Archiwa tagu: biograficzna

Awantury na tle powszechnego ciążenia, Tomasz Lem

Wydawnictwo Literackie, 2009

Liczba stron: 269

Książek Stanisława Lema nie czytałam, ale znam takich, którzy są nimi zafascynowani. Autora pamiętam z kilku wywiadów emitowanych kilka lat temu w TV – erudycja, klarowność myślenia, odwaga sądów oraz ogólne sympatycznie wrażenie zapamiętałam bezbłędnie. Nic dziwnego więc, że w bibliotece wybrałam tę, a nie inną książkę, było przecież o niej głośno przez pewnien czas na portalach literackich oraz zaprzyjaźnionych blogach.

Autor, Tomasz Lem, opisuje swojego ojca w sposób bardzo ciepły, pozbawiony sentymentalizmu, bez przesadnego zachwytu, bez krytyki. Przede wszystkim opisuje zdarzenia, których uczestnikiem lub inicjatorem był Stanisław Lem. Pokazuje swojego ojca w akcji, w działaniu, a także przytacza teksty wypowiadane w gronie znajomych oraz rodziny. Wspomina rozmowy dyscyplinujące jakie żona musiała toczyć z tym wybitnym pisarzem, by przynajmniej starał się nie wprowadzać gości w stan zażenowania. Autor przytacza mnóstwo zabawnych anegdot, fragmentów prywatnych listów pisanych przez Lema, układanych naprędce wierszyków oraz dyktand, których treść dalece odbiega od szkolnych standardów. Całość ilustrowana jest fotografimi z rodzinnych albumów, na których widzimy Stanisława Lema w gronie rodziny, przy wykonywaniu rozmaitych prac, podczas zabawy z dzieckiem, czy psimi pupilkami.

Jestem zachwycona lekturą. Pisana prostym językiem skierowana jest nie tylko do miłośników literatury S-F i lemologów lecz także takich jak ja ciekawskich osóbek, które chciałyby poznać trochę prywatnego życia znanego pisarza, zajrzeć do jego gabinetu, posiedzieć w jego fotelu i popatrzeć na rodzinne i przyjacielskie relacje bez zakłócania spokoju członkom tej sympatycznej rodziny. Dodam jeszcze, że książkę tę trudno czytać w samotności – co chwilę miałam ochotę podzielić się jakimś bardziej soczystym fragmentem, w rezultacie spory kawalek przeczytałam na głos.

Sherlock Holmes – nieautoryzowana biografia, Nick Rennison

Wydawnictwo W.A.B., 2010

Liczba stron: 316 (+ bibliografia i indeks)

Autor oparł biografię Sherlocka Holmesa na założeniu, iż jest to postać rzeczywista. Tym samym Watson, przyjaciel i kronikarz przygód Sherlocka stał się postacią realną, stawianą na równi z Arthurem Conanem Doylem, którego rola z kolei sprowadzona została do zabiegów redakcyjnych oraz negocjowania z wydawcami powieści.

Autor rekonstruuje dzieciństwo, młodość oraz poszczególne nieopisane sprawy kryminalne, którymi zajmował się Holmes, na podstawie nielicznych wzmianek w opowiadaniach o przygodach słynnego detektywa. Bardzo umiejętnie osadza życiorys detektywa w historii. Dowodzi, między innymi tego, że Holmes maczał palce w śledztwie związanym z morderstwami popełnionymi przez Kubę Rozpruwacza, prowadził działalność szpiegowską na rzecz Imperium Brytyjskiego, a zagraniczne misje zawiodły go do Tybetu oraz Persji. Pomiędzy sprawami opisanymi przez Watsona doprowadzał do rozwiązania wielu innych ważnych zagadek, które zlecane były mu przez głowy europejskich mocarstw. Zagadki opisane w powieściach Doyla nie są tu szczegółowo analizowane, zatem niepotrzebna jest wnikliwa wiedza o książkach z Holmesem.

Autor część uwagi poświęca opisowi charakteru Holmesa. Postać detektywa rysuje się dość wyraźnie jako umysł ścisły, skupiony na pracy, gardzący nudą. Zastanawia zupełny brak zainteresowania kobietami (i mężczyznami też). Po raz pierwszy dotarło do mnie, że detektyw uzależniony był od kokainy, która pobudzała jego umysł do jeszcze bardziej wytężonej pracy.

Czytając powieść wciąż oddawałam pokłony autorowi, który z wielką uwagą i dokładością prześledził powieści Doyla oraz mnóstwo innych materiałów z epoki, by odnaleźć potwierdzenie swoich teorii. Rennison bardzo pięknie punktuje Arthura Conana Doyla i wskazuje na nieścisłości – rozbieżne daty, nieistniejące głowy państwa. Zawsze jednak podsumowuje, iż wynikały one z dyskrecji autora, który celowo mylił fakty, by zapewnić anonimowość ważnym zleceniodawcom. Jednocześnie, ani przez chwilę nie dałam się nabrać na to, że Holmes był postacią realną. Lektura to przyjemna, nie tylko dla miłośników Sherlocka, lecz także dla tych zafascynowanych epokami wiktoriańską i edwardiańską, które odgrywają znaczną rolę w całej biografii.

Tysiąc dni w Wenecji, Marlena de Blasi

Wydawnictwo Literackie, 2009

Liczba stron: 300

Wziąć? Nie wziąć? Trzy razy odkładałam książkę na miejsce zanim zdecydowałam się ją wypożyczyć. Pewnie w ogóle nie wzięłabym jej pod uwagę, gdybym w porę dostrzegła napis ukryty pod tytułem – „Zaskakujący romans”. Napis ten odkryłam będąc w połowie książki…

„Tysiąc dni w Wenecji” opowiada o Amerykance, rozwódce, w średnim wieku – szacuję na oko, po dorosłych dzieciach. Bohaterka tej książki oraz jej autorka jest szefem kuchni, restauratorką, pisze do magazynów o gotowaniu, recenzuje restauracje w fachowych pismach. Czasami dostaje zlecenia by opisać restauracje w konkretnym miejscu. W ten sposób kilkakrotnie przybywa do Wenecji. Podczas jednej z podróży do tego uroczego, lecz obcego jej miasta, spotyka mężczyznę, który wyznaje jej miłość. Nieznajomy przyznaje, że zakochał się w niej już wcześniej, lecz nie miał odwagi stanąć z nią twarzą w twarz. Po jednym dniu spędzonym razem, narratorka wyjeżdża do domu w Stanach. Wktórce odwiedza ją Wenecjanin, a podczas jego dwutygodniowego pobytu nawiązują romans i postanawiają wziąć ślub. Narratorka stawia wszystko na jedną szalę – sprzedaje dom, rzuca pracę i po pół roku wprowadza się do Fernanda i staje się Wenecjanką.

Większa część powieści opisuje zmagania Amerykanki z powszednimi zadaniami – remontem, gotowaniem, poznawaniem ludzi, popełnianiem niezamierzonych gaf, zakupami oraz oswajaniem Wenecji. Mnie jednak najbardziej zainteresował wątek dotyczący niedopasowania tych dwojga ludzi, którzy przecież niemal sobie obcy postanwiają budować wspólne życie. Autorka nie skupia się za bardzo na swoich uczuciach, ale od czasu do czasu w tle pobrzmiewa początkowe rozczarowanie sytuacją w jakiej się znalazła oraz postwą człowieka, dla którego całkowicie zmieniła swoje życie. Przeraża ją kategoryczność i brak polotu u Fernanda.

To książka o rozpoczynaniu wszystkiego na nowo, o tym, że nigdy nie jest za późno na bycie szczęśliwym i pogodzonym ze sobą, o tym, że warto czasem zaryzykować, by nie przespać swojego życia i swoich szans. Niestety, nie czyta się tego zbyt dobrze – jak dla mnie zbyt dużo tu wplecionych złotych myśli, które brzmią banalnie i nie na miejscu. Początkowe rozdziały rażą formą – czyta się je jak reportaż, nie jak powieść. Później jest znacznie lepiej, ale też bardziej ckliwie. No i ja nie lubię czytać o gotowaniu. W tej czynności nie ma dla mnie żadnej magii i nie podzielam pasji autorki. Na szczęście przepisy na potrawy nie zostały wplecione w treść, tylko zamieszczone w oddzielnym rozdziale na końcu książki, za co jestem wdzięczna i przez to podwyższam moją ocenę tej powieści.

Moje Indie. Przygoda nie pyta o adres, Jarosław Kret

Świat Książki, 2009

Liczba stron: 335

Jarosław Kret wielokrotnie przebywał w Indiach – za każdym razem wiedziony ciekawością świata, fascynacją tym krajem, jego bogatą kulturą i ludźmi. Indie, które opisuje w swojej książce to kraj kolorowy, tętniący życiem, tolerancyjny i tak odmienny od europejskich wyobrażeń, że prawie nierzeczywisty.

Moja znajomość Indii jest bardzo niewielka, przed lekturą książki Jarosława Kreta swoją wiedzę o tym wielkim kraju opierałam na znajomości „Syna cyrku” Irvinga i telewizyjnych obrazków matki Teresy zajmującej się chorymi i bezdomnymi, wśród których przemyka elegancka księżna Diana. Ogólny obraz tego kraju jednoznacznie kojarzył mi się z nędzą, brudem, upałem, chorobami, wyzyskiem, marazmem i beznadzieją.

Indie Kreta to kraj diametralnie różny od moich wyobrażeń – jedyne, co potwierdziło się to upał dochodzący do 50 stopni w najgorętszych miesiącach. Przede wszystkim zdumiała mnie spontaniczność, gościnność i otwartość mieszkańców Indii. Opisywane w książce święta to dni i noce nieustającej zabawy. Potrawy i miejsca odwiedzane przez reportera to małe i duże dzieła sztuki. Zdumiewają związki Indii z Polską – po raz pierwszy przeczytałam o indyjskim maharadży, który uratował z wojennej zawieruchy 1000 polskich osieroconych dzieci.

Tolerancja Indusów i współistnienie wielu religii wydają się być godne naśladowania, tak samo jak ich zamiłowanie do higieny osobistej. Autor jednocześnie opisuje indyjskie miasta i ulice – mocno kontrastujące z higieną opisywaną wcześniej, bo lepiące się od brudu, cuchnące krowim łajnem, rozkładającymi się resztkami i rzeki aż gęste od unoszących się w ich wodach śmieci i organicznych odpadów. Rozdziały poświęcone małżeństwom aranżowanym i sytuacji kobiet w Indiach otworzyły mi oczy na zmiany zachodzące w tym kraju.

Ze wszystkich opisów i rozdziałów wyziera autentyczna tęsknota to indyjskich klimatów, prawdziwe zafascynowanie tym odmiennym krajem. Autor nie pomija negatywnych obrazów Indii – drobnych złodziejaszków żerujących na turystach, żebraków spotykanych na każdym kroku, naciągaczy, biedy. Jednakże uczy w książce tolerancji i przyjmowania świata takim, jaki jest – nie próbuje zmieniać Indii, dostosowywać ich do europejskiego sumienia czy gustu, ma świadomość, że jest w tym kraju tylko gościem i stara sie zapamiętać i nauczyć się jak najwięcej od swoich indyjskich przewodników i gospodarzy. Wiedzę te przekazuje czytelnikom książki wraz z mnóstwem pięknych fotografii, legend i osobistych wspomnień.

Moja Afryka, Kinga Choszcz

Jak trzeba wychowywać dzieci, by tak jak Kinga pełne były wiary w człowieka, otwarte, umiejące marzyć i spełniać te marzenia?

Kinga była marzycielką. Swoje marzenia konsekwentnie realizowała i opisywała w pamiętniku oraz na portalach internetowych. Była właścicielką strony internetowej, która zrzeszała i wciąż przyciąga wielu młodszych i starszych idealistów i ludzi wolnych duchem.

Po objechaniu autostopem całego świata wraz ze swoim partnerem Chopinem, postanowiła zwiedzić Afrykę, której nie uwzględniała poprzednia podróż. Do Afryki wybrała się zupełnie sama. W pierwszej kolejności przejechała przez całą zachodnią Europę, aby w Hiszpanii zabrać się stopem przez morze i dotrzeć na obrzeża Afryki. Afryka zdumiała Kingę. Tak ciepłego przyjęcia samotnej podróżniczki nikt nie przewidział. Wręcz przeciwnie, znajomi odradzali Kindze podróż po Afryce obawiając się o jej bezpieczeństwo na tym dzikim lądzie.

„Moja Afryka” została wydana po śmierci jej autorki i bohaterki. Kinga zmarła na malarię w Ghanie. Z jej zapisków i fotografii powstała ta książka, opisująca przygodę afrykańską. Jest fascynującą pogodną relacją z kolejnych etapów podróży. Kinga opisuje ludzi, którzy pomogli jej w podróży, którzy zupełnie bezinteresownie udzielali schronienia i gościny w swoich skromnych domach. Opowiada o ciekawych trasach oraz środkach transportu, którymi podróżowała – czasem był to motocykl, którym ktoś podrzucał podróżującą z plecakiem dziewczynę do kolejnej wioski, czasem była to niemiłosiernie zatłoczona ciężarówka, czasem musiała wędrować pieszo z całym ekwipunkiem na plecach.

Jednak nie wszystko w Afryce było idealne – kultywowanie magii, okrucieństwo w stosunku do zwierząt, handel dziećmi to rzeczywiste problemy. Kingę irytowało także sporo innych przywar Afrykanów – m.in. żebrzące dzieci i pazerność niektórych ludzi.

W książce sporo jest treści – chwilami opisy kolejnych środków lokomocji, noclegów oraz Mohamedów wydają się być nużące, bo w rezultacie zlewają się w jedno ogólne wrażenie, jednak rozumiem intencje wydawców i twórców książki, by pozostać jak najbliżej oryginalnych zapisków Kingi, która nie mogła pomóc w redagowaniu tekstu.

Zwracają uwagę liczne fotografie, które pozwalają wyobrazić sobie barwność Afryki, piękno afrykańskich kobiet, ubóstwo mieszkańców, swobodę i beztroskę afrykańskich dzieci. Cudowne są zdjęcia żyrafy, Kingi na białym wielbłądzie, oczu nie mogłam oderwać od bajecznie kolorowych afrykańskich strojów.

Pytanie, które postawiłam na początku tej recenzji to pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy po zamknięciu książki. Kinga była postacią fascynującą i wierzę, że jej życie wciąż inspiruje innych, a postępowanie może być przykładem dla poszukujących swojej drogi.