Archiwa tagu: humor

Nienarysowane historie, Bohdan Butenko (zebrała Anna Dobiecka)

nienarysowane-historieAxis Mundi, 2016

Liczba stron: 100

Niech nie zwiedzie was wygląd tej książki – okładka i nietypowy format mogą sugerować, że jest to pozycja dla dzieci. Tak jednak nie jest! To książka, w której znakomity ilustrator, Bohdan Butenko, opowiada o sobie i o tym, co mu się przydarzyło w różnych okresach życia. Co ciekawe, Anna Dobiecka napisała tę książkę przez telefon – raz w tygodniu przeprowadzała rozmowę z rysownikiem, w której opowiadał jej kilka przygotowanych wcześniej anegdot.

Tak, anegdot. Nie jest to bowiem typowa książka biograficzna, chociaż opowieści ułożono chronologicznie. Dotyczą przed wszystkim czasów studenckich oraz perypetii związanych z wykonywanym przez bohatera zawodem. Wiele z nich mogłoby znaleźć się w antologii absurdów PRL-u. Czy kiedykolwiek przyszło wam do głowy, że rysownik mógł mieć nieprzyjemności wynikające z tego, że na druk ilustrowanej przez niego książki poszło za dużo papieru? Czy wpadlibyście na to, że ktoś nakręcił wyświetlany w kinach film dla dzieci wykorzystując do tego zamieszczone w książce ilustracje i nie informując o tym ilustratora? Możemy również dowiedzieć się jak przebiegło najmniej udane spotkanie targowe Bohdana Butenki oraz poznać różne perypetie związane z podróżami i spotkaniami z czytelnikami, a także co przydarzyło mu się podczas ceremonii wręczania przez dzieci Orderu Uśmiechu.

Chociaż byłam nastawiona na bardziej wnikliwą opowieść biograficzną, przeczytałam książkę z dużym zainteresowaniem, obszerne fragmenty na głos, żeby podzielić się nimi z domownikami. Książkę oczywiście ilustrował sam Bohdan Butenko – rysownik, który upiększał czytane przez nas w dzieciństwie książki, człowiek, dzięki któremu, smutne czasy PRL-u były nieco bardziej kolorowe.

Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa, Eduardo Mendoza

Wydawnictwo Znak, 2009

Liczba stron: 149

Chociaż mam stos nowości, czasem nachodzi mnie nieprzeparta ochota na jakąś starszą książkę – idę wtedy do biblioteki (chociaż paradoksalnie ostatnio wypożyczyłam głównie nowości) lub przeglądam własne półki. „Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa” zasiedla mój regał od kilku lat i ostatnio dawała mi wyraźne znaki, że chce wreszcie zostać przeczytana i mieć swoją premierę na blogu.

Jest pierwszy wiek naszej ery. Pomponiusz Flatus, filozof i włóczęga w jednym, zapuszcza się na najdalsze rubieże Imperium Rzymskiego w poszukiwaniu remedium na dręczące go wzdęcia i inne przypadłości trawienne. Z przygodami po drodze, bez pieniędzy i żadnego dobytku, dociera do prowincjonalnego miasta Nazaret. Pomocną dłoń wyciąga ku niemu kilkuletni chłopiec, Jezus, który pokłada w nim jedyną nadzieję ocalenia przed karą śmierci swojego ojca, Józefa. Józef został oskarżony o zamordowanie bogatego mieszkańca miasta. Niestety, upartym milczeniem podczas śledztwa, nie pomaga sobie w uniknięciu srogiej kary. Pomponiusz, nie mając wyjścia i nie mogąc opędzić się od namolnego chłopca, podejmuje zadanie.

Eduardo Mendoza stworzył powieść zabawną, z intrygującą fabułą i zgrabną zagadką kryminalną. Postaci są przerysowane i zwykle daleko im do poprawności politycznej i obyczajowej, dzięki czemu zyskują rys komiczny. Humor nie jest wysublimowany – jest rubaszny, czasem obsceniczny, stąd na pewno nie każdemu przypadnie do gustu. Podejrzewam, że znajdą się i tacy, których oburzy umiejscowienie akcji oraz bohaterowie – Jezus, Józef i Maria. Zagadka kryminalna rozwiązuje się niejako przy okazji i czytelnikowi trudno wskazać motyw, sprawcę oraz sposób jakim posłużył się przestępca. To wszystko wychodzi na jaw pod koniec książki.

Nie jest to może najlepsza, najbardziej zabawna i najbardziej wciągająca powieść Mendozy. Jest jednak wystarczająco zajmująca, by poświecić jej chwilę czasu. Na przykład na czas podróży nadaje się idealnie – trzeba wtedy jednak panować nad głośnym śmiechem 😉

Mydło, czyli radzimy się powiesić, Konstanty Ildefons Gałczyński

Iskry, 2010

Liczba stron: 123

Leniwy sobotni poranek musiał skończyć się przeczytaniem jakiejś książki. Kto rano wstaje, ten tupie, przesuwa meble, stuka, szeleści i przeszkadza innym spać. Żeby zminimalizować wydawane przez siebie dźwięki, musiałam zająć się jakąś cichą działalnością. W sumie, mogłam dokończyć zaczęty zimą szalik, ale zanim znalazłabym wepchniętą gdzieś na dno szafy robótkę, postawiłabym całą rodzinę na równe nogi. Padło na książkę. Wzięłam tę, bo cienka i kawę przy niej można wypić, trzymając kubek w jednej, a książkę w drugiej ręce.

Książka opatrzona jest wstępem Kiry Gałczyńskiej, która wyjaśnia pochodzenie zebranych tu tekstów. Przez pewien czas Gałczyński pracował w „Cyruliku Warszawskim” – tygodniku o charakterze satyrycznym. Na jego łamach obśmiewał znalezione w gazetach, magazynach i literaturze teksty o wyjątkowo dużej zawartości kiczu i grafomanii. które nazywał „mydłem.” Częściowo bazował również na wierszach przysyłanych do redakcji przez różnych grafomanów. W tym tomie zebrane zostały komentarze Gałczyńskiego do różnych „językowych perełek.” I jak zwykle miarą dobrego satyryka, okazała się być zwięzłość. Gałczyński podsumowuje w kilku słowach wielozwrotkowy utwór czy dłuższy fragment prozy. I robi to nadzwyczaj trafnie i zabawnie.

Co zwraca największą uwagę? Otóż, przede wszystkim to, że w gazetach dwudziestolecia międzywojennego było sporo miejsca na poezję. Duże i lokalne pisma publikowały na swoich łamach wiersze, także te nadesłane przez czytelników. Co do ich jakości, to najlepiej puentował je Gałczyński. Teraz, prawie 100 lat później poezji w pismach brak. No chyba, że czyta się niszowe wydawnictwa ukryte na najniższej półce w Empiku.

Drugi charakterystyczny aspekt to ogromny nacisk na politykę krajową. O endekach, Witosach, Dmowskich i innych mówią wszyscy, od ciecia po poetę. A w kawiarniach i na zakrapianych spotkaniach jest to temat nie do pobicia. Te fragmenty książki były najmniej fajne, ale na szczęście nie dominowały.

Dobre do poczytania przy śniadaniu i kawie. Taka lektura uzupełniająca dla miłośników poezji Gałczyńskiego oraz zainteresowanych życiem codziennym w dwudziestoleciu międzywojennym.

Kartki z pamiętnika młodej mężatki, Magdalena Samozwaniec

WAB, 2011

Liczba stron: 100

We wstępie do książki wspomina się o tym, że powstała przede wszystkim dla pieniędzy. Rozrzutna Madzia Kossakówna znalazła się w takim dołku finansowym, że jedynym ratunkiem było napisanie krótkiej powieści na zamówienie wydawcy. Krążą również pogłoski, że cała książka powstała przez jedną noc, a przy pisaniu pomagała siostra Madzi – Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Istnieje duża szansa, że siostry Kossakówny były świadkami wydarzeń, które zostały opisane w książce. Wszak ich ojciec, znany malarz, rezydował na ostatnim piętrze hotelu Bristol w Warszawie, i chętnie gościł u siebie córki przybywające na „gościnne występy” do stolicy.

Jest maj 1926 roku. Bohaterka satyry, Mimi, to młodziutka i głupiutka Polka poślubiona Francuzowi. Przybywa do stolicy swojej ojczyzny w podróż sentymentalno – lansersko – romansową. Towarzystwa dotrzymuje jej miglanc Kazio, z którym Mimi chętnie by zgrzeszyła. Plany młodej mężatki, uwolnionej chwilowo spod kurateli męża, przerywa wybuch „wojny” w Warszawie. Mimi z okien Bristolu obserwuje przebieg walk zwanych przewrotem majowym. Kobietka niewiele rozumie z tego, co dzieje się na ulicach stolicy, jednakże mocno i patriotycznie kibicuje Polakom. Idzie nawet do hotelowego fryzjera, aby jej widok cieszył oczy żołnierzy.

Książka ilustrowana jest wieloma fotografiami przedstawiającymi Magdalenę Samozwaniec, Warszawę lat dwudziestych oraz skutki przewrotu na ulicach miasta. Niedługi, humorystyczny tekst autorki uzupełniony został przez wydawcę dokładnym opisem przebiegu walki oraz tłem historycznym.

Między tymi dwiema częściami książki istnieje przepaść – Samozwaniec pisze z humorem, lekko, koncentrując się na ograniczeniach umysłowych Mimi. Dla czytelnika kupującego książkę tuż po wydarzeniach majowych tło polityczne przewrotu było klarowne. Czytelnik współczesny dostaje dołączoną do satyrycznej książki zupełnie poważną analizę historyczną. Nie mnie oceniać czy to dobrze, czy źle. Przeczytałam obie części i przy wersji zdarzeń spisanych przez Samozwaniec co chwila się uśmiechałam. Tło historyczne było ciekawe, ale niekonieczne.

Brak wiadomości od Gurba, Eduardo Mendoza

Znak, 2010

Liczba stron: 162

Statek kosmiczny przybywa na planetę Ziemia. Kosmici będący czystą inteligencją lądują w Hiszpanii i przystępują do wykonywania rozkazów. Przybyszy jest dwóch. Gurb, będący podwładnym, dostaje rozkaz wtopienia się w środowisko – przyjmuje postać człowieka płci żeńskiej i … tu urywa się z nim kontakt. Drugi z przybyszy po długim oczekiwaniu, podczas którego wciąż nie ma wiadomości od Gurba, wyrusza sam z misją odnalezienia współtowarzysza.

Ludzie i ich zwyczaje przysparzają mu wielu powodów do zadumy i rozważań, popełnia gafę za gafą, a kosmiczne umiejętności przybierania dowolnej postaci, dezintegracji, teleportacji i telepatycznego porozumiewania się nie zawsze ułatwiają kontakty z Ziemianami. Powiedziałabym, że częściej bywają przyczyną nieporozumień i konsternacji.

Mendoza przechodzi sam siebie w dawkowaniu elementów komicznych. Tak zabawnej powieści nie czytałam od bardzo dawna. Próby upodobnienia się do Ziemian oraz rozmaite sposoby podporządkowania się ludzkim zwyczajom, a także opanowanie trudnej sztuki poruszania się po mieście na dwóch nogach, opisane są w porywający sposób. Zgrabne puenty, nasilenie elementów komicznych, przemycane pod kołderką humoru prawdy o ludziach oraz perypetie kosmity składają się na tę powieść. Czy kosmitom spodoba się na ziemi? Czy uda im się opanować sztukę kamuflażu i upodobniania się do ludzi? Zapraszam do lektury!