Archiwa tagu: historyczna

Krótka historia świata, Ernst H. Gombrich

Rebis, 2017

Liczba stron: 320

Tłumaczyła: Barbara Ostrowska

Historia świata na trzystu stronach? To tak jakby encyklopedię streścić w poście na Twitterze! Wydaje się sprawą niemożliwą i z góry przegraną. A jednak Gombrich dokonał niemożliwego – napisał książkę, która nie tylko jest niezwykle ciekawa i uniwersalna, lecz także bardzo dobra merytorycznie. Co więcej, autor pracował nad nią tylko sześć tygodni w latach 30, gdy nie mógł znaleźć innego źródła utrzymania po ukończeniu doktoratu z historii sztuki. Wersję, którą otrzymujemy w 2017 roku, Gombrich uaktualnił, dodał rozdziały o drugiej wojnie światowej i bombie atomowej. Znajdziemy tu również osobisty wstęp autorstwa wnuczki tego wybitnego naukowca. Chociaż w zamyśle autora książka była przeznaczona dla młodzieży, stała się pozycją kultową, czytaną przez dorosłych na całym świecie.

Gombrich poprowadził historię świata od epoki kamienia łupanego aż po XX wiek, nie omijając po drodze żadnego ważnego wydarzenia, mającego wpływ na losy ludzkości. Wobec tego czytamy o egipskich faraonach, podbojach rzymskich, wojnach greckich, ciemnych wiekach średniowiecza, najazdach tatarskich, rewolucjach, wojnach, wielkich przywódcach i wpływie historii na życie zwykłych śmiertelników. Przede wszystkim uderza niezwykła dyscyplina i uporządkowanie opowieści. Autor ściśle trzyma się tematu i opowiada w sposób przemyślany, jedno wynika z drugiego, co naprawdę pozwala zrozumieć i ułożyć sobie w głowie wydarzenia historyczne. Jest to idealna i ciekawa forma nauki o historii świata dla dzieci i nastolatków, dla dorosłych natomiast olśnienie, że można w ten sposób nie przynudzać o historii. Naprawdę byłam zdziwiona i zaskoczona, że historia, za którą nigdy nie przepadałam w szkole, może być tak ciekawa, logiczna, a nawet fascynująca. Polecam dorosłym i dla dzieciom, szczególnie dla tym, które nie przepadają za nudno wykładaną historią w szkole.

Ekspedycja. Historia mojej miłości, Bea Uusma

Marginesy, 2017

Liczba stron: 320

Tłumaczenie: Justyna Czechowska

Ta książka jest piękna. Wystarczy na nią spojrzeć, wziąć do rąk i przekartkować – mnóstwo zdjęć, grafik, tabele, strony w różnych kolorach według pewnego klucza, który podczas czytania staje się oczywisty. Ta książka jest piękna, bo jest pięknie napisana i opowiada niesamowicie ciekawą historię.

Bea Uusma zakochała się. Historia jej miłości zawarta jest w tym tomie. Obiektem miłości nie jest mężczyzna, lecz trzech mężczyzn, uczestników wyprawy na Biegun Północny, nieżyjących od ponad stu lat. Temat przyszedł do niej sam, zupełnie przypadkiem i nękał ją przez kilkanaście lat, w których podjęła wiele prób dotarcia na wyspę, na której umarli śmiałkowie, zbadała niezliczoną liczbę tropów i wyszkoliła się w wielu dziedzinach, by lepiej zrozumieć, co tam się stało. A to było tak:

Na początku było wielkie marzenie. Trzech Szwedów zapragnęło zdobyć Biegun Północny. Wymyślili, że dostaną się nad biegun od strony nieba, po prostu przelecą nad nim balonem. Pomysł wydawał się tak dobry, że udało się go sfinansować. Był rok 1897, gdy wyruszyli z najdalej wysuniętego na północ skrawka lądu marząc o sławie, lądowaniu po drugiej stronie ziemi, przyjęciach, na które udadzą się w jedwabnych krawatach i smokingach przezornie spakowanych w bagażach.  Jeden z nich marzył również o swojej narzeczonej, którą chciał poślubić po powrocie do domu.

Nie przewidzieli kilku rzeczy, jak choćby takiego szczegółu, że przed lotem warto wypróbować balon, przemyśleć trasę, sprawdzić warunki. Nie można ich winić, w tamtych czasach panowało przekonanie, że nad biegunem zawsze jest czyste niebo i świeci tam słońce. Wyprawa skończyła się tragicznie. Do tej pory jej przebieg i dramatyczny koniec jest jedną z największych zagadek w Szwecji. Napisano o niej wiele książek, ale śmiem wątpić, by którakolwiek była tak dobra, poruszająca i wnikliwa jak ta, którą napisała Bea Uusma. Jej książka powstała z miłości.

Jeśli jeszcze ne czytaliście, naprawdę powinniście to zrobić. Opowiedziana historia jest fascynująca, pełna luk, zagadek do rozwikłania. Język, jakim ją napisano, daleki jest od sprawozdania czy reportażu. Widać, że autorka naprawdę przeżywa to, czego się dowiaduje, przeżywa również, gdy mimo prób nie udaje jej się czegoś dowiedzieć. Jej samej jest w tej książce dość dużo, ale to zupełnie nie przeszkadza, bo jest ważną postacią i to od niej zależy, w którą stronę potoczy się ta opowieść. Czytając, żyłam tą historią. Wspaniała książka!

Zdarzyło się, Włodzimierz Kalicki

Agora, 2014

Liczba stron: 1104

Tę książkę czytałam cały rok. Nie dlatego, że jest bardzo długa, tylko ze względu na jej treść, formę i układ. Włodzimierz Kalicki przez lata publikował w Gazecie Wyborczej artykuły o wydarzeniach, które miały miejsce w przeszłości danego dnia roku. Ostatecznie, w jego głowie zrodził się pomysł, żeby napisać książkę, w której zamieści felieton/reportaż historyczny na każdy dzień roku. W ten sposób skaczemy po historii nieco chaotycznie, ale dzięki temu czytamy o ciekawych wydarzeniach z dziedziny wojskowości, polityki, kryminalistyki, marynistyki i wielu innych. Wiek XX może tu sąsiadować z czasami faraonów. I jeśli rzeczywiście będziecie czytać po jednym felietonie na dzień, to nie zrobi wam to żadnej różnicy, bo liczy się opowiedziana historia.

Mnie nie udawało się zatrzymać na jednym. Zazwyczaj czytałam 4-5 reportaży, żeby w kolejnym tygodniu znowu wrócić do książki. Z dniami mi nie wyszło, ale z miesiącami trzymałam się dzielnie. Nigdy nie wykraczałam poza dany miesiąc dopóki się nie skończył. Z 366 felietonów tylko kilka uznałam za słabe. Nieco irytowało mnie to, że autor postanowił trzymać się cezury jednego dnia, czyli często nie dowiadywałam się, jak zakończyła się dana sprawa – czy przestępca został złapany i ukarany, jak potoczyły się losy opisanych ludzi. Oczywiście w przypadku ważnych wydarzeń historycznych nie było potrzeby dalszych wyjaśnień, lecz w kilka razy mi tego brakowało. Widać też zamiłowanie autora do bitew na morzu. Wcześniej powiedziałabym, że to mnie nie interesuje, ale okazało się, że w wykonaniu W. Kalickiego marynistyka jest barwna i ciekawa.

Spieszyłam się, żeby napisać o tej książce na zakończenie roku, by dać Wam czas na zakup ebooka i rozpoczęcie przygody o 1 stycznia. W papierze to książka stacjonarna – 1000 stron raczej nie zabierzecie na wakacje lub do autobusu, a pamiętajcie, że będziecie ją czytać przez całe 12 miesięcy. Kto podejmuje wyzwanie?

Winlandia, George Mackay Brown

Wiatr od Morza, 2017

Liczba stron: 320

Tłumaczenie: Michał Alenowicz

Tytuł książki zapowiada wielką przygodę, wszak Wikingowie zapuścili się tak daleko na zachód, że dotarli do wybrzeży Ameryki. Ziemia ich zachwyciła ze względu na bogactwo roślinności. Najbardziej upodobali sobie winorośl, od której nazwali nowy ląd. Jak przebiegła próba kolonizacji wiemy z sagi o Leifie Erikssonie, a przynajmniej ja wiem, bo kiedyś tłumaczyłam powieść o Wikingach i naczytałam się wówczas sporo o tym okresie. A jednak tytuł tej powieści jest zwodniczy, bo Winlandia, do której w wieku nastoletnim zawitał młody bohater, stanowi tylko ułamek tej historii.

Ranald Sigmundson opuszcza statek swojego okrutnego ojca i zabiera się na gapę razem z Leifem Erikssonem. Sporo się od niego uczy o morzu, o ludziach, o tym, jak nimi rządzić i czego się po nim spodziewać. To przydaje mu się później, kiedy pływa po morzach i kiedy osiada na ziemi przodków. Nie chce bowiem wiązać się z morzem, woda to stanowczo nie jest jego żywioł. Zapisawszy się dobrze w pamięci marynarzy oraz norweskiego króla osiada na roli. Jako pokorny rolnik i właściciel ziemski nie pragnie władzy ani bogactwa. Wiele widział w swoim życiu jako młody człowiek i im jest starszy, tym bardziej brzydzi się intrygami i przepychankami wśród władców, które odbijają się na życiu zwykłych ludzi. Jego ziemia znajduje się na Orkadach, które przez długie lata rozszarpywane były przez nieumiejących pogodzić się braci oraz króla Norwegii.

Powieść oparta jest na sagach o Orkadach i o Grenlandczykach, czerpie z nich informacje o sytuacji na wyspie, waśniach i skrytobójstwach. Ranald w większości jest jedynie niemym świadkiem wydarzeń, choć i to jest dla niego zbyt wiele. Najbardziej na świecie marzy o odcięciu się od wszystkiego, lecz napływ informacji (w XI wieku!) pozbawia go możliwości życia w słodkiej niewiedzy. Smuci i przeraża go podłość, okrucieństwo,  bezduszność ludzi, a Winlandia, którą widział jako dziecko, jawi mu się jako idealna kraina.

Bardzo podobały mi się wątki przygodowe oparte na faktach historycznych. Tak opowiedziana historia trafia do czytelnika, podejrzewam, że wielu czytelników nieznających historii tych miejsc, potraktuje powieść jako fikcję literacką. Mniej podobała mi się opowieść o rodzinie Ranalda – została potraktowana po macoszemu, zginęła pomiędzy opisami waśni władców, a szkoda, bo chętnie lepiej poznałabym jego najstarszą córkę i syna, który wybrał życie poza Orkadami. Większy nacisk na osobę Ranalda, wnikliwsza analiza jego zachowań pozwoliłaby podążać za jego tokiem myślenia, jednak w tej formie czytelnikowi pozostało tylko domyślanie się. Szczerze, to Ranald od połowy książki  irytował mnie swoją zachowawczą postawą.  Mimo tych uwag, książkę polecam, bo to przede wszystkim powieść przygodowa, przy której mile można spędzić czas, chociaż wątki przygodowe są podporządkowane morałowi, że ludzie jak byli, tak są podli i żądni władzy.

Córki Wawelu, Anna Brzezińska

Wydawnictwo Literackie, 2017

Liczba stron: 840

Jeszcze parę lat temu pogardliwie wzruszyłabym ramionami. Nie miałam dobrych doświadczeń z literaturą historyczną – zwykle były to nudne wywody, upstrzone przypisami, uginające się pod ciężarem dat i nieskończonych nawiązań, w których całkowicie gubił się sens. Moje nastawienie do historii zaczęło się zmieniać po kilku dobrych powieściach historycznych, w których literatura szła na równi z historią. W przypadku książki Anny Brzezińskiej proporcje są inne – faktów jest więcej niż fabuły, ale wszystko jest doskonale skomponowane i opowiedziane przystępnym językiem. Na pewno nie zniechęci tych, którzy nie mają doświadczenia czy ochoty na czytanie książek stricte historycznych.

Fabuła osnuta jest wokół postaci karlicy Dosi, która dorastała z trzema młodszymi córkami Bony i Zygmunta Starego – Katarzyną, Anną i Zofią. Służąca Dosia miała niesprecyzowany status na dworze, oczywiście była poddaną, ale od dziecka sypiała w pokoju królewien, towarzyszyła im każdego dnia, zasiadała z nimi do posiłków, zabawiała królową, wykonywała drobne prace – najczęściej była posyłana z wiadomościami do różnych zakątków wzgórza wawelskiego. W związku z tym, że karłom się więcej wybacza, jak mówi bohaterka, i często ich nie zauważa, Dosia miała dostęp do wiadomości i ludzi, widziała dobro i zło, uśmiech i łzy. „Córki Wawelu” to historia, która zaczyna się w miesiącach poprzedzających narodziny Dosi (a także najmłodszej księżniczki Katarzyny), a kończy w ostatnich latach życia Anny Jagiellonki, która przeżyła swoje siostry, brata i na tronie Polski osadziła siostrzeńca. Wydarzenia dworskie, fakty znane z historii to tylko część opowieści. Autorka znacznie więcej miejsca poświęca opisowi renesansowego świata, mentalności ludzi, warstwom społecznym, życiu w mieście, życiu na dworze, intrygom, przesądom.

Spędziłam z tą książką prawie miesiąc, więc nie napiszę polecanki typu: „szybko się czyta”. Bo szybko się czyta to, co ma mało treści, a dużo sztucznych spulchniaczy. „Córki Wawelu” wręcz odwrotnie – wypełnione są treścią, lecz podaną w sposób bardzo przystępny, nieprzygniatający, nieoczekujący od czytelnika znajomości specjalistycznej wiedzy i słownictwa. To książka, która pokazuje los kobiet, etos księżniczki, mentalność ludzi w XVI wieku. Dzięki umiejętnościom pisarskim Anny Brzezińskiej, którą wielu z nas zna z opowiadań i powieści fantastycznych, a także jej wielkiej wiedzy o okresie panowania Jagiellonów książka łączy przyjemność czytania z satysfakcją płynącą z nauką i poznaniem.  Serdecznie polecam lekturę przede wszystkim tym, którzy sądzą, że historia to nauka nudna, skostniała, oparta na datach i faktach. Brzezińska udowadnia, że nie byłoby faktów bez emocji i uczuć.