Archiwa tagu: literatura faktu

Cisza, Erling Kagge

ciszaWydawnictwo Muza SA, 2017

Liczba stron: 128

Tłumaczenie: Iwona Zimnicka

Lubię ciszę. Nie przeszkadza mi cichy dom, wyłączone radio i brak telewizji. Jako stadium pośrednie między ekstra i introwertykiem po nadmiarze wrażeń, szukam totalnego wyciszenia. Pomyślałam więc, że książka Erlinga Kagge może wnieść coś do mojego życia.

Autor jest wydawcą, a także podróżnikiem, który ma na swoim koncie imponujące dokonania. Jego wyprawy to przede wszystkim samotne wędrówki po najbardziej ekstremalnych terenach na ziemi. Jako ojciec dorastających córek, człowiek zarządzający firmą, wciąż bombardowany jest informacjami, sprawami wymagającymi natychmiastowej uwagi i działania. Nic dziwnego, że w pewnym momencie docenił ciszę – taką fizyczną, gdy dochodzi do nas minimum dźwięków i ciszę informacyjną, gdy wyłączamy laptopa, komórkę i telewizor, by odizolować się od zewnętrznego świata. Z fascynacji ciszą powstała ta książka, w której zbiera swoje doświadczenia, a także przytacza słowa innych: filozofów, pisarzy na temat ich obcowania z ciszą.

Format książki, piękna okładka, krótkie rozdziały sprawiają, że można ją zabierać ze sobą na poszukiwanie ciszy. Mnie najprzyjemniej czytało się ją siedząc obok fontanny i wsłuchując w plusk spadającej wokół mnie wody. Wszystko pasowało do siebie idealnie: kolory, struktury i nastrój. Spróbujcie zabrać ją ze sobą na wakacje – to nie jest poradnik, lecz krótka rozprawa o tym, czym jest cisza, co może nam dać, gdzie jej szukać (nie trzeba wyprawiać się na biegun). Miłe do poczytania. Piękne jako przedmiot za sprawą cudownej okładki. Świetne na prezent dla zabieganych.

Wszystkie dzieci Louisa, Kamil Bałuk

wszystkie-dzieci-louisaDowody na Istnienie, 2017

Liczba stron: 304

Grunt to dobry temat. Debiutant Kamil Bałuk znalazł temat samograj. Podkręcił go swoim talentem i napisał reportaż, który stawia mnóstwo pytań i porusza problem, o którym w Polsce niewiele się mówi. Nawet nie wiem, czy działają u nas banki spermy, a jeśli tak to jakie obowiązują regulacje prawne. Autor skupia się bowiem na Holandii, kraju, gdzie od kilkudziesięciu lat bezdzietne pary, bądź singielki pragnące dziecka, mogą skorzystać z nasienia dawcy w jednej z kilku klinik. Problem w tym, że przez wiele lat kliniki te działały bez żadnych kontroli ani regulacji, dając pole do nadużyć i nieetycznych zachowań.

Wszystko zaczyna się od dorosłych dzieci, które wiedzą, że są z dawcy i pragną znaleźć swojego biologicznego ojca. Sprawa jest trudna, ponieważ przez wiele lat w Holandii dawcy byli anonimowi. Wiele klinik zostało zamkniętych, gdy w życie weszły przepisy o obowiązkowej rejestracji dawców. W międzyczasie poginęły dokumenty, o ile w ogóle istniały, ponieważ, jak się okazuje, w jednej z klinik, mającej najbardziej spektakularne wyniki, od samego początku panował bałagan. Dziennikarskie śledztwo ujawnia, że z jednego dawcy mogło począć się około 200 dzieci. Tytułowy Louis, ciemnoskóry Surinamczyk od dziecka mieszkający w Holandii z oddawania nasienia uczynił swoje „hobby” i misję. Dopiero dzięki finansowemu wsparciu telewizji udało mu się odnaleźć niektóre swoje biologiczne dzieci. A dzieciom swoje półrodzeństwo oraz dawcę.

Historię czyta się na jednym tchu, aczkolwiek mnie cały czas dręczyło pytanie: Po jaką cholerę ktoś chciałby szukać człowieka, którego jedyną zasługą w ich życiu, było oddanie nasienia do kubeczka? I po jaką cholerę szukać „rodzeństwa” po całym kraju? Przecież tak naprawdę tych ludzi nic nie łączy – jedynie to, że ich matki w pragnieniu posiadania dziecka trafiły wiele lat temu do tej samej kliniki. Co prawda dzięki ich dociekaniom media ustaliły ogrom nieprawidłowości w działaniu kliniki, lecz tak naprawdę w tej chwili nic już z tym nie można zrobić.

Zabrakło mi odpowiedzi na wiele pytań – przede wszystkim nie wiadomo czy obecnie funkcjonuje jakiś ogólnokrajowy system regulujący ilość poczęć z jednego dawcy. Nie wiadomo również w jakim stopniu lekarze wpływają na jakość nasienia dawcy – czy ci są badani pod względem chorób, które mogą przekazać potomstwu za pomocą kodu genetycznego. To rodzi kolejne pytania, i tak dalej, i tak dalej. Reportaż Bałuka, choć zupełnie oderwany od spraw, którymi żyje się na co dzień, niesie za sobą ładunek emocjonalny oraz chęć zgłębienia tematu, by móc sobie odpowiedzieć na pytania, które wciąż się pojawiają podczas lektury. Świetne pióro, nos do tematów. Warto przeczytać!

Prus. Śledztwo biograficzne, Monika Piątkowska

prus

Wydawnictwo Znak, 2017

Liczba stron: 491

Gdybym musiała odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przeczytałam biografię Prusa, miałabym duży problem z odpowiedzią. Nie jest to pisarz, którego czytam dla przyjemności. Owszem, szkolna lektura „Lalki” była przyjemnością w porównaniu z „Potopem” Sienkiewicza, a niektóre nowele czytane przeze mnie w dzieciństwie okazały się dość ciekawe i łatwe w odbiorze. Sądzę, że najbardziej zachęciło mnie to, że o Prusie niewiele wiedziałam, bo jego życiorys nie był nam wtłaczany do głów w szkole.

Od samego początku jest ciekawie – okazuje się, że Aleksander Głowacki był dzieckiem niechcianym. Nie wiadomo dokładnie, o co chodziło rodzicom, czy zaczęli żyć w separacji na skutek zdrady, czy po prostu nie potrafili się dogadać, lecz faktem jest, że chłopak wychowywał się bez ojca, a po wczesnej śmierci matki rodzina nie wiedziała, co z nim zrobić, więc przerzucany był z domu do domu. To na pewno wpłynęło na jego psychikę. Młodzieńczy umysł dodatkowo został poturbowany podczas powstania styczniowego, na które Aleksander jako szesnastolatek zaciągnął się po ucieczce z domu. W późniejszych latach Prus będzie dręczony przez rozmaite fobie, utrudniające mu normalne funkcjonowanie.

Niewiele wiadomo o miłosnym życiu pisarza. Wielu wspomina, że często żartował ze spraw damsko-męskich, długo pozostawał kawalerem, a kobieta, którą chciał poślubić zwodziła go latami, ponieważ nie odpowiadał jej status materialny początkującego literata. Autorka nie dokopała się do żadnych informacji na temat tego jak wyglądało jego małżeństwo, jak traktował żonę, a ona jego itp. W biografii pojawiają się wzmianki na ten temat, ale w większości są to przypuszczenia. Jednak pozamałżeńskie poczynania Prusa dają większe pole do rozważań. Myślę, że będziecie zaskoczeni podobnie jak ja.

Biografia napisana jest w bardzo przystępny, ciekawy sposób, odpowiedni dla laików. Jedyne, co mnie w niej drażniło, to fakt, iż z braku materiałów faktograficznych, autorka uciekała się do szukania tropów biograficznych w twórczości Prusa. Według mnie to nieco naciągane – tym bardziej, że Prus nigdzie nie przyznał, że wzorował swoje postacie na członkach rodziny. Czy polecam? Tak, to dobra książka, choć zalecałabym ostrożność i oddzielanie dywagacji od faktów. Prus był bardzo tajemniczy, nie pozostawił po sobie wspomnień, a jego dzienniki nie dotyczyły prywatnego życia, wobec tego pewne fakty z życiorysu autora zostały pogrzebane wraz z nim.

Dziennik 1943-1948, Sandor Marai

dziennik-1943-1948Czytelnik, 2016

Liczba stron: 526

Tłumaczenie: Teresa Worowska

Ta książka-dziennik wymyka się wszelkim kategoriom. Bezapelacyjnie jest najlepszą jaką przeczytałam w ostatnich miesiącach. Lekturę jednak dawkowałam sobie przez pół roku – nie dlatego, że brnęłam z trudem, lecz po to, by mieć ją na dłużej i by niczego nie uronić z całego bogactwa znaczeń. Wcześniej ukazał się jednotomowy wybór z dzienników tego węgierskiego pisarza. Tym razem tłumaczka, a zarazem redaktorka dokonała wyboru z nieokrojonego dziennika publikowanego na Węgrzech. Cały cykl planowany jest w Polsce na sześć tomów, z czego niedawno ukazał się drugi.

Lata 1943-1948 to okres wielu zmian w rodzinie Maraiego. Przede wszystkim jednak to czas, kiedy Węgry będące sojusznikiem Hitlera stały się jego wrogiem, a dawni strzałokrzyżowcy błyskawicznie zmienili barwy na czerwone, przygotowując się na wkroczenie Rosjan. Dla pisarza, próbującego zdystansować się od znienawidzonej polityki, takie konformistyczne postępowanie było czymś obrzydliwym, pogardzał tym, wstydził się za swoich rodaków, czuł, że nie pasuje do nich i chciał bronić swojej odmienności i wolności. Po wojnie było to coraz trudniejsze.

Marai stworzył jeden z najbardziej obrazowych opisów działań wojennych i ich skutków dla jednostki – małego trybiku machiny, który tylko do pewnego stopnia jest w stanie wziąć odpowiedzialność za swoje życie i dobro swoich bliskich. To, co dzieje się wokół niego, jest tak potężne, ostateczne i poza zasięgiem, że życie jednostki nie ma najmniejszego znaczenia. Podobnie jak jego dobra materialne, które gromadził od lat. Marai najbardziej żałuje utraty swojej biblioteki, czuje ból po utracie książek, które przez całe życie były jego najbliższymi przyjaciółmi.

Ten czas to również zmiany w życiu osobistym – wraz z żoną, Sandor Marai bierze na wychowanie sierotę, kilkuletniego chłopca. Ponadto umierają bliscy mu ludzie, a on sam podejmuje ważną, nieodwracalną decyzję emigracji do kraju poza  reżimem komunistycznym, w którym nie potrafi tworzyć, nie potrafi żyć, nie potrafi udawać, że akceptuje zmiany, jakie zachodzą w społeczeństwie.

Ten dziennik nie jest tyko zapisem zdarzeń, jakie zachodzą w jego życiu i poza nim. To przede wszystkim głęboka analiza samego siebie. Marai to prawdziwy erudyta, człowiek inteligentny, wrażliwy i niezłomny. Nie jest chorągiewką na wietrze (w przeciwieństwie do swoich rodaków), odczuwa ogromny dyskomfort związany z brakiem wolności po wojnie, nie potrafi dostosować się do nowych czasów, wątpi w swoje siły twórcze, wstydzi się za swój kraj, pragnie uwolnienia, a jednocześnie ma świadomość tego, że na zawsze pozostanie Węgrem. Każde zapisane w dzienniku zdanie jest ważne, niesie za sobą ogrom treści i głębię psychologiczną. To kopalnia „złotych myśli” dla tych, którzy lubią zaznaczać lub wynotowywać cytaty z książek. Koniecznie przeczytajcie!

 

Godzina wychowawcza. Rozmowy o polskiej szkole, Aleksandra Szyłło

godzina-wychowawczaWydawnictwo Czarne, 2017

Liczba stron: 160

Jako nauczycielka z długim stażem, świadoma niedociągnięć i niedoskonałości systemu edukacji w Polsce wiązałam spore nadzieje z tą książką, gdy ujrzałam ją w zapowiedziach wydawniczych. Liczyłam na rzetelne podejście autorki do tematu polskiej szkoły. Jednak już po przeczytaniu wstępu musiałam ochłonąć. Okazało się bowiem, że tytuł ma się tak do treści jak sensacyjne nagłówki w Wyborczej obwieszczające, że nauczyciele w Polsce zarabiają 5 tysięcy na rękę i pracują zaledwie 18 godzin w tygodniu.

We wstępie autorka stwierdza, że dzieci są dla zwykłej, państwowej szkoły kulą u nogi, są traktowane są przedmiotowo i najlepszym, co może im się przytrafić to skierowanie do ośrodka poprawczego lub szkoły dla uzależnionych od narkotyków. Tak właśnie. To że sama nie skończyła zwykłej (czytaj: opresyjnej) szkoły jest jej powodem do dumy i prawdopodobnie dlatego wyszła na ludzi. Czy rozumiecie już dlaczego się gotowałam podczas lektury? Czy z takim nastawieniem można napisać cokolwiek konstruktywnego o szkolnictwie? Oczywiście że nie. Potwierdza to również dobór rozmówców – jest wśród nich dyrektorka szkoły prywatnej, dyrektorzy domu poprawczego, ośrodków szkoleniowych dla osób uzależnionych, itp. Nie ma wśród nich ani jednego nauczyciela ani dyrektora państwowej szkoły podstawowej, gimnazjalnej lub ponadgimnazjalnej. Tak jakby rozmowa z nimi była poniżej godności pani redaktor, jakby ludzie kształcący i wychowujący większość dzieci w wieku szkolnym byli bezwolną, bezmyślną, stłamszoną masą, wiernopoddańczo wykonująca minimum, za jakie płacą im te grube tysiące. I tak jakby dzieci i młodzież kończący takie szkoły były gorsze od tych, które uczęszczają do szkół prywatnych lub szkół dla osób z problemami.

Podczas lektury musiałam polemizować z autorką, pod ręką trzymałam kartki, na których zapisywałam swoje uwagi. Jedyne, co sprawiło, że doczytałam do końca tę książkę, to fakt, iż rozmówcy są ludźmi bardzo ciekawymi, zasłużonymi w edukacji osób ze specjalnymi potrzebami. Zanim po lekturze wstępu wróciłam do lektury, musiałam mentalnie odgrodzić się od tytułu książki, ponieważ nie ma on nic wspólnego ze szkołą, jaką zna większość z nas. Nie dowiemy się z niej absolutnie niczego o edukacji szkolnej, o problemach, z jakimi borykają się szkoły, o tym, co warto by zmienić, co doskwiera nauczycielom, rodzicom i przede wszystkim uczniom. Wręcz przeciwnie – gdzieś pomiędzy wierszami znajdziemy tylko krytykę, zarzuty i nieprawdę. Taki a nie inny dobór rozmówców sprawił, że treść zupełnie odjechała od tytułu i zamierzeń.

Bardzo przykra książka, strasznie nierzetelna. Zapamiętuję sobie tylko to, żeby nigdy PRZENIGDY nie traktować poważnie artykułów napisanych przez tę autorkę publikującą w Wyborczej. Najlepiej w ogóle ich nie czytać, żeby się nie denerwować.