Archiwa tagu: literatura amerykańska

Dżentelmen w Moskwie, Amor Towles

dzentelmen-w-moskwieWydawnictwo Znak, 2017

Liczba stron: 528

Tłumaczenie: Anna Gralak

To będzie opowieść o zachwycie. Pierwszy z nich miał miejsce jeszcze latem, gdy wydawnictwo przysłało mi powieść w wersji dla recenzentów. Już wówczas oszalałam na punkcie czarno-żółtej okładki. Kilkanaście przeczytanych wtedy stron upewniło mnie, że to był dobry wybór. Po jakimś czasie dotarła powieść w wersji ostatecznej i okazało się, że okładka w czerni i złocie jest jeszcze piękniejsza. Tak ładna, że do czytania zdjęłam obwolutę, żeby jej nie zniszczyć i móc cieszyć nią oczy. A treść, spytacie? Równie wspaniała i zaskakująca jak okładka.

Hrabia Rostow zrobił rzecz niesłychaną – zamiast zaszyć się na Zachodzie po wybuchu czerwonej rewolucji, powrócił do Rosji. I od razu sprowadził na siebie kłopoty, publikując zbyt frywolny, zdaniem władz, wiersz o Rosji. Jako wróg ludu został osądzony i skazany przez bolszewików. Na szczęście nie na śmierć, lecz na areszt domowy. W związku z tym, że hrabia mieszkał w Moskwie w apartamencie w luksusowym hotelu Metropol, hotel stał się dla niego domem na niewyobrażalny okres kilkudziesięciu lat. Oczywiście nie mógł zajmować apartamentu, przydzielono mu klitkę na poddaszu. Z dnia na dzień mężczyzna musiał przystosować się do nowej sytuacji i ułożyć sobie życie z dala od przyjaciół, wykwintnych kolacji, teatru, przejażdżek powozem i spacerów po parku.

Powieść jest zapisem kilkudziesięciu lat historii Rosji widzianych z perspektywy mieszkańca i pracownika hotelu, który spotyka i obsługuje gości z kraju i z zagranicy. W luksusowej jadalni spotykają się zagraniczni korespondenci, pracownicy ambasad, bolszewicy, politycy, najwyżsi rangą wojskowi. Aby ich obsłużyć i nie spowodować żadnej wpadki na szczeblu dyplomatycznym, trzeba mieć najlepiej wykwalifikowany personel. Nic dziwnego, że Rostow, jak nikt inny znający savoire-vivre i niuanse towarzyskie, zostaje szefem sali i powiernikiem wielu hotelowych gości. Czy można mieć jakieś prywatne życie, gdy jest się przywiązanym do jednego miejsca? Okazuje się, że tak. Rostow staje się opiekunem dziecka, nauczycielem manier mieszkającej tam dziewczynki, kochankiem i przyjacielem.

Cóż za imponująca postać! Gdybym miała wskazać bohatera, z którym chciałabym zjeść kolację, byłby to hrabia Rostow. Elegancki, opanowany, uprzejmy, dowcipny, okazujący szacunek każdemu od sprzątacza po generała, obyty, pogodny, inteligentny. Można mnożyć przymiotniki, lecz nie da się za ich pomocą opisać tej skomplikowanej postaci. Bez niej nie byłoby tej książki, która jest hołdem złożonym prostemu życiu opartemu na szacunku do innych i niezachwianym poczuciu własnej godności. Ta powieść swoim rozmachem, stylem, językiem, poruszanymi kwestiami etycznymi przywodzi na myśl wielkich klasyków rosyjskich. Od pierwszych stron czaruje językiem – wielkie pokłony dla tłumaczki! Ta taka książka, którą z początku się pożera, by jak najszybciej się nasycić, lecz z czasem nachodzi czytelnika refleksja, że musi zwolnić, żeby dłużej grzać się w cieple bohaterów i móc nacieszyć się zgrabnymi frazami oraz pięknem opowieści. Koniecznie przeczytajcie!

O kotach, Charles Bukowski

bukowski-o-kotachNoir Sur Blanc, 2017

Liczba stron: 130

Tłumaczenie: Michał Kłobukowski

Bukowski mi nie leży, nie kręcą mnie poruszane przez niego tematy, a w szczególności nie lubię czytać o chlaniu i bezsensownym seksie. Jednak te koty w tytule podziałały na mnie jak lep. Potem jednak, gdy książka już dotarła, trochę się zmartwiłam, bo okazało się, że składa się przede wszystkim z wierszy. Na szczęście nie zniechęciłam się tą poezją i któregoś wieczora zabrałam książkę ze sobą do wanny.

Ojej! Jak on świetnie pisze o tych kotach. Bukowski bez kota nie byłby Bukowskim, tak przynajmniej wynika z tego, co wyczytałam. Kot towarzyszył mu na różnych etapach życia, im był starszy, tym więcej kotów przyjmował pod dach, w pewnym momencie zaczyna zbliżać się do dziesięciu, które wraz z żoną traktują jak swoje dzieci. Kot to dla niego symbol niezależności – pozwala swoim włóczyć się po okolicy, walczyć, polować. Leczy potem ich ponadrywane uszy i poprzetrącane kości. Podziwia ich waleczność i niezłomność i porównuje swoje życie do kociego losu. Tak jak one jest w stanie przyjąć każdą ilość kopniaków od życia, podnieść się i pójść dalej. Imponuje mu kocia niezależność – chciałby podobnie jak one jeść i spać, nie przejmować się tym, co mówią inni, tylko skupiać się na swoich małych przyjemnościach.

Można dyskutować czy wydawanie takiej książki, która jest zbiorem miniatur i wierszy pierwotnie drukowanych w czasopismach  ma sens. Jedni powiedzą, że to odcinanie kuponów i próba wyciągnięcia pieniędzy od czytelników. Inni natomiast najpierw przeczytają, zanim wyrażą zdanie. Ja jestem w tej drugiej grupie – wiersze o kotach i niektóre myśli autora naprawdę mnie urzekły. O kotach i o Bukowskim tak wiele już powiedziano, a jednak lektura wydała mi się świeża, była czymś zaskakującym, tym bardziej, że ostatnio wciąż znajduję w książkach sceny znęcania się nad kotami, a tutaj wręcz przeciwnie – pochylenie się nad nimi, próby ich ratowania, gdy są w potrzebie. Co tu dużo mówić, tak się zaczytałam w tej wannie, że musiałam trzy razy ciepłej wody dolewać i to powinno starczyć za całą moją rekomendację.

Syn, Philipp Meyer

synCzwarta Strona, 2016

Liczba stron: 606

Tłumaczenie: Jędrzej Polak

Napisany z rozmachem „Syn” jest powieścią obejmującą dwa wieki historii rodziny McCullough‚ów. Ta natomiast jest ściśle związana z ziemią. Rodzina jest zamożna, ma ogromne ilości ziemi, hoduje bydło, w kolejnych pokoleniach sięga po złoża naturalne i zaczyna wydobywać ropę naftową. Jednak ich bogactwo okupione jest cierpieniem, śmiercią, niedolą i wyrzutami sumienia.

Przez większość książki występuje troje narratorów: założyciel rodu Eli McCullough, jego syn Peter oraz pra-prawnuczka Eliego, która musi walczyć o siebie w zdominowanym przez mężczyzn świecie. Ich opowieści początkowo toczą się oddzielnie, dopiero pod koniec zaczynają się zazębiać w pełni ukazując tragizm wielu sytuacji i bezwzględność ludzi, którzy dążą do zdobycia jak największych wpływów.

Wszystkie trzy historie są na swój sposób poruszające i tragiczne. Bo czy możemy jednoznacznie oceniać Eliego, który jako dziecko został uprowadzony przez Komanczów i wychowywany na bezwzględnego wojownika? Jako młody chłopiec musiał odrzucić nauki białych ludzi, żeby przetrwać. Przy okazji nadmienię, że fragmenty dotyczące życia plemienia robią naprawdę duże wrażenie. Nie miałam pojęcia, że Komancze porywali białych, nie znałam ich zwyczajów, nie wiedziałam, od czego zależało ich przetrwanie.  To było dla mnie bardzo odkrywcze i interesujące.

Opowieść Petera to przypowieść o winie i karze. O bezwzględności, miłości i wyrzutach sumienia, które nie pozwalają normalnie żyć. W tej części powieści jesteśmy świadkami tego jak biali przejmowali ziemie od wieków należące do Meksykanów. Widzimy do czego prowadziła chciwość połączona z ruchami nacjonalistycznymi i rasizmem. Peter to najbardziej „miękki” członek rodu – wszystko głęboko przeżywa, nie potrafi zapomnieć, przyjąć kłamliwych argumentów. To człowiek prawdziwy, ma sumienie i serce.

Najbardziej nam współczesna historia opowiadana jest przez pra-prawnuczkę Eliego, bizneswoman, która od dziecka żyła w świecie mężczyzn. Mimo to musiała przejść długą drogę, by partnerzy w interesach zaczęli ją poważnie traktować. To historia o niedopasowaniu, żądzy przetrwania, wielkich ambicjach i bezwzględności w biznesie. I o niezbyt szczęśliwej kobiecie pławiącej się w pieniądzach, które tak naprawdę niewiele dla niej znaczą.

„Syn” wydaje się monumentalny. Z początku mnie onieśmielał tematyką, objętością. Okazało się, że ma moc przenoszenia w czasie i przestrzeni. Czytelnik bardzo szybko wkracza w wykreowany świat i uczy się, żeby nikogo pochopnie nie oceniać. Dopiero po zamknięciu książki mamy pełen obraz, wiemy, że nie ma tu nikogo w stu procentach niegodziwego i nikogo świętego. Są za to ludzie próbujący jak najlepiej wykorzystać czasy, w których żyją. Jednak osiągnięcie sukcesu zależne jest nie tylko od ciężkiej pracy, lecz również od umiejętności manipulowania innymi, od sprytu i niestety od braku sumienia. Jest to jedna z lepszych książek, które przeczytałam w tym roku i tafia na listę „najlepszych”.

Nadzieja. 10 lat w ciemności, Amanda Berry & Gina DeJesus

nadzieja-10-lat-w-ciemnosciWydawnictwo Agora, 2017

Liczba stron: 384

Tłumaczenie: (niestety nie znalazłam nazwiska tłumacza w papierowym wydaniu książki)

To historia, przy której wiele razy można zwątpić w człowieka. Opowiada prawdziwe losy trzech dziewczyn porwanych, więzionych, gwałconych, bitych przez człowieka, którego znały jako ojca koleżanki ze szkoły. Książkę napisały dwie z nich, Amanda i Gina, trzecia z uprowadzonych swoją opowieść zawarła w oddzielnej książce i o ile mi wiadomo, nie utrzymuje kontaktów z towarzyszkami niedoli.

Amanda została uprowadzona w przeddzień swoich osiemnastych urodzin, Gina jako trzynastolatka. Spędziły w niewoli 10 lat. Przy życiu podtrzymywała je tylko nadzieja, że bliscy nie ustaną w poszukiwaniach. Oglądały doniesienia telewizyjne o akcji poszukiwawczej, kolejnych rocznicach ich zaginięcia oraz organizacjach angażujących się w pomoc rodzinom w podobnej sytuacji. Czasami widziały swoich krewnych, którzy apelowali do świadków i opowiadali o podjętych działaniach. Porwane nastolatki wiedziały, jak blisko swoich rodzinnych domów się znajdują, jednak nie miały szansy na ucieczkę czy powiadomienie rodzin o tym, że żyją.

Wielokrotnie zastanawiałam się nad tym, jak silną osobą trzeba być, by przetrwać niekończącą się gehennę i pozostać przy zdrowych zmysłach. Częściej jednak na pierwszy plan wybijała się myśl, kim trzeba być, żeby odebrać wolność drugiemu człowiekowi, traktować go jak swoją własność, rzecz służącą zapewnianiu sobie przyjemności. Castro do końca utrzymywał, że stworzył sobie rodzinę, choć chwilami, szczególnie pod koniec, zdawało się, że zaczął zastanawiać się jak wybrnąć z sytuacji, nie ponosząc konsekwencji.

Gdy dziewczynom udało się uwolnić, sprawą zaczęła żyć cała Ameryka. Prawie nikt nie wierzył, że zaginione przed wielu laty nastolatki odnajdą się żywe. One natomiast mają duży problem z przystosowaniem się do życia – wszystko jest dla nich wielkie, dziwne, trudne do pojęcia. Pozornie przez ostatnie lata niewiele się zmieniło, jednak okazuje się, że dla człowieka, który spędził 10 lat w zamknięciu, ogarnięcie zmian jest bardzo trudne.

Zdaję sobie sprawę, że to trudny temat, ale książka została tak napisana, że nie epatuje przemocą. Oczywiście autorki i wspomagający je autorzy nie mogli pominąć scen gwałtu, przemocy fizycznej i psychicznej, jednak nie rozbudowują tych wątków ponad miarę, ponieważ ich celem nie jest torturowanie czytelnika, lecz pokazanie mechanizmów psychicznych, które pomogły dziewczynom przetrwać w sytuacji krytycznej. Naprawdę warto poznać ich historię. Polecam!

 

Nigdy nie zapomnę, Kerry Lonsdale

nigdy-nie-zapomneWydawnictwo Znak, 2017

Liczba stron: 400

Tłumaczenie: Aleksandra Kamińska

Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, ten dzień rozpocząłby się od białej sukni, a skończyłby nocą poślubną. Los był jednak okrutny i za nic miał plany młodej pary. Zamiast ślubu odbył się pogrzeb. James dotarł bowiem do kościoła w zamkniętej trumnie. Jego ciało spędziło kilka tygodni w wodzie u wybrzeży Meksyku, w związku z czym, Aimee, niedoszła panna młoda, nie mogła się nawet pożegnać ze swoim ukochanym. Co gorsza, na uroczystości pojawiła się nieznajoma, która twierdziła, że mężczyzna nadal żyje. Co chciała osiągnąć? Przecież rozpacz narzeczonej była i tak niezmiernie wielka.

Jak się pozbierać po takiej stracie? James i Aimee znali się od dziecka, spędzali ze sobą każdą wolną chwilę, ona nieustannie go wspierała i pomagała określić drogę życiową. Chociaż rodzice od zawsze przygotowywali go do objęcia firmy, on wolał malować  i był w tym naprawdę dobry. Aimee natomiast w przyszłości widziała się na stanowisku właścicielki restauracji – liczyła, że przejmie interes po rodzicach. Po jego śmierci, wszystko legło w gruzach. Mimo starań przyjaciółek, Aimee długo nie może stanąć na nogi i odciąć się od przeszłości. Bo jak tu zapomnieć o kimś, kto był całym światem?

To nie jest tylko powieść o  żałobie i miłości, lecz także książka, która wiele razy Was zaskoczy. W drugiej połowie akcja mocno przyspiesza, wyjaśniają się poszczególne wątki, a bohaterka znajduje się w sytuacjach nie do pozazdroszczenia. W tle pojawiają się niezdrowe relacje rodzinne, kradzież, skok na głęboką wodę i decyzja o otwarciu własnego bistra, na drodze bohaterki stanie również zainteresowany nią mężczyzna. To, co przydarzyło się Aimee w związku z zaginięciem i śmiercią narzeczonego, chwilami może budzić niedowierzanie, a na pewno nieraz zaskoczy, zadziwi, zaszokuje. Bo czy lepiej próbować zapomnieć o dawnej miłości, czy też pielęgnować w sobie iskierkę nadziei i mimo wszystko wierzyć, że narzeczony żyje? Co jest dla nas lepsze – zapomnienie czy pamięć, która niszczy i nie pozwala iść dalej?

To książka idealna dla tych, którzy szukają w literaturze wzruszeń, historii miłosnych,  nie zawsze kończących się happy endem, którzy są gotowi na przymknięcie oka na pewną schematyczność i uproszczenia, bo przede wszystkim cenią opowieści o zakrętach życiowych. Jeśli szukacie czegoś lekkiego na wakacje, to jest lektura idealna. Ostrzegam jednak, że będziecie chcieli jak najszybciej poznać zakończenie tej historii, więc trudno będzie się od niej oderwać.