Archiwa tagu: kryminał

Podpalacz, Wojciech Chmielarz

Wydawnictwo Czarne, 2012

Liczba stron: 360

Zacznijmy od anegdoty. „Podpalacz” jest pierwszą książką Wojciecha Chmielarza, którą przeczytałam, jednak z tak wielu stron i od tak wielu sprawdzonych osób słyszałam, że warto, że świetny, że czytają tylko jego kryminały, że kupowałam wersje elektroniczne jego książek, gdy tylko pojawiały się na rynku. Co więcej, polecałam je innym w ciemno! Kilka razy nawet dziękowano mi za polecenie Chmielarza, co przyjmowałam z dumą i rozbawieniem. Wreszcie, po spotkaniu i krótkiej rozmowie z autorem na Grandzie, podjęłam decyzję, że odkładam na bok egzemplarze recenzenckie i inne nowości i czytam to, co od dawna już chwalę. Początkowo zamierzałam zacząć od najnowszej książki, specjalnie zakupionej w papierze, by mieć dedykację autora, ale jakoś łatwiej było mi otworzyć czytnik, stąd dziś opowiem o debiucie Wojciecha Chmielarza, czyli „Podpalaczu”.

W willi zamożnego biznesmena wybucha pożar. Mężczyzna traci życie, jego żona walczy w szpitalu. Komisarz Jakub Mortka, któremu przypadło śledztwo, ma nadzieję na szybkie rozwiązanie sprawy: marzy mu się przypadkowe zaprószenie ognia lub jakieś gangsterskie porachunki. Niestety, okazuje się, że jest to podpalenie, a na dodatek wcale nie pierwsze w tej okolicy. Kim może być podpalacz grasujący po Warszawie z koktajlem Mołotowa? Śledztwo spadło mu na głowę w złym dla niego czasie. Po pierwsze, ma problemy z byłą żoną, która oskarża go o złą wolę i nieodpowiedzialność, kiedy kilka dni spóźnia się z alimentami. Po drugie,  Mortka nie ma gdzie mieszkać. Wynajmuje mieszkanie razem ze studentami, bo nie stać go na nic innego, ale czuje się z tym podle, tym bardziej, że współlokatorzy przysparzają mu kolejnych trosk. Na domiar złego podejrzewa swojego najlepszego kumpla z pracy o coś, czym sam się brzydzi.

Wątek kryminalny i obyczajowe świetnie się uzupełniają. Co więcej, wątki poboczne są poprowadzone tak dobrze, że ani przez chwilę nie potraktowałam ich jak przeszkadzajek i sposobu na rozdmuchanie objętości książki. Wszystkie problemy poruszone w powieści są istotne i zajmujące. Bo czy nie współczujemy policjantowi, który dosłownie klepie biedę i nie ma gdzie się podziać? Czy nie stukamy się wymownie w głowę na samą myśl, do czego może posunąć się celebryta, by na nowo zaistnieć w mediach? A przemoc domowa? W domu nowobogackich aż tak nam nie przeszkadza, ale gryzie nas, gdy dochodzi do niej w rodzinie osoby, która ma stać na straży prawa i porządku. A potem przyłapujemy się na swojej podwójnej moralności i jest nam głupio i wstyd. I to właśnie jest bardzo mocną stroną tego kryminału – pobudza do myślenia, stawia pytania, drażni się z czytelnikiem. Ponadto książka ma doskonałe zakończenie! Teraz mogę już polecać kryminały Chmielarza z pełnym przekonaniem, co właśnie czynię.

Leon, Mons Kallentoft & Markus Lutteman

leonRebis, 2017

Liczba stron: 340

Tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski

Tak sobie skaczę między seriami powieści Kallentofta, nie przywiązując większej wagi do systematyczności i kolejności. Chociaż akurat w przypadku serii Hercules, o której mowa, czytam tak, jak się ukazuje. „Leon” jest tomem drugim z młodym policjantem, do niedawna cudownym dzieckiem wydziału kryminalnego, teraz wrakiem człowieka niszczonym przez demony przeszłości i używki, Zackiem Herry.

To czysty przypadek, że ktoś odnalazł te zwłoki. Morderca przywiązał ciało brutalnie zabitego chłopca do otworu komina w niedziałającej fabryce. Z jednej strony wyeksponował je, z drugiej ukrył przed ludzkim wzrokiem. Zobaczył je miłośnik dronów, który testował w tej okolicy nowy sprzęt. Policjanci, którzy przybyli na miejsce znalezienia zwłok nie kryli wzburzenia – chłopiec sporo wycierpiał przed śmiercią. Zanim policjanci ustalili, kim było zamordowane dziecko, doszło do kolejnego porwania – tym razem zaginął syn bardzo bogatego właściciela firmy produkującej gry komputerowe. Okazuje się, że zabójca jest pewny siebie, bo kontaktuje się wydziałem kryminalnym i przesyła link do zatrważających nagrań.

Chore umysły pragnące zemsty za prawdziwe lub wyimaginowane krzywdy to coś, co może przerazić. Ten tutaj jest trochę zbyt teatralny – uwielbia przebieranki, wie jak dostać się na łamy gazet, wie jak pokonywać swoje ograniczenia i systematycznie ćwiczy się w zabijaniu. Droga do jego odnalezienia będzie długa i bolesna dla policjantów zajmujących się tą sprawą. Poleje się krew, policjanci poniosą straty, które nadwerężą ich morale. Fabuła tej powieści jest bardzo dramatyczna, smutna i pełna goryczy, co jak najbardziej pasuje do gatunku tej książki. Mam jednak jeszcze jedną uwagę osobistą, coraz mniej lubię Zacka – twardzielem jest tylko na zewnątrz, w środku to obraz nędzy i rozpaczy, mięczak, który problemy topi w alkoholu i narkotykach. Wolałabym, żeby jego miękkość przejawiała się w inny sposób – mógłby hodować egzotyczne rośliny lub zbierać zdjęcia kotków. Czy polecam? Jak najbardziej – nie zwiedziecie się na tej książce, bo to dobry kryminał, w którym zachowano odpowiednie proporcje między sensacją a tłem obyczajowym. Zachęcam!

Felicia zaginęła, Jorn Lier Horst

felicja-zagineloSmak Słowa, 2017

Liczba stron: 328

Tłumaczenie: Milena Skoczko

Nie trzeba mnie namawiać do lektury kolejnych (a nawet tych wydawanych nie po kolei) tomów z policjantem Williamem Wistingiem. Odpowiada mi niespieszne tempo tych kryminałów oraz brak fajerwerków – nie przepadam za dramatycznymi scenami finałowymi, gdzie zawsze dobry policjant wpada w szpony niezrównoważonego przestępcy, który chce go zabić, ale najpierw musi opowiedzieć mu swoją biografię, zdradzić motywy, a czasem nawet wyjaśnić pominięte wcześniej wątki sprawy. U Horsta rzadko się to zdarza, więc kto lubi akcję, strzały i przemoc, mocno się zawiedzie i będzie ziewał.

Podczas prac na budowie robotnicy wydobywają z ziemi metalową szafkę na ubrania z trupem w środku. Po dokładnych badaniach okazuje się, że to szkielet zamordowanej kobiety. Jako że sprawa być może jest już przedawniona, szefowie nie naciskają na jej rozwiązanie, tym bardziej, że właśnie zaginęła dziewczyna. Jej zaginięcie zgłosił narzeczony, który wydaje się szczerze zaniepokojony zniknięciem młodej kobiety. Wisting mimo dużego zaangażowania w poszukiwania, próbuje nie tracić z oczu starej sprawy – tym bardziej, że po zidentyfikowaniu zwłok, okazuje się, że do przedawnienia brakuje jeszcze kilku dni. Wszystko jest więc możliwe.

Jak to u Horsta mamy tu pracę policji od podszewki – odprawy, konferencje, przesłuchania, powolne budowanie obrazu sprawy, narady z technikami, patologami i dziennikarzami, którzy zwykle odgrywają znaczącą rolę w dotarciu do sprawcy. Tutaj jest jeszcze ciekawiej, ponieważ mamy dwie zbrodnie, wyścig z czasem i w zasadzie żadnych podejrzanych. Nawet scena finałowa nie mrozi krwi w żyłach, choć jest zbliżona do tego, co opisałam w pierwszym akapicie. Może nie wciągnęło mnie tak dokumentnie jak „Jaskiniowiec”, ale to powieść z gatunku takich, jakie mnie bawią (o ile można tak powiedzieć o kryminale). Polecam całą serię.

Ciotka Poldi i sycylijskie lwy, Mario Giordano

ciotka-poldiInitium, 2017

Liczba stron: 400

Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann

Poldi właśnie skończyła sześćdziesiątkę i przeszła na emeryturę. Raz, dwa rzuciła wszystko, pozamykała swoje sprawy w Niemczech i przeniosła się na Sycylię, gdzie kupiła dość zaniedbany, lecz uroczo położony domek z widokiem na Etnę. Ma sekretny plan – postanawia zapić się na śmierć, jednak coś pokrzyżuje jej plany. Ta dość ekscentryczna z wyglądu (obfite peruki, obfite kształty i nieposkromiony sex appeal) kobieta, szybko dała się poznać swoim sycylijskim sąsiadom jako osoba, przed którą nie ma rzeczy niemożliwych.

Nudę emeryckiej egzystencji i monotonię osuszania butelek przerywa jej sprawa morderstwa. Pomagający jej w zakupach i drobnych naprawach młody mężczyzna zostaje znaleziony martwy. Poldi bardzo go polubiła przez ten czas, gdy dla niej pracował i poprzysięgła sobie, że nie ustanie w wysiłkach dopóki nie znajdzie winnego morderstwa. Problem w tym, że tak naprawdę niewiele wie o swoim dużo młodszym znajomym. Rozmowy z jego rodziną i znajomymi powoli odsłaniają przed nią nieznane oblicze zamordowanego. Śledztwo natomiast jest okazją do zawarcia nowych znajomości i wyjścia „do ludzi”. Sprawa przyspiesza w chwili, gdy Poldi poznaje policjanta prowadzącego dochodzenie.

Trudno nazwać tę powieść typowym kryminałem, choć śledztwo toczy się przez całą książkę. Nawet miłosne podboje Poldi schodzą przed nim na drugi plan. Nazwałabym ją jednak „kryminałkiem”, czyli książką, którą dobrze się czyta, gdy brak czasu na czytanie, którą możemy zabrać ze sobą w podróż, którą wprowadzi nas w nastrój wakacyjny. Mimo tematyki, jest to raczej zabawna powieść, ekscentryczna starsza pani wciąż nas zaskakuje, a jej przygody na Sycylii czyta się z przyjemnością. Pewnie zwróciliście uwagę na okładkę – cała powieść jest taka pogodna i błyskotliwa. Warto mieć ją na podorędziu w brzydki, jesienny dzień.

Furia, Michał Larek

_Michał Larek_TOM 1 Furia.inddCzwarta Strona, 2017

Liczba stron: 424

Jestem zachwycona wszystkimi poprzednimi książkami Michała Larka (pisanymi w duecie z Waldemarem Ciszakiem). Byłam bardzo ciekawa powieści, którą napisał sam, książki otwierającej cykl kryminalny o nazwie „Dekada”. Podoba mi się pomysł stojący za tą serią, by fabułę częściowo oprzeć na zapomnianych sprawach kryminalnych, które autor wygrzebał w dostępnych aktach i archiwach sądowych. W „Furii”, pierwszej części cyklu, główny bohater, zabójca i gwałciciel ma swój pierwowzór w postaci kryminalisty działającego w Wielkopolsce pod koniec lat 70. Fabularyzacja polega również na przeniesieniu wydarzeń w inne czasy, tak więc w tej książce akcja rozgrywa się na początku lat 90., czyli w momencie przełomowym dla milicji, która jednym pociągnięciem zmieniła się w policję, próbując pospiesznie dostosować standardy działania do nowej sytuacji i oczekiwań społecznych.

Autor sumiennie przyłożył się do stworzenia tła wydarzeń – bohaterowie słuchają modnych wówczas piosenek, jeżdżą samochodami z epoki i korzystają ze sprzętu, który nam wydaje się całkowicie retro. Podczas lektury dwa razy zostałam zaskoczona. Po raz pierwszy tym, że tak szybko udało się zidentyfikować zabójcę i gwałciciela. „Przede mną jeszcze pół książki. Czym autor ją wypełnił?”, myślałam. Drugie zaskoczenie, oceniam bardzo pozytywnie. Śledczy, który według okładkowego opisu powinien grać główną rolę w dochodzeniu, pojawia się tylko przez chwilę, a potem znika. To naprawdę bardzo intrygujące zagranie.

Niestety, kilka rzeczy podobało mi się mniej. Najmniej to, że wszyscy byli podobni do siebie – każdy facet, czy ten stojący po stronie prawa, czy ten popełniający przestępstwa, myślał tylko o seksie. Te sceny są nudne, nic nie wnoszą i zniżają książkę do poziomu tanich czytadeł. I druga rzecz, która nie do końca zagrała, to psychologizacja postaci – bohaterowie zostali obdarzeni zbyt małą ilością cech, żeby móc coś o nich powiedzieć, by zżyć się z nimi, zapamiętać je na dłużej (przynajmniej do momentu premiery kolejnego tomu). I ostatnie, na co zwróciłam uwagę, to fakt, iż w pierwszej części powieści, w której policja próbuje zidentyfikować przestępcę, tak naprawdę nic się nie dzieje. Nie ma praktycznie żadnej pracy śledczej, gliniarze tylko snują się po komendzie i gadają o „dupie Maryni”, a sama identyfikacja sprawcy dokonuje się zupełnym przypadkiem i nie ma nic wspólnego z profesjonalizmem. Ale może tak miało być i jest to zabieg celowy, mający za zadanie pokazanie braku zaangażowania.

Podsumowując, jest dobrze, ale nie tak dobrze jak w przypadku książek, które miały formę bardziej zbliżoną do reportażu. Nie zmienia to mojej wiary w tego pisarza, który ma u mnie ogromny kredyt zaufania na kolejne książki.