Archiwa tagu: eseje

Pedant w kuchni, Julian Barnes

90090043 pedant w kuchni.inddŚwiat Książki, 2017

Liczba stron: 184

Tłumaczenie: Dominika Lewandowska-Rodak

Barnes w kuchni? Czyżby zamarzyło mu się zostanie Master Chefem? Chociaż sama stronię od kuchni, bo moje przygody w niej kończą się małymi katastrofami, zepsutym humorem i pustym brzuchem, to ciekawość skłoniła mnie do sprawdzenia, jak przy garach czuje się wielki pisarz. Czuje się jak ryba w wodzie, choć nauczył się pływać stosunkowo późno i po wielu mniej lub bardziej udanych próbach.

Barnes sporo rozprawia o książkach kucharskich, których ma całą (rozrastającą się) kolekcję. Zwraca uwagę na różne rzeczy, ale dla mnie najciekawsze było to, że stanowczo odradza kupowanie książek z ładnymi zdjęciami dań. Mamy bowiem sto procent szans, że nigdy, przenigdy, nasze dania nie będą wyglądały tak jak na poglądowym zdjęciu. Natomiast nasza frustracja może sięgnąć zenitu. Mój entuzjazm wzbudziła natomiast propozycja oznaczania przepisów dodatkowymi symbolami wskazującymi poziom frustracji podczas gotowania. Proponuje do tego symbol… stryczka.

Ciekawym zabiegiem, godnym pisarza tego formatu, jest wprowadzenie osoby Tej, Dla Której Gotuje. Tajemnicza partnerka kibicuje jego próbom, sama również w nich uczestniczy, lecz przede wszystkim testuje dania wychodzące spod ręki Barnesa.

Ten zbiór esejów spodoba się tym, którzy lubią eksperymenty w kuchni i tym, którzy stronią od garnków. Każdy znajdzie w nich uniwersalne prawdy o sobie. Nie ma czego w nich szukać ten, kto chciałby poznać przepisy na dana z kuchni pisarza, bo choć wszystko kręci się wokół nich, to instrukcji gotowania nie znajdziemy. Prędzej znajdziemy instrukcję, jak gotować smacznie i zdrowo, jak korzystać z gotowych przepisów i nie zwariować.

Topografia pamięci, Martin Pollack

topografia-pamieciWydawnictwo Czarne, 2017

Liczba stron: 239

Tłumaczenie: Karolina Niedenthal

„Topografia pamięci” to zbiór esejów napisanych na przestrzeni wielu lat. Autor zadaje czytelnikowi pytanie o to, czy warto jeszcze pamiętać o katach i ofiarach drugiej wojny światowej, czy należy wciąż rozdrapywać stare rany. To pytanie z tezą, ponieważ Pollack wie, że odpowiedź może być tylko jedna: „Tak, trzeba to robić”. On sam nie może się wyrzec swojego pochodzenia, rodziny wierzącej w ideały szerzone przez nazistów, ojca esesmana. Nie można puścić w niepamięć bezimiennych, którzy zostali rozstrzelani z rozkazu jego ojca. Jedyny świadek tego zdarzenia, którego znalazł, po raz pierwszy opowiedział o grobach dopiero teraz. Autor zastanawia się, co sprawia, że zwykli, poczciwi ludzie boją się mówić o zbrodniach, kryją sprawców, solidaryzują się z katami, nie z ofiarami. Te, przez ich bierność, umierają podwójnie – fizycznie i symbolicznie, w pamięci pokoleń.

Na okładce książki znajduje się pozornie sielankowe zdjęcie, przedstawiające trójkę dzieci z dobrego, dostatniego domu. Harmonię psuje gest wykonywany przez nie – dzieci hajlują. Co gorsza, z tekstu dowiadujemy się, że fotografia pochodzi z Austrii z początku lat 30. Nie z czasów wojny, lecz dużo przed nią. W jednej z części książki znajdziemy więcej fotografii z tego okresu. Nie są to jednak widoczki, lecz dokumenty przedstawiające losy ludzkie w latach pierwszej i drugiej wojny. Autor, kolekcjoner fotografii, próbuje interpretować stare zdjęcia, zastanawia się nad mechanizmami działania rynku kupujących te zdjęcia. A także nad tymi, którzy dopiero teraz je sprzedają. Jakby kolejne pokolenia nie identyfikowały się z czynami przodków, jakby nie czuły wstydu, nie bały się oskarżeń.

„Topografię pamięci” charakteryzuje duży rozstrzał tematyczny. Pierwszy esej dotyczy dzieciństwa spędzanego z dziadkami. Dysonans związany z nimi zrodził się w autorze dopiero później – z jednej strony byli przecież bardzo kochani i troskliwi,  z drugiej, jak z czasem zrozumiał, obije byli zaciekłymi nazistami.  Jest też ważny tekst o niezbadanym dotąd wpływie nauczycieli – wychowawców na poglądy młodych ludzi, którzy po latach od opuszczenia gimnazjum doprowadzili do wybuchu wojny. Autor zauważa też, że nawet pozornie nieupolitycznione przedmioty, mogą okazać się skażone – przykładem niech będzie piękny posąg w Linzu, który został rozebrany, gdy okazało się, kto był jego ofiarodawcą.

Pollack zabiera głos w imieniu tych, którzy już tylko milczą, którzy nie mogą upomnieć się o niezapomnienie. Jest pośrednikiem między tym, co niebyłe, a współczesnym światem, pokoleniami, które często zachowują się tak jakby nie chciały zaprzątać sobie głowy masowym ludobójstwem sprzed prawie osiemdziesięciu lat. Bardzo dobre eseje, poruszające, pozostawiające po sobie wiele pytań, zostające na dłużej. Poruszające szeroką tematykę, lecz skupiające się na jednym: na pamięci. Przestrzegające przed amnezją.

Dobrze się myśli literaturą, Ryszard Koziołek

dobrze-sie-mysli-literatura ryszard koziołekWydawnictwo Czarne, 2016

Liczba stron: 288

Dobrze się myśli literaturą, ale co to właściwie znaczy? Wiemy, że myślenie o literaturze jest bardzo przyjemne, nawet będąc z dala od książki, możemy do niej wrócić myślami, znaleźć się wśród bohaterów, wyobrazić sobie ich dalsze losy. Myślenie o literaturze zajmuje dużo czasu nam, którzy czytanie traktują jak swoje hobby. Planujemy, co będziemy czytać w najbliższy weekend, dużo czasu poświęcamy wyborowi książek na urlop, zastanawiamy się kiedy ukaże się kontynuacja ulubionej serii. Ale czym jest myślenie literaturą? To tajemne rewiry, niedostępne dla każdego, żeby myśleć literaturą trzeba być Ryszardem Koziołkiem.

Bo chociaż, jak twierdzi, autor tej książki: „Pisarz nie musi być mądry, nawet nie powinien być mądrzejszy od swojego dzieła, a jednak dzieło nam nie wystarcza, chcemy, aby autor własnymi słowami potwierdził wielkość swojej twórczości”.  To okazuje się, że krytyk literacki, którym Ryszard Koziołek niewątpliwie jest, musi być mądry i elokwentny.

Żeby myśleć literaturą, trzeba mieć dogłębną wiedzę na jej temat. Nie tylko znać treść książek, lecz tło historyczne, istniejącą krytykę literacką, życiorys autora i mieć intuicję oraz wyobraźnię. Ryszard Koziołek ma wszystkiego w nadmiarze – potrafi też zajmująco pisać o literaturze, którą dobrze poznał i przemyślał. Wśród esejów znajdziemy takie dotyczące klasyki polskiej literatury – „Lalki”, „Potopu”, „Quo Vadis” i wielu innych. Nie znajdziecie tu streszczeń, lecz rozważania. W przypadku „Lalki” autor skupia się na rękawiczkach, są one punktem wyjścia do zastanowienia się nad naturą i charakterem subiekta, Wokulskiego oraz panny Łęckiej.  W zbiorze jest również sporo odniesień do najnowszych publikacji, książek Springera, Twardocha, Karpowicza.

W esejach można znaleźć również ogólne odniesienia do literatury i jej niezwykłych mocy:

„To, co się dzieje z nami w trakcie czytania, wcale nie zawsze jest dobre! W lekturze bywamy sadystami, szowinistami, wydajemy niesprawiedliwe sądy, stajemy się stronnikami zbrodniarzy, ponieważ literatura właśnie to, między innymi, chce z nami robić – wydobyć naszą emocjonalność. Jeśli jest wielka, na tym się nie skończy – będzie nas skłaniać także do zrozumienia, co się z nami działo”.

Mnie się podobało, choć niewątpliwie jest to lektura wymagająca i raczej nie do połknięcia w jeden wieczór. Zresztą, pospieszne i zachłanne czytanie tej książki jest bez sensu – za dużo w niej smaczków i fajnych cytatów.

Dwanaście srok za ogon, Stanisław Łubieński

dwanascie srok za ogon stanisław ŁubieńskiCzarne, 2016

Liczba stron: 205

Żyjemy obok nich, ale zwykle ich nie zauważamy ani nie słyszymy.. Ludzie gnają przed siebie w pogoni za swoimi interesami, ptaki tuż obok zajmują się swoimi sprawami. Gdy nasze drogi się przetną, skutki zwykle bywają tragiczne dla zwierząt, które stoją na przegranej pozycji w starciu z człowiekiem.

Łubieński nie dramatyzuje w swojej książce o ptakach, a przynajmniej nie od razu. Przede wszystkim stara się przedstawić emocje związane z obserwowaniem ptaków – eskapady do odległego zakątka kraju, gdy według doniesień innych „ptasiarzy”, pojawił się tam jakiś rzadko spotykany gatunek, uczucia towarzyszące podglądaniu matki z młodymi, euforię związaną z bliskością natury.

Autor nie ogranicza się jedynie do subiektywnych odczuć i osobistych doświadczeń. Przybliża również sylwetki obserwatorów ptaków, które zapisały się w historii ornitologii. Są wśród nich przyrodnicy amatorzy różnych narodowości, doszukuje się tych mniej znanych, stara się odnaleźć jakieś nieznane fakty o ich życiu i pracy.

Pisze tak zajmująco, że sprawił, iż częściej zadzieram głowę do góry, wytężam wzrok, nastrajam słuch wypatrując ptaków.  Potrafi oczarować czytelnika opisami przygód, zwyczajami ptaków, anegdotami i zajmującymi życiorysami miłośników ornitologii. Niestety, końcowe rozdziały pozostawiają czytelnika z poczuciem winy, że jest częścią cywilizacji, która zachowuje się tak, jakby za punt honoru postawiła sobie wykończenie tych gatunków, które przetrwały do naszych czasów. Nie dość, że zabieramy ptakom siedliska, trujemy je chemikaliami używanymi w rolnictwie, to jeszcze strzelamy do nich, niszczymy gniazda, zabijamy ich dzieci. Bezmyślność ludzi sprawia, że ptaków jest coraz mniej. Smutno, że tak to się kończy i w życiu, i w książce. Niemniej jednak bardzo Wam polecam lekturę tych esejów o ptakach.

Książki, o których chcę opowiedzieć (2)

Krótki przegląd tego, co przeczytałam, co zasługuje na wspomnienie w formie pisemnej, a z różnych względów nie doczekało się pełnej recenzji.

obcy albert camus

„Obcy” Camusa to książka, którą wielokrotnie czytałam, lecz głównie w czasach, gdy miałam kilkanaście, może dwadzieścia lat. Teraz wróciłam do niej planując lekturę „Sprawy Meursaulta” Kamela Daouda, która opowiada tę samą historię z innego punktu widzenia.  „Obcy” po latach robi jeszcze większe wrażenie. Wydaje mi się, że wcześniej odczytywałam treść zbyt dosłownie, teraz skupiałam się nie na czynach, lecz na postawach, przeżyciach, motywacjach. Bezsens życia, brak celu i marazm głównego bohatera obecnie mają dla mnie większy sens i znaczenie. Polecam, jeśli jeszcze nie znacie, polecam również do powtórnego przeczytania.

cztery pory roku sandor marai

„Cztery pory roku” to kolejna porcja zapisków Sandora Maraia, w których odnosi się nie tylko do zmian aury i pór roku, lecz przede wszystkim do zmian, jakie zachodzą w nim samym. Nieuchronne starzenie się skłania go do pewnych podsumowań i rewizji poglądów, wspomnień i postanowień na resztę życia. Zapiski dotyczą również pracy twórczej oraz kolegów po piórze. Melancholijny nastrój, spokój, subtelny humor, bystrość umysłu – tymi określeniami mogłabym najłatwiej opisać styl autora. Uwielbiam czytać zapiski Sandora Maraia – co dwie strony znajduję myśl, zdanie, całe historie, które mam ochotę przepisać, zapamiętać. Z wieloma przemyśleniami utożsamiam się tak bardzo, że z trudem przyjmuję do wiadomości, że nie są to moje spostrzeżenia 😉 Uwielbiam, polecam.

nawschododarbatu

Hanna Krall napisała te reportaże o ZSRR na przełomie lat 60. i 70. Drukowano je w „Polityce” i wcześniej musiały przejść przez sito cenzury. Nieprzychylne, krytyczne teksty o systemie i kraju nie zostałyby opublikowane, a autorka mogłaby mieć nieprzyjemności. A jednak Hannie Krall udała się trudna sztuka pisania w taki sposób, że jej prawdziwe opinie można wyczytać między wierszami. Cenzura puszczała, nakład rozchodził się w mgnieniu oka, spragnieni wiedzy Polacy wydzierali sobie książkę z rąk. Do tej pory świetnie się to czyta, teksty są świeże, oko reporterki bystre, język precyzyjny. Nie ma w tych tekstach złośliwości, są fakty, które same w sobie ukazują absurd systemu i Wielkiego Brata. Koniecznie.