, co robię najchętniej, czyli w czytaniu. Nie poszłam jednak na skróty i nie kupiłam najpopularniejszej ostatnio książki z szarym krawatem na okładce ani innego bestsellera empiku.

Biorąc pod uwagę fakt, że samo czytanie stało się snobizmem w pewnych środowiskach, wystarczyłoby po prostu chodzić tu i tam z książką, pokazać się z nią w paru publicznych miejscach, napisać na blogu, że się to i owo przeczytało. Jako że piszę głownie o książkach, więc ta forma pokazywania, że czytam nie jest zbyt spektakularna. Co innego gdybym pisała o kieckach lub szminkach – wtedy wrzucenie wpisu o książkach mogłoby mnie nobilitować w oczach współpisaczy o fatałaszkach.

W takich okolicznościach po prostu musiałam dla siebie znaleźć coś innego, co w książkowej blogosferze trudno dostępne, a zatem „trendy”. Moje modne czytanie jest bardziej wyrafinowane i objawia się na wielu polach.

Tu i tam błysnę charakterystyczną czarno-białą zakładką z cytatem z Dostojewskiego. Notatki robię w Słowackim. Luźne kartki spinam Sienkiewiczem. Zaintrygowanych moimi gadżetami częstuję kolorowymi i słodkimi Krasnoludkami Konopnickiej, krówkami z cytatem z Szekspira lub miętówkami z innym klasykiem. Tylko od czasu do czasu, gdy wzrok mój padnie na notesik z Coelho spadam na ziemię 😉

Wiem, że moje cosobotnie wpisy z cytatami miały sporą grupę czytelników. Ostatnio z różnych względów cytaty pojawiają się rzadziej, ale to nie znaczy, że przestałam je kolekcjonować. Poszłam nawet o krok dalej i odwiedziłam „Sklep z cytatami”, w którym zakupiłam kilka przedmiotów świadczących o „stylu” książkoczytacza i towarzyszących mi na co dzień. I ogromnie się cieszę, że my, czytelnicy, wreszcie możemy mieć coś ładnego, oryginalnego i na temat.

Sklep oferuje cytaty z literatury, ale nie tylko. Można nabyć cytat z Bruce Lee czy Lorda Vadera. Mnie najbardziej rozbawił mistrz cytatów na 365 dni roku:

Jak Wam się podobają gadżety z cytatami?

Czytelnik lepszy i gorszy?

Październikowy numer Nowych Książek zaczęłam jak zwykle od pobieżnego przejrzenia tego,  co tym razem zrecenzowano. Mój wzrok zatrzymał się na dłużej na recenzji napisanej przez panią Irenę Janowską pt: Wszystkożercy i smakosze. Tekst dotyczy dwóch, raczej niszowych pozycji: „Kulturowi wszystkożercy sięgają po książkę” Lucyny Stetkiewicz oraz „Czytanie ma sens” pod red. Michała Staniszewskiego. Szczególnie ciekawa wydała mi się ta pierwsza pozycja. Autorka zbadała nie ile, lecz co czytają Polacy. I doszła do wniosku, że zauważyć można „brak wyraźnego zróżnicowania wyborów lekturowych z zależności od zmiennych demograficznych, np. wykształcenia, wieku, miejsca zamieszkania i płci.” Ponadto „jej celem było zbadanie, co Polacy czytają, a nie jak wartościowe jest to, co czytają.”

Cel szczytny, w samej treści również, jak podkreśla autorka recenzji, pani Stetkiewicz odnosi się do czytelnika z szacunkiem. Mnie jednak ukłuło coś innego – samo tytułowe określenie 'wszystkożercy” wydaje mi się mocno pejoratywne, co więcej, użyte w treści określenie „czytelnik ludyczny' wcale nie poprawia wizerunku przeciętnego czytelnika. Określenie „smakosze” za to nobilituje tę wąską grupę, która sięga po książki wybierane według innego klucza.

Na gorąco spisałam swoje przemyślenia i mam nadzieję, że uda mi się włączyć Was w dyskusję o słuszności podziału czytelników na grupy lepsze i gorsze.

1. W kraju, w którym od lat narzeka się na upadek kultury czytelniczej, nie wypada krytykować wyborów czytelniczych. Raczej powinno się wspierać czytelnictwo każdego rodzaju. Kiedyś dziwiły mnie wielkie regały biblioteczne wypełnione romansami, ale od dawna nie mam nic przeciw nim, ponieważ zawsze jest szansa, że skoro człowiek wyrabia w sobie nawyk czytania (co wymaga koncentracji, wyciszenia i wyobraźni, niepotrzebnej do oglądania serialowej papki) to kiedyś sięgnie po coś innego. A jeśli nie, to i tak ma ogromną przewagę nad tymi, którzy czytać ze zrozumieniem nie umieją.

2. Zaskakuje ton wywyższający w wielu 'branżowych' pismach. Tym razem podpadły mi Nowe książki, ale w wielu miejscach znalazłam odniesienia do podziałów. Nie podoba mi się, że czytelnicy o  gustach odmiennych od gustów krytyków literackich nazywani są wszystkożercami i czytelnikami ludycznymi. Szkoda, że pada tylko jedna nazwa czytających wartościowe dzieła. Aż chciałoby się zapytać czy naprawdę uważają się za takich elitarnych, wybranych i namaszczonych?

3. Według mnie można czytać co najmniej na dwa sposoby –  Czytać niewiele, ale same trudne, wartościowe pozycje, długo nad nimi rozmyślać i sycić się każdym akapitem.  Czemu nie? Jest to całkiem fajne, jeśli mamy czas, nastrój, potrzebujemy wiadomości zawartych w książce do naszej pracy lub ewentualnie otrzymamy zapłatę za spisanie spostrzeżeń po lekturze.

4. Można też czytać dla przyjemności obcowania ze słowem pisanym, poznawania coraz to nowych historii. Wiąże się to często ze „skakaniem” od literatury lekkiej, rozrywkowej poprzez książki wybitne, wyróżniające się stylem, historią, innowacyjnością aż do reportaży, biografii, książek specjalistycznych. W takim przypadku książka towarzyszy nam zawsze, bo odpowiedni wybór pozycji pozwoli nam na dopasowanie się z lekturą do aktualnego nastroju. Zawsze to lepsze niż wgapianie się bezmyślnie w TV i bezrefleksyjne śledzenie losów Hanek czy innych Ryśków.

5. Nie spotkałam się nigdy z krytyką pod adresem kinomanów, że chadzają na filmy różnych gatunków, za to czytelników, którzy sięgają po książki różnych gatunków tu i ówdzie próbuje się obrażać niefortunną klasyfikacją i nie zważając na to, że mogą mieć różne gusta, możliwości intelektualne, czy wiedzę ogólną o literaturze. Są jeszcze bardziej przyziemne warunki – takie jak dostępność książek, brak czasu na wymagającą lekturę, czy nieobycie w branży. Nie mam na myśli blogerów książkowych czy osób zainteresowanych literaturą i śledzących wydarzenia literackie. Myślę o przeciętnym Polaku, który po książkę sięga z przypadku, raz w miesiącu, nie wiadomo czym się kierując.

5.  Budowanie murów pomiędzy czytelnikami wydaje mi się strasznie małostkowe, deprecjonujące wielką rzeszę czytelników utrzymujących przy życiu księgarnie, nadających sens istnienia bibliotekom i zawodowym recenzentom. Zewsząd wychodzi polskie krytykanctwo i narzekanie – skoro już nie na ilość czytanych książek, to chociaż na ich jakość.

A propos:

„Czytam, bo lubię” zostało wyróżnione przez Press jako jeden z 15 blogów, które nie nudzą o książkach. Początkowa radość z wyróżnienia, szybko została zgaszona uzasadnieniem, że „czytam jak leci”. Myślę, że w punkcie 4 wyjaśniłam według jakiego klucza dobieram książki. Przez chwilę miałam ochotę zripostować, że następnym razem, gdy najdzie mnie ochota na czystą rozrywkę, włączę sobie „M jak miłość”, zamiast sięgać po jakieś czytadło i opisywać je na blogu ku pamięci. W końcu trzeba trzymać blog na poziomie 🙂 Ale, bez przesady, czytam dla siebie, a nie dla rankingów, a seriali nie cierpię. Mimo wszystko, wolę zamulać się czytadłem.

Kobieta nie królik – dygresja

Rzadko mam śmiałość krytykować książki za powielanie elementów fabuły i sztampowość postaci. Wychodzę z założenia, że ja tu tylko sprzątam… czyli czytam, więc nie powinnam wnikać w zawiłości warsztatu twórcy. Z drugiej strony, książka żyje tylko wtedy, kiedy ktoś ją czyta, więc udzielam sobie głosu. Pragnę wyrazić kilka uwag na temat elementu często wykorzystywanego w powieściach różnych gatunków.

Odnoszę czasem wrażenie, że pisarze wyobrażają sobie, że kobieta ma co najmniej jedną wspólną cechę z królikiem. Królik, a raczej „królikowa”, o ile nie zawodzi mnie pamięć, ma taką właściwość, że w momencie miłosnego uniesienia i zetknięcia ze swoim partnerem, zaczyna uwalniać komórki jajowe. To natomiast sprawia, że praktycznie każdy intymny kontakt z królikiem kończy się u niej ciążą. Natura sprytnie to wymyśliła i stąd też powiedzenie „mnożyć się jak królik”.

Wielu autorów, mylnie sądząc, że i kobieta ma taką genetycznie zaprojektowaną umiejętność, posługuje się takim oto schematem: niewinne dziewczę zostaje uwiedzione gdzieś pod krzaczkiem i momentalnie zachodzi w ciążę. Albo wyzwolona kobieta idzie do łóżka z mało sobie znanym mężczyzną, a potem, o zgrozo!, okazuje się, że w brzuchu nosi potomka. Tak jakby komórka jajowa czekała w pogotowiu, żeby wyskoczyć w odpowiednim momencie.

Proszę nie myśleć, że uważam, że zajście w ciążę po jednym stosunku jest niemożliwe. Tak, przyznaję jest możliwe, ale jak często się zdarza? Kto starał się o dziecko, zdaje sobie sprawę, że nie jest to takie proste i szybkie…

Zmierzam do tego, iż uważam, że wykorzystywanie tego motywu przez autorów zakrawa o pójście na łatwiznę. Wiadomo, że niechciana / niespodziewana ciąża pięknie i spektakularnie skomplikuje akcję i nada jej dramatyzmu. Takim schematem posłużył się i Thomas Hardy w „Tess D’Urbervilles”, i Liza Marklund w „Raju”, i wielu innych autorów w swoich powieściach oraz scenarzystów w filmach.

Skąd wzięła się ta dygresja? Otóż, kiedy czytałam „Niewinność zagubioną w deszczu” i doszłam do sceny uwiedzenia zakonnicy, mimowolnie zacisnęłam zęby i kciuki, żeby siłą woli powstrzymać Mendozę przed sięgnięciem po to cliche. I wiecie co? Udało mi się!!! Mendoza nie zrobił mi tego świństwa i nie skomplikował zakonnicy życia, bardziej niż to było potrzebne. Tym samym zyskał sobie moją wdzięczność i oddanie.

Znacie inne przykłady wykorzystania motywu: 1 stosunek = 1 ciąża, czyli kobieta = królik? Jeśli tak podzielcie się ze mną. A może denerwują Was inne oklepane wątki. Chętnie wysłucham.