Archiwa tagu: autobiografia

Wróżba. Wspomnienia dziewczynki, Agneta Pleijel

wrozbaKarakter, 2016

Liczba stron: 256

tłumaczenie: Justyna Czechowska

Obie części tytułu odgrywają ważną rolę w książce. Wspomnienia dziewczynki? Tak, jest to autobiograficzna opowieść o dzieciństwie i dojrzewaniu, która zdaje się być na wskroś skandynawska – chłodna, wnikliwa, złożona z obrazów, scen, dialogów. Agneta Pleijel rozkłada przed nami swoje wspomnienia jakby pokazywała karty, które jej przypadły podczas rozdania, w którym stawką jest jej życie. A wróżba? To nadzieja na to, że życie zaskoczy, że wydarzy się w nim coś, co przyćmi dotychczasowe przeżycia.

Narratorka, którą możemy chyba utożsamiać z autorką, jest najstarszą z trzech córek niedobranego, nieszczęśliwego, toksycznego małżeństwa matematyka i niespełnionej pianistki. Rodzina często się przeprowadza, gdy ojciec obejmuje stanowisko na jakimś uniwersytecie, przez pewien czas mieszkają za granicą. Nie wiadomo kiedy między rodzicami zaczyna się coś psuć, w każdym razie dziecko nie umie wskazać tego momentu, widzi jednak chłód matki i brak zaangażowania ojca. Atmosfera domowa odciska się na dziecku – Neta poszukuje wzorów, skłania się ku kościołowi, ale jej nawrócenie jest zbyt płytkie, co staje się dla niej powodem do wstydu. Dużo w niej kompleksów, dużo strachu, dużo rezerwy. Nic dziwnego, jej najbliżsi mają w sobie tak mało ciepła. Im robi się starsza, tym bardziej potrzebuje akceptacji, jednak to ona musi wtedy być tą siłą, która spaja, która dźwiga i rozumie.

Poruszająca książka. Nie przez opisy przemocy fizycznej czy agresji, bo tego autorka nie zaznała. Jednak obojętność i zostawienie dziecka samemu sobie boli równie mocno. Dorastanie w domu, gdzie nie ma odrobiny ciepła, matka obciąża dzieci swoimi frustracjami, nieustannie oskarżając ojca o każdą niegodziwość, jest równie trudne. Według mnie najtragiczniejszą postacią tego dramatu był ojciec – człowiek słaby, niedecyzyjny, uwikłany w dwa światy, których nie dało się pogodzić, pragnący zadowolić wszystkich, lecz świadomy więzienia, jakie sobie zgotował, wiążąc się z niewłaściwą kobietą.

Ludzkie dramaty. Dramaty niewidoczne gołym okiem. Dramaty rozgrywające się w czterech ścianach i sercu. Tak, są tematem wielu książek, bo mają potencjał. Można z nich sklecić powieść obyczajową, można przekształcić je w thriller lub kryminał. Trudno jednak napisać o nich wiarygodnie. Pleijel napisała o sobie, ale przez większość książki dystansuje się od siebie, pisze w trzeciej osobie, jakby przez mikroskop oglądając tę dziewczynkę, którą była. Nawet nie próbuje jej analizować, po prostu zapisuje zapamiętane sceny i uczucia. Ten brak analizy, ten chłód i pozorne odcięcie się od opisywanej osoby sprawiają, że książka zyskuje ciężar, jakiego nigdy nie znajdziecie w prozie fabularyzowanej. Tu każde zdanie ma swoje miejsce, każdy fragment ma rolę do odegrania. Przeczytajcie, jeśli w literaturze szukacie czegoś więcej niż łatwej rozrywki.

To właśnie robię, Lynsey Addario

90097254 to wlasnie robie.inddŚwiat Książki, 2017

Liczba stron: 373

W świecie fotografii sporo jest kobiet, których artystyczny dorobek  jest istotnym wkładem w rozwój tego medium. Na każdej płaszczyźnie fotografii czy to modowej, artystycznej, prasowej panie mają ugruntowaną pozycję. Jest jednak pewna nisza zdominowana przez mężczyzn – tak zwana fotografia wojenna.  Lynsey Addario jest jedną z niewielu kobiet fotografujących konflikty zbrojne na całym świecie. Dzięki tej książce możemy przez chwilę pobyć z drugiej strony aparatu fotograficznego, próbować ogarnąć to, z czym mierzą się zawodowcy.

Zanim Addario stała się znaną fotografką, jak każdego amatora, nęciła ją możliwość zarabiania na swojej pasji. Nie dysponowała profesjonalnym sprzętem, czy chociażby porządnymi obiektywami, nie mówiąc już o braku znajomości w branży, więc szybko zorientowała się, że stoi przed nią niełatwe zadnie. Przez cały czas jednak rozwijała swój warsztat robiąc setki zdjęć, co wiązało się z wydatkami na klisze, laboratoria, odbitki itd. Często się przeprowadzała, z Nowego Jorku wyjechała do Argentyny gdzie wytrwale starała się o pracę w jednej z anglojęzycznych redakcji. Co, dzięki jej uporowi, w końcu się udało. Po obejrzeniu wystawy z pracami genialnego fotografa Sebastiao Salgado odkryła jaką moc ma fotoreportaż. Wystawa ta miała bardzo duży wpływ na Addario i jej rozwój w dziedzinie fotografii.  Nadal często podróżowała, co skutkowało powiększającym się portfolio. Będąc wolnym strzelcem łapała kolejne coraz poważniejsze zlecenia, przez co ugruntowała swoją pozycję dobrego fotografa. Spełniało się jej marzenie i pracowała dla najlepszych redakcji.

Jednak gdy jest się freelancerem, nie można odrzucać zleceń, bo następnym razem można nie dostać żadnego. To bardzo niekomfortowe, bo aby nie stracić możliwości zarobkowania i nie wypaść z obiegu, trzeba zapłacić bardzo wysoką cenę. Niemal zawsze dla tej pracy trzeba poświęcić życie osobiste. Podczas jej pobytów w rejonach objętych konfliktami zbrojnymi czy podczas dwóch porwań, najbliżsi Addario przeżywali niewyobrażalny strach, czy fotografka wyjdzie z opresji cało. To bardzo wysoka cena jaką płacą fotoreporterzy, aby pokazać światu prawdę zapisaną na  kadrach swoich fotografii. Fotoreporterka wielokrotnie otarła się o śmierć, uwieczniała ją również na swoich zdjęciach. Czasem przez łzy przez wizjer aparatu patrzyła na zwłoki ludzi, z którymi się przyjaźniła. W swojej autobiograficznej książce poruszyła też ciekawy temat „estetyzacji śmierci” w fotografii, co często zarzuca się jej znakomitemu koledze Jamesowi Natchtweyowi.

Jej fotografie zawarte w książce pokazują, że jest świetną obserwatorką świadomą tego, że dobra fotografia potrafi przykuć uwagę nie tylko poprzez swoją brutalność.  Addario nie jest pisarką, ale jej autobiografię czyta się z zapartym tchem. Choć wielokrotnie podczas lektury łapałam się na tym, że myślę o niej jak o wielkiej egoistce, która cały swój świat, swoje życie podporządkowała fotografii i gonitwie za sukcesem, to równie często było mi jej bardzo żal. I choć porwania dziennikarzy są coraz bardziej powszechne, a śmierć także nie omija ich szerokim łukiem, to jednak pędzą relacjonować, dokumentować, utrwalać to, co widzą. Czy zdjęcia są warte tego, by narażać życie swoje i innych, skoro fotoreporter nie wie nawet, czy materiał na pewno zostanie opublikowany? Czy te fotografie zmienią świat? Jednak dzięki Addario i jej podobnym mamy świadectwo wydarzeń niemal z pierwszego rzędu, bo oni, fotografowie są najbliżej. Dzięki nim, nie jesteśmy ślepi.

Córka rzeźbiarza, Tove Jansson

córka rzeźbiarza tove janssonMarginesy, 2016

Liczba stron: 160

Autorka książek o Muminkach miała fantastyczne dzieciństwo, a przynajmniej takie wnioski można wyciągnąć z opowiadań prezentowanych w „Córce rzeźbiarza”.  Z wyczuwalną nostalgią wspomina w nich swoje zabawy, opowiada o nietuzinkowych rodzicach artystach i wydarzeniach, które zapadły jej w pamięć.

Tove to uparta dziewczyna z ogromną wyobraźnią. Gdy coś sobie ubzdura, wkłada dużo wysiłku w realizację swojego pomysłu i nie zważa na zdanie innych. Pewnego razu przez pół miasta toczyła duży kamień, który miał uczynić jej rodzinę bogatą. Spocona, poobijana poświęciła swojej misji wiele godzin, a największe wyzwanie czekało na nią na końcu. Innym razem zbudowała w ogrodzie rzeźbę przedstawiającą złotego cielca. A potem przez swój upór i upierdliwość zepsuła młodym geologom pobyt nad morzem.

Dziewczynka ma również mnóstwo fantazji – często bawi się samotnie, w zatokach „widzi” różne fantastyczne postaci pojawiające się tylko wczesnym rankiem. Miałam tu skojarzenia z bohaterami jej późniejszych książek dla dzieci i jestem niemal pewna, że te wymyślone w dzieciństwie stworki weszły później do kanonu literatury dziecięcej.

Ojciec Tove jest rzeźbiarzem, matka ilustratorką książek dla dzieci. Dom dziewczynki jest tak „artystyczny”, jak to możliwe. Autorka wspomina nocne spotkania przy winie, dziesiątki zwierząt kręcących się pod nogami, fruwających nad głowami i ulubienica taty – małpa. Chadzał z nią do knajpy, i troszczył się o nią jak o dziecko, co wzbudzało w małej Tove ogromną zazdrość i smutek.

W książce pojawia się również postać trochę szurniętej ciotki, która odreagowywała prozę życia (a może jakieś dramatyczne wydarzenie) realizując swoje projekty artystyczne. Murowała mozaikę na schodach, robiła pudełeczka z kolorowych obrazków i nawet ośmieliła się wchodzić do pracowni rzeźbiarskiej i korzystać ze sprzętu, którego nikt nie mógł dotykać.

Nie spodziewałam się, że lektura tego niezbyt obszernego tomu opowiadań przysporzy mi tyle przyjemności. To trochę sielankowy, trochę autokrytyczny obraz dzieciństwa, oszczędny w słowach, lecz trafiający w punkt. Chociaż czytamy o dziecięcych marzeniach i zabawach, w tle widzimy już postać dorosłej Tove Jansson, osoby obdarzonej dużą wyobraźnią, talentem plastycznym, zamkniętej w sobie i tajemniczej. Zachęcam!

Moja walka 3, Karl Ove Knausgard

moja walka 3 karl ove knausgardWydawnictwo Literackie, 2015

Liczba stron: 542

Jedni nazywają ją rozdętą do granic książką o niczym, inni arcydziełem. Ja sama dwa pierwsze tomy „Mojej walki” czytałam z drżącym sercem i na bezdechu. Trzeci okazał się nieco męczący. Przynajmniej do pewnego momentu. Na swój użytek nazwałam go tomem o wystających zębach i sterczącym tyłku.

W opowieści o swoim życiu Knausgard nie zachowuje chronologii: w pierwszej części pisał o swoim stosunku do ojca oraz jego śmierci, w drugiej o tym, jak zaczął życie na nowo w Szwecji, o swoim związku i tacierzyństwie, w trzeciej cofa się na sam początek i opowiada o swoim dzieciństwie.

Pisze o tym, co zapamiętał z dzieciństwa. Wychowywał się w niewielkiej miejscowości w Norwegii. Jego ojciec był szanowanym nauczycielem w gimnazjum oraz lokalnym działaczem, mama pielęgniarką. Karl Ove spędzał dużo czasu z kolegami buszując po okolicy, uprawiając sporty i robiąc różne głupoty, które mogą wpaść do głowy dzieciom. Trudno jednak nazwać jego dzieciństwo sielankowym. To, co działo się w domu, nie przedostawało się na zewnątrz. Prawdopodobnie po raz pierwszy zostało ujawnione w prozie Knausgarda. Ojciec terroryzował swoich synów, dopuszczał się przemocy fizycznej, tłamsił ich psychicznie. Każde jego pojawienie się na kartach książki, wiąże się z nerwowością i obawą, co okropnego zrobi swoim dzieciom.

Przez cały czas zastanawiałam się co nie tak było z matką Knausgarda. Dlaczego zgadzała się na przemoc wobec dzieci? Co takiego otrzymywała w zamian od oprawcy, że przymykała oko na bicie i  przemoc psychiczną? Co gorsza, w pewnym momencie zdecydowała się zostawić synów na cały rok tylko pod opieką nieprzewidywalnego ojca, pozbawiając ich oparcia i ciepła, jakie im dawała samą swoją obecnością. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach sprawa się wyjaśni, ponieważ motywacje takich kobiet są dla mnie zagadkowe.

Trochę ciężko czytało mi się ten tom. Nie mogłam wejść w rytm opowieści, trochę nudziły mnie długie opisy zabaw, dziecięcych wypraw do lasu, obrzydzała fascynacja defekacją oraz pornografią. Potem nerwowo zaczęłam reagować na pojawianie się ojca Knausgarda i wcale nie chciałam czytać o kolejnych wyrafinowanych aktach przemocy wobec dzieci. Ale mniej więcej w połowie książki złapałam wiatr w żagle i popłynęłam za opowieścią, z przerażeniem patrząc jak zmniejsza się liczba nieprzeczytanych stron.

Fascynuje mnie i przeraża to, co robi Knausgard. Wystawia swoje życie na pożarcie, przeżucie i wyplucie. Roztrząsa najbardziej bolesne wydarzenia ze swojej przeszłości, nadstawia swoje wystające zęby i sterczący tyłek na klapsy i uderzenia krytyki. Mówi o tym, co go boli, nie wybiela się nie pokazuje się lepszym niż był i jest. A dzieckiem był niefajnym – zarozumiałym, raniącym innych, stawiającym się nad pozostałymi. Wtedy tego nie widział, teraz wie, że dlatego nie miał przyjaciół, był często odrzucany i musiał bawić się sam.

Czekam niecierpliwie na kolejny tom, staram się nie czytać zagranicznych recenzji, żeby nie wiedzieć, jakiego okresu życia będzie dotyczył. Jeśli nie czytaliście, gorąco Wam polecam. Jeśli już znacie, powiedzcie, czy i Wam tak ciężko się czytało ten tom?

Część 1

Część 2

Nietakty. Mój czas, mój jazz, Zofia Komedowa Trzcińska

nietakty zofia komedowa trzcińskaWydawnictwo Szelest, 2015

Liczba stron: 328

Krzysztof Komeda to niewątpliwie wielkie nazwisko, kompozytor, który w ciągu kilku lat zdobył wielką sławę, duże pieniądze i otworzył sobie wiele drzwi. Zanim wszedł na szczyt, co było nieuchronne przy jego talencie i pracowitości, niespodziewanie pokonała go bezlitosna choroba. My możemy się cieszyć jego kompozycjami, Zofia Komedowa Trzcińska, jego żona i menedżerka postanowiła opowiedzieć o nim i o sobie we wspomnieniach, które kilka lat po jej śmierci opracował jej syn, Tomasz Lach.

Co prawda o książce pisze się, że jest autobiografią Trzcińskiej, lecz nie jest to cała prawda o niej. Zofia jest jedną z wielu występujących postaci, a książka opowiada o epoce, gdy w Polsce rodził się jazz i cała subkultura z nim związana. Stąd najwięcej miejsca autorka poświęca opowieściom o klubach muzycznych, festiwalach, trasach koncertowych i życiu młodych ludzi w epoce, kiedy słuchanie jazzu uznawane było jako działalność wywrotowa. Na kartach książki znajdziemy wiele postaci, bez których opowieść o polskiej kulturze młodzieżowej w latach 50. i 60. nie byłaby pełna ani prawdziwa. Komedowa znała wszystkich, z wieloma się przyjaźniła. Tyrmanda karmiła, gdy popadł w niełaskę władz, przyjaźniła się z Markiem Hłasko, Agnieszką Osiecką, uwielbiała Piotra Skrzyneckiego z Piwnicy pod Baranami, miała zatargi z Polańskim.

Autorka snuje opowieść o swoim życiu od urodzenia, przez udział w wojnie, pierwsze kroki na scenie w roli konferansjerki i menadżerki, poznanie Komedy, wspólne życie pełne wzlotów i upadków, amerykański sukces i długie umieranie kompozytora. I chociaż historia kończy się po śmierci Komedy, to przecież dopiero połowa życia jego żony, która umarła 40 lat po swoim drugim mężu. O tym, co później działo się z Zofią dowiadujemy się z posłowia napisanego przez syna. Jej życie było naprawdę niezwykłe.

Początkowo obawiałam się, że jazz zdominuje tę książkę, a ja na muzyce  aż tak się nie znam. Bałam się, że będę zdystansowana do opowieści i utknę gdzieś w trakcie. Myślałam też, że mogę nie dać rady przebrnąć przez gęsty tekst. Okazało się, że książkę pochłonęłam przez dwa wieczory, w międzyczasie nadmiernie się ekscytując, czytając mężowi na głos ciekawe fragmenty, wczuwając się, przeżywając i chłonąc tekst. Zofia Komedowa Trzcińska to prawdziwa petarda – bezpośrednia, wygadana, wspaniała gawędziarka, pisząca współczesnym językiem, nie stroniąca od wulgaryzmów, gdy wymaga tego opisywana sytuacja lub puenta przytaczanej anegdoty. O zachowaniu niektórych znanych osób wypowiada się dość ostro, co może nie spodobać się ich fanom (lub menadżerom). I czasy, o których pisze! Nieustanna walka o namiastkę wolności, podsłuchiwane telefony, agenci pod przykrywką, a przy tym nieokiełznana natura młodych, utalentowanych ludzi.

Cały czas jestem zaskoczona tym, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie ta biografia i gorąco namawiam Was do lektury.