Archiwa tagu: biograficzna

Nienarysowane historie, Bohdan Butenko (zebrała Anna Dobiecka)

nienarysowane-historieAxis Mundi, 2016

Liczba stron: 100

Niech nie zwiedzie was wygląd tej książki – okładka i nietypowy format mogą sugerować, że jest to pozycja dla dzieci. Tak jednak nie jest! To książka, w której znakomity ilustrator, Bohdan Butenko, opowiada o sobie i o tym, co mu się przydarzyło w różnych okresach życia. Co ciekawe, Anna Dobiecka napisała tę książkę przez telefon – raz w tygodniu przeprowadzała rozmowę z rysownikiem, w której opowiadał jej kilka przygotowanych wcześniej anegdot.

Tak, anegdot. Nie jest to bowiem typowa książka biograficzna, chociaż opowieści ułożono chronologicznie. Dotyczą przed wszystkim czasów studenckich oraz perypetii związanych z wykonywanym przez bohatera zawodem. Wiele z nich mogłoby znaleźć się w antologii absurdów PRL-u. Czy kiedykolwiek przyszło wam do głowy, że rysownik mógł mieć nieprzyjemności wynikające z tego, że na druk ilustrowanej przez niego książki poszło za dużo papieru? Czy wpadlibyście na to, że ktoś nakręcił wyświetlany w kinach film dla dzieci wykorzystując do tego zamieszczone w książce ilustracje i nie informując o tym ilustratora? Możemy również dowiedzieć się jak przebiegło najmniej udane spotkanie targowe Bohdana Butenki oraz poznać różne perypetie związane z podróżami i spotkaniami z czytelnikami, a także co przydarzyło mu się podczas ceremonii wręczania przez dzieci Orderu Uśmiechu.

Chociaż byłam nastawiona na bardziej wnikliwą opowieść biograficzną, przeczytałam książkę z dużym zainteresowaniem, obszerne fragmenty na głos, żeby podzielić się nimi z domownikami. Książkę oczywiście ilustrował sam Bohdan Butenko – rysownik, który upiększał czytane przez nas w dzieciństwie książki, człowiek, dzięki któremu, smutne czasy PRL-u były nieco bardziej kolorowe.

Nie szkodzi, kiedyś zrozumiem, Johanna Bodor

nie szkodzi kiedys zrozumiem.inddŚwiat Książki, 2016

Liczba stron: 296

Johanna Bodor nie jest pisarką i to czuć podczas lektury tej książki. Johanna jest baletnicą, tancerką, Rumunką, której ojciec był Węgrem, a cała rodzina jak miliony innych, padła ofiarą rządów Ceausescu. Ta książka powstała za namową znajomych autorki, którzy chcieli, żeby spisała swoje wspomnienia z czasów, gdy mieszkała w Rumunii i z drogi, jaką musiała przebyć, żeby wydostać się spod władzy reżimu.

Ojciec Johanny był literatem, człowiekiem, który nie bał się wyrażać swoich opinii, przez co mieszkanie rodziny Bodorów prawdopodobnie znajdowało się na podsłuchu. Dzięki temu, że z pochodzenia był Węgrem, raz na kilka lat mógł wyjechać w swoje rodzinne strony. Pewnego razu postanowił, że już nie wróci. Johanna była wówczas w klasie maturalnej szkoły baletowej i w krótkim czasie została w Rumunii całkiem sama, bo i jej mama uciekła z kraju. Główna część tej książki opisuje kilkanaście miesięcy spędzone bez rodziców, w kraju, gdzie nie było co jeść, przez większość czasu nie było ogrzewania i prądu, a każdy człowiek, który stawał na twojej drodze mógł być (i prawie zawsze był) donosicielem lub agentem.

Johanna pisze o skomplikowanej procedurze, dzięki której po wielu miesiącach udało jej się dołączyć do rodziny, swoim życiu uczuciowym skażonym wizją wyjazdu. Nawet jej znajomi mogli ponieść konsekwencje tego, że planowała opuścić Rumunię, a ona mogła na wiele lat trafić do więzienia. Zamiast tego wpadła w sidła bezwzględnych ludzi i zapłaciła wysoką cenę za swoją wolność.

Chociaż książka napisana jest dość drętwo, zapada w pamięć, bo opowiedziana w niej historia ma wszelkie predyspozycje do tego, by zostać sfilmowana. Ponadto jest to obraz kraju, w którym żyło się jeszcze gorzej niż w PRL-u, panowała podejrzliwość, nędza i strach, a mimo tego młodzi ludzie starali się korzystać z namiastki wolności, cieszyć się życiem i udawać, że wszystko jest normalne.

To przerażająca historia pokazująca, że w reżimie totalitarnym człowiek jest tylko niewiele znaczącym trybikiem i jeśli nie zostanie zgnieciony machiną biurokracji, to może uda mu się przechytrzyć system i wydostać się poza jego zasięg. Z tym, że wszystko, szczególnie wolność, ma swoją cenę. Johanna Bodor poznała ją jako nastolatka.

Barbara Rosiek. Inna perspektywa, Joanna Polis

barbara rosiek inna perspektywaMD, 2016

Liczba stron: 192

Barbara Rosiek jest autorką kilkunastu książek. Najbardziej znany, wciąż wznawiany i czytany przez rzesze nastolatek i nie tylko, jest debiut autorki „Pamiętnik narkomanki” oparty w dużej mierze na własnych doświadczeniach pisarki. Pozostałe książki mają podobną tematykę – uzależnienia, choroba psychiczna, zagubienie młodych w świecie, w którym brakuje miłości. Joanna Polis przeprowadziła z Barbarą Rosiek szczerą rozmowę pozornie oscylującą wokół powieści, a jednak zahaczającą o sfery prywatne.

Po lekturze nie jestem w stanie scharakteryzować bohaterki tego wywiadu. Jest osobą o wielu twarzach. Czasem wydawała mi się bardzo rozsądna, doświadczona tzw. mądrością życiową, czasem naiwna i wciąż wkraczająca w to samo zło, które już wiele razy próbowało ją zniszczyć. Dużo w tej książce żalu do matki, która odrzucając córkę już w życiu płodowym, wdrukowała w nią poczucie winy, bycie balastem i chęć autodestrukcji. A jednak, Rosiek do tej pory pielęgnuje stosunki z matką i cały czas z nią mieszka.

Wiele miejsca poświęca się temu, co w książkach autorki pochodzi z autentycznych doświadczeń, a co zostało zmyślone. I powiem szczerze nie do końca wiem jak jest, bo raz Rosiek mówi, że wszytko zmyśliła, innym razem, że sama przez to przechodziła, a w finale książki pisze wprost, że jakby znowu jej ktoś przypisywał rzeczy, o których nie chce mówić, to znowu się ich wyprze.

Polis pyta o sprawy intymne, widać, że miedzy rozmówczyniami jest nić sympatii i znajomość dłuższa niż na potrzeby napisania książki. Obcy nie odważyłby się pytać wprost o chorobę psychiczną, nie drążyłby tematu niespełnionej miłości. Tu obie panie darzą się zaufaniem i szacunkiem, które pomagają w mówieniu o sprawach osobistych i bolesnych.

Barbara Rosiek udostępniła na potrzeby książki swoje archiwum fotograficzne, w związku z czym książkę ilustrują liczne zdjęcia, które ku mojej radości zostały opisane (nie lubię, gdy zdjęcia po prostu są i nie wiadomo co, kogo i w jakich okolicznościach przedstawiają). Ponadto, pomiędzy kolejnymi rozmowami znajdują się wcześniej niepublikowane fragmenty dzienników Barbary Rosiek. I przykro mi mówić, ale nie jest to dobra literatura. Mam świadomość tego, że Rosiek nie czyta się dla wrażeń literackich, tylko po to, by przekonać się jak jest po drugiej stronie, jak wygląda życie osoby uzależnionej lub cierpiącej na schizofrenię. Dlatego tę rozmowę docenią przede wszystkim ci, którzy znają powieści Barbary Rosiek i chcą dowiedzieć się czegoś więcej o autorce.

Zostawić Islandię, Hubert Klimko-Dobrzaniecki

zostawić islandie hubert klimko dobrzanieckiNoir sur Blanc, 2016

Liczba stron: 128

Czasem człowiek zupełnie irracjonalnie zafiksuje się na jakimś temacie i nie potrafi ani nie chce odpuścić. Autor tej książki w dzieciństwie zjadł ryby z puszki. Na puszce były dziwne literki – podobne do polskich, lecz nieco powyginane i porozciągane. Po zbadaniu przez uczonego sąsiada okazało się, że na polski rynek rzucili puszki z Islandii. Państwa które stało się dla Klimki-Dobrzanieckiego wymarzoną krainą. Ostatecznie, jako dorosły człowiek po długich perypetiach wyjechał na wyspę, żeby studiować literaturę. Po wielu latach pobytu, nadszedł czas rozstania i podsumowań.

„Zostawić Islandię” nie jest zatem książką o samej Islandii, na pewno nie sprawdzi się jako przewodnik dla wyjeżdżających tam na wczasy. To bardziej książka o samym Klimko-Dobrzanieckim, który opowiada o kilku ważnych wydarzeniach – momencie zakochania w Islandii, swoim ślubie, podróży przedślubnej, kilku miejscach, które go zauroczyły, ludziach, których spotkał na Islandii. Obok ciekawych przemyśleń znajduje się jakaś anegdota czy banał, obok wydarzeń determinujących bieg życia, opis wycieczki dookoła wyspy.

„Zostawić Islandię” to bardziej książka o „zostawianiu” niż Islandii. To również literacka wypowiedź o decyzjach, które trzeba podjąć, o początkach i rozstaniach. Początek tak zwanej nowej drogi w życiu, czyli ślub, łączy się tu z końcem, czyli emigracją do innego kraju. Sentyment miesza się tutaj z pragmatyzmem. Autor jest tym bardziej wrażliwym, ogarniętym wątpliwościami, bardziej sentymentalnym bohaterem. Jego żona myśli bardziej racjonalnie, potrafi przedstawić argumenty przekonujące do wyjazdu z Islandii, chociaż ona również nie przekreśla pomysłu powrotu za parę lat.

Nie ma tu ciągłej akcji, książka składa się z impresji, wspomnień, opisów, anegdot z życia autora, w związku z czym zaliczyłabym ją do literatury autobiograficznej. Mimo tego nie odnosi się wrażenia, iż autor próbuje się wykreować na kogoś innego, przydaje sobie wagi i konfabuluje. Szczerość i brak wydumania sprawiają, że zostawianie Islandii i zaczynanie od nowa stają się wdzięcznym tematem, czymś świeżym i wartym przeczytania. Przy takich książkach naprawdę odpoczywam, dlatego bardzo je cenię.

Lida, Aleksander Jurewicz

lida aleksander jurewiczLatarnia, 2015

Liczba stron: 120

To taka książka, którą autor nosi w sobie przez wiele lat, która w nim powoli dojrzewa, wzrasta, uciska, kipi. Wreszcie nadchodzi czas, żeby to, co urosło i się odchowało, zostało przelane na papier i poszło w świat. „Lida” to opowieść bardzo osobista. Opowiada o pożegnaniu z  krainą dzieciństwa. Krainą niemal magiczną, zmitologizowaną przez pamięć i zatarte wspomnienia.

Autor wraca do czasów dzieciństwa na Białorusi, a w zasadzie do ostatniego dnia spędzonego wśród najbliższych, babć, dziadków, serdecznych sąsiadów, psa Cygana i kota, który też musiał zostać. Alik wraz z rodzicami ma wyjechać do Polski. Obserwuje przygotowania, choć jeszcze nie wie dokładnie, co go czeka. Ojciec szyje mu strój na drogę, mama powoli pakuje dobytek, zdejmuje nawet ze ściany obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. Prawdziwa rozpacz ogarnia wszystkich, gdy nieubłaganie nadchodzi godzina rozstania i podróż w nieznane.

Większość książki pisana jest prozą, ale w treści pojawiają się również wiersze. Autor plastycznie, barwnie opisuje krainę dzieciństwa, swoich bliskich, dziadka wygrażającego ruskim kacapom, przez których spędził wiele lat w więzieniu, babcię, która utuli, ochroni i otoczy opieką, zarośnięty ogród, po którym biegają kury, a kot poluje na myszy. Gdy pisze o pierwszym roku w Polsce dominują ciemne, ponure barwy. Nowy niewykończony dom, wzdychająca krowa stojąca za ścianą pokoju, popłakująca, ewidentnie pogrążona w depresji, matka, pijący ojciec. Wydaje się, że momentem zwrotnym jest dzień, gdy do ich domu doprowadzono prąd. (Być może) w ich życie wsączy się nieco światła i nadziei.

„Lida” to bardzo nastrojowa opowieść. Nie jest natomiast rzewna, płaczliwa, ani rozwlekła. Autorowi udało się wyczarować słowami to, co chciał zatrzymać – kolory, dźwięki, faktury, zapachy. Czyta się bardzo dobrze, ponieważ historia opowiedziana przez autora nie jest tylko jego osobistym dramatem, lecz dramatem wielu rodzin, które musiały zostawić to, co oswojone i zacząć nowe życie w nowym, często wrogim, miejscu.Polecam!