Archiwa tagu: literatura faktu

Mam tę moc!

Pora na dwie książki, które przeczytałam niedawno.  Chociaż nie jestem adresatką tych opowieści, bo wiek nie ten,  to oprócz przyjemności z poznawania ciekawych postaci, szukam w nich również motywacji do pokonywania swoich ograniczeń. Idealne dla młodszych czytelniczek i czytelników, żeby motywować ich do działania, nauki, pracy nad sobą, dodawać odwagi i walczyć z brakiem pewności siebie. Niech nasze dzieci wiedzą, że świat stoi przed nimi otworem i głownie od nich zależy, jak pokierują swoim życiem.

Kosmiczne dziewczyny – Libby Jackson

Wydawnictwo Kobiece, 2018

Liczba stron: 144

Tłumaczenie: Ewa Borówka

Libby Jackson nigdy nie poleciała w kosmos, choć było to jej marzeniem. Zbliżyła się jednak do jego realizacji najbardziej jak to możliwe – została ekspertką w dziedzinie kosmologii i kierownikiem programu kosmicznego brytyjskiej Agencji Kosmicznej. W swojej książce opowiada o 50 kobietach, które wpłynęły na rozwój kosmologii oraz podróży kosmicznych. Wśród bohaterek są przedstawicielki wielu narodów, kosmonautki, fizyczki, badaczki, matematyczki, pilotki oblatywaczki i wiele innych. Każda z nich w zasadzie przez większość życia dążyła do tego, żeby pracować dla NASA czy innej narodowej agencji kosmicznej. To mądre kobiety, specjalistki w swoich dziedzinach, niejednokrotnie przewyższające swoją wiedzą i doświadczeniem mężczyzn, radzące sobie w zdominowanym przez nich środowisku. Wspaniała książka, pięknie ilustrowana i pokazująca, że marzenia można spełnić ciężką pracą. Czytajcie dziewczynkom, niech sięgają gwiazd!

Podróże w spódnicy. Damy, dziewuchy, dziewczyny – Anna Dziewit-Meller

Znak Emotikon, 2018

Liczba stron: 160

Podróżniczki w spódnicy. Żeby tylko w spódnicy! Wiele z nich wyruszało w drogę w krynolinie, gorsecie i kapeluszu z wielkim rondem. I gdy mówię, że wyruszały w drogę, to nie mam na myśli kawiarni na rogu czy zakupów na Piątej Alei. One naprawdę jeździły w świat – do dżungli, przez pustynie, a nawet dookoła świata. Autorka opisuje nietuzinkowe postacie, które mimo czasów niesprzyjających emancypacji kobiet, stawiały na swoim i spełniały marzenia o przygodach. Niektóre robiły to z ciekawości, inne prowadziły badania, jeszcze inne pragnęły udowodnić, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko się chce. W 1888 roku Nellie Bly, amerykańska dziennikarka, postanowiła okrążyć świat w czasie krótszym niż 80 dni (na wzór powieści Julesa Verne’a „W osiemdziesiąt dni dookoła świata). Jak sądzicie, czy jej się udało? To książka nie tylko dla dziewczyn, dla każdego dziecka, które marzy o dokonaniu czegoś wielkiego.

A co ja mam z tym wspólnego, Sacha Batthyany / Skarb pana Isakowitza, Danny Wattin

Zupełnym przypadkiem przeczytałam te książki w odstępie kilku tygodni. Pomyślałam, że warto o nich napisać w jednym poście, ponieważ poruszają ten sam temat, lecz traktują go zupełnie odmiennie. Oto mamy współczesnych Szweda i Austriaka, którzy mierzą się z tematem holocaustu, odbywają podróż i poznają historię swojej rodziny sprzed dwóch pokoleń. Jeden z nich jako potomek pomordowanych, drugi jako potomek nazistów.

WAB, 2015

Liczba stron: 256

Tłumaczenie: Ewelina Kmieciak

W nieortodoksyjnej żydowskiej rodzinie Wattinów od dawna mówiło się o skarbie dziadka Isakowitza, który został ukryty w Polsce, w miejscu z którego rodzina uciekała przez nazistami. Nikt nie zwracał uwagi na rodzinną legendę, dopóki nie dotarła do uszu  syna Danny’ego, który, jak to dziecko, zapragnął znaleźć skarb. Ostatecznie na wyprawę wyruszyły trzy pokolenia szwedzkiej odnogi rodziny – dziadek, ojciec i syn. Duża część tej książki to perypetie w podróży i słowne przepychanki pomiędzy dziadkiem (uprzedzonym do Polaków i do wszystkiego, czego nie zna) oraz synem, którym przede wszystkim kieruje ciekawość świata i otwarty umysł. Swary łagodzone są przez wnuka, który umiejętnie rozbraja tykającą bombę zbliżającej się kłótni. W międzyczasie Danny Wattin snuje opowieść o wojennych losach swoich przodków zmuszonych do emigracji, zaginionych w czasie wojny i tych, którzy przeżyli, lecz niewiele chcą mówić o traumie młodości. Gdy docierają na miejsce, stoją przed nimi kolejne wyzwania.

To ciepła, mimo poważnego tematu, napisana z humorem opowieść o ulotnej pamięci i o ratowaniu wspomnień, śladów, okruchów tamtych czasów. Autor dochodzi do wniosku, że dopiero, gdy sam został ojcem i osiągnął pewien wiek, jest w stanie docenić opowieści swoich babć i stryjów, których niezbyt chętnie słuchał jako młody człowiek. Wtedy wydawało mu się, że przeszłość była i minęła, teraz wie, że nie można od niej zapomnieć. Podróż do Polski to sentymentalna podróż w czasie, która przynosi zrozumienie, choć nie niesie ulgi.

Czytelnik, 2017

Liczba stron: 256

Tłumaczenie: Emilia Bielicka

Podtytuł tej książki brzmi: „Zbrodnia popełniona w marcu 1945 roku. Dzieje mojej rodziny”. Autor pewnego dnia przypadkowo trafia na artykuł, z którego dowiaduje się, że jego krewna, hrabina Margit Thyssen-Batthyany, w 1945 roku prawdopodobnie brała udział w zabawie w swoim pałacu, podczas której doszło do rozstrzelania transportu Żydów. Ta historia tkwi w nim jak cierń i chociaż znajomi zadają mu pytanie postawione w tytule „A co ty masz z tym wspólnego?”, dziennikarz postanawia przyjrzeć się sprawie i dotrzeć do tych, którzy mogli być świadkami zdarzeń. Sacha pamięta hrabinę, którą kilka razy odwiedził z rodzicami będąc dzieckiem i chociaż wie, że potomkowie nie ponoszą winy za czyny swoich ojców i przodków, czuje się fatalnie ze świadomością, że ktoś z jego rodziny przyłożył rękę do zagłady Żydów.

Radzi sobie poprzez działanie – kontaktuje się z daleką rodziną, objeżdża świat, żeby zebrać relacje i skonfrontować je ze swoim stanem wiedzy. Grzebie w rodzinnej historii, żeby poznać ją jak najlepiej, spotyka się z byłą więźniarką Auschwitz i konsultuje się z psychoanalitykiem. Czy dawne dzieje powinny obciążać sumienie osób urodzonych kilkadziesiąt lat po wojnie? Czy naprawdę nie da się odciąć od przeszłości i żyć swoim życiem? Okazuje się, że nie każdy potrafi, Sacha Batthyany potrzebuje na to czasu i wiedzy. Ta książka odpowiada o zderzeniu młodego współczesnego człowieka z demonami przeszłości. Poruszająca i ważna.

TED books – Syn terrorysty i Sztuka bezruchu

Książki z serii TED, jak pisze wydawca „są na tyle krótkie, że można je przeczytać za jednym posiedzeniem, ale na tyle długie, że pozwalają na pogłębione poznanie tematu. Ta różnorodna seria zawiera pozycje, których tematyka krąży od architektury do świata biznesu, od podróży w czasie do miłości, i doskonale nadaje się dla ciekawych świata wielbicieli czytania”. Każdej z nich towarzyszy kilkuminutowa prelekcja, którą można obejrzeć na YT.

Wydawnictwo Relacja, 2017

Liczba stron: 116

Tłumaczenie: Anna Rogozińska

Zak Ebrahim jest synem terrorysty pochodzenia egipskiego i Amerykanki, która przeszła na islam i poślubiła muzułmanina.  Gdy Zak miał kilka lat, jego ojciec trafił do więzienia w związku z zamachem, w którym zginął człowiek, a kilku zostało rannych.  W czasie odsiadywania kary ojciec brał udział w planowaniu pierwszego zamachu na World Trade Center. Zak, teraz już dorosły człowiek po przejściach, opowiada jak to jest być synem człowieka, który winny jest śmierci niewinnych ludzi. Cenę za działalność ojca poniosła bowiem przede wszystkim jego rodzina. Historia kończy się pięknym stwierdzeniem, że nienawiść do ludzi, w której chłopiec był wychowywany nie dała mu niczego dobrego. Odkąd nauczył się szanować wszystkich bez względu na wyznanie, orientację czy poglądy, jego życie stało się lepsze. Warto.

Warto też zwrócić uwagę na matkę autora – według mnie jej beznadziejna, bierna i naiwna postawa doprowadziła do wielu tragedii, jakie spotkały jej dzieci. Strasznie wkurzająca, pozbawiona własnego zdania baba zapatrzona raz w jedną, raz w inną religię.

Wydawnictwo Relacja, 2018

Liczba stron: 100

Tłumaczenie: Anna Rogozińska

Pico Iyer jest dziennikarzem, który dużo podróżuje i pisze o krajach, w których przebywa. W pewnym momencie dochodzi do wniosku, że podróżowanie, poznawanie świata i ludzi jest przereklamowane i nigdzie nie wypoczywa się lepiej jak w odosobnionym miejscu poza zgiełkiem. Za wzór stawia czytelnikom Leonarda Cohena, który na długie lata wycofał się z show businessu, by prowadzić proste życie mnicha. Według nie nie ma tu zbyt wielu odkrywczych uwag, bo kto na co dzień mieszka w dużym mieście, sam potrafi docenić chwile spędzone w naturze. Ponadto, czy to nie wkurzające, że o sztuce bezruchu piszą ci, którzy zwiedzili cały świat? To tak jakby miliarder opowiadał o tym, że pieniądze nic nie znaczą w życiu. Od razu nasuwa mi się pytanie, kiedy Pico Iyer wyruszy w kolejną podróż? Gdy zabraknie pieniędzy na życie w jednym miejscu czy gdy zabraknie bodźców i przebywanie w jednym miejscu zrobi się nudne? Nie dla cyników.

Człowiek, który wspina się na drzewa, James Aldred

Rebis, 2018

Liczba stron: 280

Tłumaczenie: Norbert Radomski

Długo musiałam się nagłówkować nad tym, po co dorosły człowiek miałby wspinać się na drzewa. Dzieciaka rozumiem, ale czterdziestoletni facet? Wariat? Nie, on ma taki zawód! James Aldred wspina się na drzewa, ponieważ instaluje na nich platformy i sprzęt niezbędny podczas kręcenia filmów przyrodniczych o życiu toczącym się na wysokości. Te drzewa to olbrzymy liczące po kilkadziesiąt metrów, a jego pracodawcami są między innymi National Geographic i BBC. Aldred współpracował również z najbardziej znanym prezenterem filmów o przyrodzie sir Davidem Attenborough.

Mogłoby się zdawać, że historia będzie nudna – facet wchodzi i schodzi, a jedyne, co się zmienia, to rodzaj drzewa i okolica. Nic bardziej mylnego! Autor opowiada o swoim pierwszym, przypadkowym wejściu na drzewo rosnące w okolicy rodzinnego domu i jak uratowało mu to zdrowie, a może nawet życie, a także o następnym, kiedy wraz z kolegami wybrał się na wspinaczkę na koronę ogromnego jak na angielskie warunki drzewa i po raz pierwszy skorzystał z uprzęży wspinaczkowej, karabińczyków i lin. Te dwa wejścia były kamieniami milowymi w jego życiu, które po niedługim czasie podporządkował swojemu niezwykłemu hobby. To, co wydawało się zwykłym wygłupem, stało się nie tylko jego największą pasją, lecz także pełnoetatową pracą. Dzięki niej mógł wspiąć się na najpotężniejsze gatunki drzew porastające naszą planetę i przeżyć setki przygód, doznać niezliczonych wzruszeń i… kilkakrotnie otrzeć się o śmierć.

Ta praca wiąże się z duży ryzykiem, lecz myli się ten, kto jako najważniejsze zagrożenie poda upadek z drzewa. To również może się przydarzyć, ale raczej nie tak doświadczonemu człowiekowi, który niejedną noc spędził kilkadziesiąt metrów nad ziemią w hamaku rozpiętym pomiędzy gałęziami. Największym zagrożeniem jest sama dżungla lub las deszczowy  i zamieszkujące w nich  gatunki owadów i zwierząt. Przygotowanie ujęcia (trwającego czasem kilkanaście sekund) zajmuje całe tygodnie. Wybór odpowiedniego drzewa i montaż urządzeń w nieustającym deszczu, mogą dać w kość największemu twardzielowi. Gdy dodamy do tego atakujące pszczoły, jadowite węże, ogromne ptaki broniące swoich gniazd, komary roznoszące malarię, wszystko to, co chce człowieka pożreć lub pokonać, okazuje się, że ta praca wcale nie jest aż tak przyjemna. Nagrodą za wszelkie trudy jest satysfakcja z dobrze wykonanej roboty, nieziemskie widoki rozciągające się ponad koronami drzew oraz obcowanie w naturą w najbardziej intymny sposób.

Aldred podzielił książkę na rozdziały, co jest bardzo dobrym zabiegiem. Każdy z nich opowiada bowiem o innym drzewie, położonym w jakimś zakątku świata oraz o przyjemnych i nieprzyjemnych zdarzeniach, do których doszło podczas pracy w danym regionie. Pisze językiem prostym i zrozumiałym  – pojawiają się jakieś fachowe określenia, ale nie ma ich wiele i średnio rozgarnięty człowiek jest w stanie domyślić się, o co chodzi bez potrzeby zaglądania do słownika. Przebywanie wysoko ponad ziemią, bliskie spotkania z rzadkimi zwierzętami, poczucie bliskości z przyrodą mogłyby zaowocować wysypem złotych myśli w stylu Coelho lub niestrawnymi, pompatycznymi frazami z pogranicza religii i new age. Uff, Aldred mimo tego, że zawodowo często buja między obłokami, jako pisarz stąpa mocno po ziemi. Nie przybiera tonu moralizatorskiego, nie uderza w wysokie tony i nie zasypuje nas natchnionymi i niestrawnymi frazesami. Brawo!

Nie przypuszczałam, że książkę o wspinaniu się na drzewa przeczytam z taką uwagą, przyjemnością i satysfakcją z lektury. Niedługo pojawi się w sprzedaży, nie pozwólcie jej przemknąć niezauważonej.

Zaginione miasto Z, David Grann

WAB, 2018

Liczba stron: 448

Tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska

Aż trudno w to uwierzyć, że na początku XX wieku wciąż były białe plamy na mapie świata. Wiele z nich znajdowało się w Ameryce Południowej, a największą zagadką były amazońskie dżungle. Gdy trochę przeminął szał na ekspedycje polarne, podróżnicy wzięli się za wyprawy w tropiki.  Panowała tam spora konkurencja, a poszczególne wyprawy strzegły swoich sekretów. Jednym z najbardziej tajemniczych eksploratorów dżungli był Percy Fawcett, brytyjski wojskowy, oficer artylerii, który w pewnym momencie swojego życia postanowił zrobić coś niezwykłego.

Fawcett był dobrze przygotowany do podróży do Amazonii, znał się na przyrządach i miał niezwykłą odporność. Jako jeden z nielicznych, być może jedyny, posługiwał się narzeczami plemion zamieszkujących dorzecza Amazonki. Umiał się odpowiednio zachować i zjednywał sobie przychylność tubylców,  zwykle niezbyt przyjaźnie nastawionych do białych, którzy kojarzyli im się z bezsensowną przemocą. Po kilku podróżach w głąb dżungli Fawcett zapragnął odnaleźć miasto ze świątynią, które nazywał miastem Z. By nikt go nie ubiegł, zacierał za sobą ślady, nie podawał żadnych współrzędnych, a na wyprawę zabrał tylko najstarszego syna i jego przyjaciela. Niestety, nie są znane losy tej wyprawy, a tajemnica zaginięcia Fawcetta wciąż nurtuje poszukiwaczy. Jego tropem ruszyło wielu podróżników, wielu nie wróciło już z dżungli. David Grann zapragnął sprawdzić, co mogło stać się z podróżnikami i czy udało im się odnaleźć miasto Z. Zanim dotarł do Amazonii, przeprowadził śledztwo w archiwach i dotarł do potomków sławnego podróżnika.

Ależ to się świetnie czyta! Grann odwalił dużo mozolnej, nudnej papierkowej roboty i to, czego się dowiedział opisał w sposób nie tylko znośny, lecz wręcz fascynujący. Poznajemy osobowość Percy’ego Fawcetta, widzimy zmiany, jakie zachodzą w tym mało znaczącym oficerze, gdy postanawia stać się podróżnikiem, obserwujemy również jego relacje z innymi i najbliższą rodziną. Zaczynamy rozumieć jego obsesję na punkcie Amazonii, tam człowiek, zwłaszcza człowiek epoki wiktoriańskiej, może wreszcie być sobą, poluzować krawat i zdjąć białą koszulę. Do przodu gnało go nie tylko pragnienie odnalezienia Eldorado z jego legendarnymi bogactwami, lecz także nadzieja na zapisanie się w historii, Opisy trudów amazońskich ekspedycji oraz wyborów, jakie musiał podejmować przywódca grupy pozostaną długo w mej pamięci. Dawno żadna książka mnie tak nie zaciekawiła. I dawno nie dałam żadnej książce tak wysokiej oceny.