Archiwa tagu: kobieca

Huczmiranki. Eukaliptus i werbena, Agata Mańczyk

huczmiranki eukaliptus i werbena agata mańczykNasza Księgarnia, 2015

Liczba stron: 464

„Huczmiranki” to pierwsza powieść Agaty Mańczyk skierowana do dorosłego czytelnika. Jest to saga rodzinna rozgrywająca się w Warszawie na przestrzeni prawie 150 lat.

Trzy bohaterki, Linda, Daria i Nina zmagają się z losem walcząc z przeciwnościami, własną rodziną i zdrowym rozsądkiem. Jest rok 1890. Linda jest czarną owcą w swojej rodzinie. W przeciwieństwie do pozostałych kobiet nie czekała na zaaranżowane przez babkę małżeństwo, lecz poszła za głosem serca. Po roku życia u boku ukochanego powraca na łono rodziny – nie dość, że porzucona przez wybranka, to jeszcze brzemienna.

Daria jest przedstawicielką pokolenia Huczmiranek żyjącą w latach 60. Podobnie jak Linda chce wyjść za mężczyznę, którego kocha. Niestety, nestorka rodu sprzeciwia się stanowczo, co w ostateczności sprawia, że Daria buntuje się przeciw rodzinie. Niestety, nie wychodzi jej to na dobre, a nocne imprezowanie kończy się tragicznie.

Żyjąca współcześnie Nina niezbyt wiele wie o historii swojej rodziny. Leczy żałobę po starcie syna, który zaginął bez śladu, oraz po rozstaniu z mężem, który nie był dla niej wsparciem w nieszczęściu. Po rocznym pobycie za granicą chce z powrotem zostać przyjęta przez przedstawicielki rodu Huczmiran. Wie, że może nie uzyskać przebaczenia i wtedy zostanie wykluczona z rodu.

Książka, która wydawała się być sagą rodzinną toczącą się na tle przemian społeczno-politycznych okazała się… książką fantastyczną. Wątki fantastyczne nie zostały wyeksponowane w opisie powieści, a jednak dominują akcję. Huczmiranki są jednym z trzech potężnych warszawskich rodów. Posiadły nadprzyrodzoną umiejętność władania zapachami. Od dekad pozostają w konflikcie z rodami Kaczatów (rządzących zmysłem smaku) i Bergonów (zajmujących się zmysłem słuchu). Wojna rodów zmierzająca do unicestwienia konkurencyjnej rodziny najtragiczniej odbija się na najmłodszych przedstawicielkach Huczmiranek – są naiwne, łatwo się zakochują i dają omotać wrogom. W związku z tym dochodzi do wymieszania krwi zwaśnionych rodów. Huczmiranki dążą do rozwiązań radykalnych, Bergonowie i Kaczaci wiedzą, że taka sytuacja jest szansą na pojednanie.

Migawki z życia trzech kobiet pokazują układy sił na przestrzeni ponad wieku. Obraz Huczmiranek jest coraz bardziej niepokojący – są bezwzględne, dumne, wyniosłe i gotowe na wszystko, by nie stracić swoich mocy oraz dominacji nad ludźmi. Niestety, książka nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania, a na tych ponad 400 stronach akcja została zaledwie zarysowana. Trzeba czekać do wiosny na drugi tom tej sagi, by dowiedzieć się jak potoczyły się losy kobiet z rodu Huczmiran.

Zabrakło mi w tej książce tła historycznego – mimo burzliwych przemian społecznych i obyczajowych, Huczmiranki żyją jakby w próżni. Chodzą po Warszawie, mieszkają w niej, ale zupełnie do nich nie dociera to, co dzieje się na świecie. Ponadto nieco przeszkadzał mi pompatyczny język, którym porozumiewają się bohaterki. Nadęte frazy zupełnie nie pasują do współczesnego kontekstu.

Jeśli lubicie rozbudowane, skomplikowane powieści o nieszczęśliwej miłości ze szczyptą fantastyki oraz historie, w których do końca nie wiadomo kto jest dobrym, a kto złym bohaterem powinniście sięgnąć po „Huczmiranki”.

Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę, Agnes Martin-Lugand

Wielka Litera, 2014

Liczba stron: 208

Trudno przejść obojętnie koło tytułu tej książki, szczególnie jest to trudne, gdy od lat prowadzi się bloga Czytam, bo lubię 😉 Chociaż z zasady nie tykam tego typu powieści, to tę jedną chciałam przeczytać, by sprawdzić jak czytanie i picie kawy uszczęśliwia ludzi.

Bohaterka tej książki od roku przeżywa żałobę po stracie swojej najbliższej rodziny. Pogrąża się w depresji, zaniedbuje siebie, swój dom i swoją kawiarnię, która nazywa się tak jak brzmi tytuł tej powieści. Nie chcąc już słuchać gderania przyjaciela i wspólnika, postanawia coś zmienić w swoim życiu i wyrusza do wybranej na chybił-trafił irlandzkiej wioski.

I to w zasadzie tyle. Chciałam napisać jedno jeszcze zdanie streszczenia, ale wówczas zdradziłabym zbyt dużo – chyba nawet wszystko. W tej książce są bowiem wszystkie stereotypy powielane bez umiarkowania w setkach produkowanych taśmowo powieści ku pokrzepieniu serc. Dodam, że serc niewieścich. Wyjazd, domek na wsi, fascynacja nieznanym, szansa na nowy start. Ileż można.

Na dodatek autorka tej powieści naprawdę nie za bardzo się wysiliła – postaci są zaledwie naszkicowane. Ona zagubiona, w depresji, znudzona życiem i histeryczna (brr…). On natomiast nieprzystępny, gburowaty, ale w głębi serca uczynny i czuły. Ta trzecia natomiast wzorowana była chyba na złej macosze z Kopciuszka – prawdziwa megiera. Poza tytułem, dość przyjemną dla oka okładką, książka ma jeszcze jeden plus – czyta się ją w mgnieniu oka, bo nie ma na czym się zatrzymać na dłużej.

PS.

Gdy wczoraj na Fb zapowiedziałam pojawienie się tej recenzji, pod wpisem pojawiło się sporo komentarzy osób, które przeczytały tę książkę. Cieszy mnie, że wśród nich jest wiele opinii pozytywnych – zobaczcie (KLIK)

Wilczyce, Aneta Borowiec

Agora, 2012

Liczba stron: 319

„Wilczyce” są debiutem powieściowym autorki, dziennikarki i redaktorki Anety Borowiec. Nie wiem dlaczego, lecz podejrzewam, że przez niepokojącą fotografię na okładce, uznałam tę powieść za książkę obyczajową z elementami thrillera. Być może na moje oczekiwania wpłynęły również „mętne” opisy treści mówiące o ucieczce przed samą sobą. W każdym razie dostałam nie to, czego się spodziewałam. Parafrazując nazwę słodkiego jajeczka, można powiedzieć, że miałam książkę z niespodzianką. Czy niespodzianka okazała się miłym zaskoczeniem, czy raczej jak to zwykle bywa, kiedy dostajemy czekoladowy odpowiednik, niespodzianka mnie rozczarowała?

Natalia ma 27 lat, narzeczonego i sprawdzona przyjaciółkę. Ma również ojca. Z matką łączą ją stosunki tak zimne jakby kobiety były swoimi wrogami – można zaryzykować twierdzenie, że nic je nie łączy. Jeden dzień zmienia życie Natalii i staje się impulsem do zmian. Niewierność narzeczonego wydaje się być znakiem z nieba i punktem zwrotnym. Nieszczęścia chodzą jednak parami – do szpitala trafia dziadek Natalii. Ta rzuca wszystko i jedzie na wieś, żeby wspierać babcię. Wieś nazywa się Wilczyce…

Więc jak było z tą książką niespodzianką? W drugim czy trzecim rozdziale domyśliłam się, że niechcący trafiłam na tzw. prozę dla kobiet, jakkolwiek nieręcznie mogłoby to brzmieć, to jednak faceci takich książek prawie nie czytają. Przyjaciółki na dobre i na złe są? Obecne. Zdrada jest? Jest. Domek na wsi? Tak, tak. Tajemnica rodzinna będzie? Za parę stron. Pojednanie nastąpi? Jakżeby nie. Czyli w książce jest to wszystko, co być powinno w udanej powieści.

Dla mnie najciekawszy okazał się wątek mrocznej rodzinnej tajemnicy, aczkolwiek nie do końca mnie przekonały jego implikacje dla najbliższych głównej bohaterki. Dorośli ludzie potrafią się zachowywać bardziej racjonalnie, a w książce najmniej mądrze zachowuje się ta osoba, która z racji wykształcenia i zajmowanego stanowiska powinna co najmniej umieć myśleć logicznie.

Na plus również zaliczam dwuznaczny tytuł. Wilczyce jako wieś, a także wilczyce – samotniczki, córka, matka, babcia, które prędzej łapę sobie odgryzą, niż przyznają się do słabości. To kobiety są najważniejsze w powieści, ale mężczyźni są przyczyną ich problemów – nie tylko tych sercowych. I chociaż książki o poszukiwaniu siebie po nieudanym romansie i o szukaniu szczęścia na wsi nie należą do moich ulubionych, to „Wilczyce” przeczytałam w jeden wieczór chcąc dowiedzieć się jaka bryła lodu rozdzieliła tę rodzinę na wiele części. Wam również ją polecam, wierząc, że znajdziecie w tej lekturze więcej przyjemności niż ja, która na wskroś przesiąknięta jestem cynizmem 😉

Nagie myśli, Iwona J. Walczak

Replika, 2011

Liczba stron: 344

Rzadko sięgam po książki tego typu. Bardziej wyciszają mnie kryminały niż sercowe perypetie i życiowe zakręty. Niemniej jednak pomyślałam, że ta powieść osadzona w Poznaniu, będzie moją towarzyszką w te dni, które od rana do nocy wypełniała praca. Liczyłam na lżejszą tematykę i miałam nadzieję poślizgać się po powierzchni powieści. Okazało się, że nie jest to takie oczywiste w przypadku tej książki, ponieważ autorka pokusiła się o dość wnikliwą analizę toksycznych relacji rodzinnych głównej bohaterki.

Elżbieta, Becia, księgowa w Mieteksie, matka dwóch dorosłych synów, po uszy tkwi w bylejakości. Pieniędzy ledwie starcza od pierwszego do pierwszego. Wisi nad nią widmo zwolnienia z pracy. Roszczeniowy mąż, z którym nic ją już nie łączy, jest bezustannie bezrobotny. Dom, który dzielą z jej matką, sypie się ze starości. Jednym za największych utrapień Beci są relacje z matką – okropną heterą, która od dzieciństwa traktowała starszą córkę jak utrapienie i piąte koło u wozu. Nawet po latach stosunki miedzy kobietami nie uległy poprawie. Jedynie synowie nie przysparzają jej większych problemów, chociaż relacje między nią i tym żonatym również nie należą do najserdeczniejszych.

Becia szuka ucieczki od szaroburego świata wiecznych utarczek i pretensji. Pisze blog, marzy o lepszym życiu, tanio kupuje namiastkę luksusu, czyli stylowe bibeloty na aukcjach w internecie, stara się nauczyć asertywności. Ostatni z wymienionych przeze mnie punktów zupełnie jej nie wychodzi, bo cała rodzina i wszyscy znajomi przyzwyczaili się już do tego, że Becia zrobi, załatwi, wykona i długo nie będzie dopominała się o zapłatę. I choć uwiera ją ten beznadziejny świat, nie potrafi wyjść z kręgu zobowiązań i powinności, stawiając innych ponad własne dobro i zdrowie. Kiedy Becia poznaje Juliana ma okazję zakosztować życia, o którym zawsze tylko marzyła. Dobrze sytuowany Julian otacza ją opieką, jest dla niej podporą. Czy Elżbieta będzie umiała rozstać się z toksyczną rodziną?

Z jednej strony szkoda mi było Elżbiety, znalazła się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Z drugiej strony wciąż zdawałam sobie sprawę, że sama doprowadziła się do takiego stanu – ponownie przyjęła pod dach męża obiboka, dobrowolnie wprowadziła się do matki, która nieustannie jej ubliżała. Trudno współczuć komuś kto wciąż dokonuje złych wyborów i nie uczy się na błędach, a nawet pielęgnuje toksyczne związki nie przeciwstawiając im się z całą swoją mocą. Nie zżyłam się z tą bohaterką i było mi obojętne jak potoczą się jej losy.

Irytowała mnie konstrukcja powieści – ponad połowa książki przedstawiała kolejne odsłony rodzinnych relacji bohaterki i kolejne niepowodzenia w pogodzeniu wyobrażeń o idealnej familii z brutalną rzeczywistością. Moim skromnym zdaniem, starczyłaby połowa przykładów, aby rozeznać się w ciężkiej sytuacji Elżbiety i poznać jej marzycielską stronę osobowości. Dodatkowe przykłady nieszczęść spadających na bohaterkę nie pogłębiały również portretu psychologicznego tej postaci.

Niewątpliwym atutem jest otwarte zakończenie powieści. Jaką naukę wyciągnie bohaterka ze swoich doświadczeń? Jako „znawczyni” natury ludzkiej śmiem sądzić, że żadnej.

Bez przebaczenia, Agnieszka Lingas-Łoniewska

Novae Res, 2010

Liczba stron: 338

Dawno żadna lektura nie wzbudziła u mnie tylu emocji jak „Bez przebaczenia”. Przyznam, że podeszłam do niej podejrzliwie, bo tak mam w zwyczaju postępować z książkami, które zbierają entuzjastyczne recenzje. Poza tym odstręczała mnie od niej wyjątkowo nieudana okładka. W rezultacie książka przeleżała kilka miesięcy zanim doczekała się swojego czasu.

W tragicznym wypadku drogowym Paulina Litwiak traci matkę i przyrodniego braciszka. Osiemnastolatka trafia pod opiekę ojca, którego nigdy wcześniej nie poznała. Przeprowadza się do odległego o kilkaset kilometrów miasta. Ojciec Pauliny jest wysokim rangą zawodowym żołnierzem – córkę traktuje jak szeregowca, cały czas udowadniając jej jak niewiele jest warta. Osamotniona dziewczyna nie ma gdzie szukać pociechy. Na szczęście na jej drodze staje przystojny, starszy od niej Piotr, w którym zakochuje się bez pamięci. I nawet to, że Piotr jest również zawodowym żołnierzem, nie jest dla niej przeszkodą.

Miłość Pauliny jest odwzajemniona, ale dziewczyna wciąż wątpi w swą atrakcyjność, a jej niska samoocena prowadzi do wielu mniejszych lub większych dramatów. Na drodze Pauliny i Piotra staje mnóstwo niedomówień, przykrych zbiegów okoliczności, nieżyczliwych osób oraz porywcze charaktery obu kochanków. Ich rozstania i powroty nigdy nie są definitywne.

I tak to się kręci przez całą książkę, to wracają to odchodzą od siebie, chociaż od początku wiadomo, że ta para jest sobie pisana. Chwilami można przypuszczać, że Paulina i Piotr są jacyś niejarzący, bo generalnie ludzie uczą się na błędach, a ta dwójka jakoś nie. Skoro raz i drugi pokłócili się, bo czegoś nie zdołali sobie wyjaśnić, to za trzecim razem wypadałoby dać sobie szansę, by po chwili śmiać się ze swojego zacietrzewienia. Tak więc książka to miks namiętnych zbliżeń dwóch kochanków oraz pełnych pretensji rozstań. Dla mnie to była trochę droga przez mękę – dawno nie zdarzyło się, bym miała tak krytyczny stosunek do jakiejś książki.

A z drugiej strony … nie potrafiłam jej odłożyć (choć domownicy gorąco mnie do tego namawiali, znużeni słuchaniem moich jęków). Miłosna historia tych dwojga ludzi zaciekawiła mnie w pewnym stopniu, poza tym chciałam przekonać się czy do samego końca autorka będzie komplikować losy Pauliny i Piotra. I tak właśnie było, niezbadane są pomysły tej autorki… Chyba jestem już za stara na takie historyjki, bo ani mnie nie wzruszają, ani nie rozczulają. Rozterki miłosne nastolatek i dwudziestolatek polecam paniom w tym właśnie wieku.