Archiwa tagu: literatura francuska

Cheri, Sidonie Gabrielle Colette

WAB, 2010

Liczba stron: 236

Nie pamiętam już jak to jest, gdy się człowiek nudzi. Zdanie „nudzi mi się” wypadło z mojego słownika, a gdy słyszę te słowa u innych osób mój poziom agresji zaczyna przekraczać stan alarmowy. Bo jakże można się nudzić gdy tyle jest ciekawych rzeczy na świecie? Książka Colette to książka o znudzonych paniach i zblazowanym młodzieńcu. Nic więc dziwnego, że jej treść powodowała u mnie nerwowe zgrzyty uzębienia. Jednak psychologiczna głębia i dystans z jakim napisana jest ta powieść sprawiły, że zatopiłam się w lekturze.

Panie, o których pisałam powyżej, to luksusowe zamożne metresy, nie pierwszej już młodości. Lea cieszy się bliskością swojego młodego kochanka. Siedmioletni związek z Cheri, synem jej przyjaciółki daje jej więcej niż poprzednie związki. To Lea utrzymuje młodzieńca, dba o jego wszystkie potrzeby, zastępuje mu matkę, szkołę, kochankę. Sama spełnia się we wszystkich tych rolach i w zasadzie nie potrzeba jej już nic innego. Kiedy matka Cheriego podejmuje decyzję o jego ślubie z młodziutką Edmee, Lea życzy Cheriemu szczęścia, a sama znika na południu Francji by lizać rany po utracie kochanka. Dopiero rozłąka uświadamia jej i jemu jak wiele dla siebie znaczyli…

A co z tą nudą? Jedynymi zajęciami tych obiboków jest podejmowanie decyzji kiedy ma zjawić się manicurzystka i fryzjerka. Snują się od okna do okna, zerkają w lustra, wylegują się w łóżku, wychodzą na konwencjonalne spotkania z nielubianymi znajomymi i wciąż narzekają na zbyt wolno płynący czas. I żeby jeszcze byli w utyskiwaniu na czas konsekwentni, ale nie – czas płynący powoli podczas długich aktów „nic-nie-robienia”, zmienia się we wroga, gdy okazuje się, że jego upływ nie przysparza Lei ani urody, ani świeżości…

Starzenie się jest poważnym problemem kochanki Cheriego. Różnica wieku wynosząca 24 lata wcale nie działa na jej korzyść. Kobieta przekonuje się o tym, gdy jej młody kochanek dostrzega podwójny podbródek i pomarszczoną szyję, co uświadamia mu jak bardzo jego tęsknota wypaczyła obraz byłej partnerki. Wreszcie Cheri zaczyna rozumieć, iż przyszedł czas na bycie dorosłym, podejmowanie decyzji i bycie odpowiedzialnym za drugiego człowieka – w tym przypadku młodą i cierpliwą żonę. Zatem powieść „Cheri” to powieść także o starzeniu się i dojrzewaniu.

Zastanawiam się czy wydanie książki w latach dwudziestych ubiegłego wieku stało się skandalem, czy może czytelnicy już wtedy nie szokowali się romansem byłej kurtyzany i o połowę młodszego rozpieszczonego młodzieńca.

Wyspa kanibali, Nicolas Werth

Znak literanova, 2011

Liczba stron: 290

Lata trzydzieste w Związku Radzieckim przebiegały bardzo burzliwie. Wpływ na procesy społeczne wówczas zachodzące miała przede wszystkim polityka Stalina narzucająca rolnikom powszechną kolektywizację, wysokie normy produkcji przekraczające ich możliwości oraz proces oczyszczania dużych miast z „elementów zdeklasowanych i szkodliwych społecznie”. Kto zaliczał się do tego niechlubnego grona? Przede wszystkim tzw. kułacy, którzy wywodzili się głównie z byłych posiadaczy ziemskich, osoby zajmujące się handlem, osoby bez stałego meldunku, byli przestępcy, włóczędzy, żebracy. Wszystkie te osoby przymusowo wywożone były na tereny Syberii, by osiedlać nieprzyjazne okolice. Nie trzeba dodawać chyba, iż tak ogromne przedsięwzięcie było skazane na porażkę.

Przesiedleńcom nie zapewniono najbardziej niezbędnych narzędzi, żywności, ciepłych ubrań. Spiętrzały się problemy logistyczne w obozach pośrednich, z których wysyłano transporty w głąb kraju.  Na skutek zaniedbań wiele osób zapadało na choroby, umierało z głodu, chłodu i wycieńczenia. Ci, którzy dotarli na miejsce przeznaczenia byli albo zbyt słabi by zająć się stawianiem baraków i organizowaniem obozowiska w środku lasu, albo też brakowało im do tego motywacji. Wielu próbowało uciec, inni koczowali w ziemiankach, licząc na opiekę państwa, które skazało ich na pobyt w syberyjskiej tajdze. Służby odpowiedzialne na miejscu za logistykę i wyposażenie osiedleńców w niezbędny sprzęt były niezbyt liczne, brakowało im autorytetu, naglił czas, kolejne przybywające z Moskwy i Leningradu transporty z tysiącami wygnańców zawężały pole działania. Wszystko to złożyło się na przyczyny tragedii, do której doszło na wyspie Nazino – od 1933 roku nazywanej Wyspą Kanibali.

Grupa ponad 6 tysięcy osób została przewieziona na niewielką wyspę na rzece Ob bez odpowiedniego zaopatrzenia w żywność, leki, ciepłe ubrania czy sprzęt niezbędny do postawienia baraków zapewniających dach nad głową. Spadająca poniżej zera temperatura, brak dostępu do żywności, nieudolność strażników oraz szerząca się anarchia doprowadziły do zachowań nieludzkich na wyspie. Oprócz aktów kanibalizmu, do których dopuszczali się wycieńczeni ludzie, dochodziło do samosądów, a także nadużywania władzy przez wyposażonych w karabiny i pistolety nielicznych strażników.

W czasie lektury nie sposób nie myśleć o nieludzkiej machinie władzy, która nie dość, że wysysała z ludzi wszystkie siły i środki, to jeszcze dopuszczała do sytuacji, w których życie człowieka nie miało najmniejszego znaczenia. Najważniejsze w tym kraju były i są normy, które należy wykonać, a najlepiej przekroczyć. Absurdalne i horrendalne są fragmenty dotyczące odgórnie narzuconych norm dotyczących likwidacji „elementów niepożądanych”. Nadgorliwi wykonawcy egzekucji częstokroć zwracali się do przełożonych z prośbą o zwiększenie norm. Podobnie było w przypadku oczyszczania miast z niechcianych tam mieszkańców – aby sprostać normom organizowano regularne łapanki, w wyniku których deportowano dzieci, przyjezdnych, czy osoby, które nie zabrały ze sobą dokumentu potwierdzającego tożsamość. Człowiek w ZSRR nie znaczył wiele, na pewno nawet w połowie nie był tak ważny jak górnolotne a niewykonalne plany polityków. To smutna ale prawdziwa książka, rzetelnie udokumentowana pod względem historycznym. Obnaża mechanizmy władzy, pokazuje w jaki sposób budowane było imperium radzieckie i pośrednio wskazuje przyczyny upadku Związku Radzieckiego.

Ja, Tituba, czarownica z Salem, Maryse Conde

Wydawnictwo W.A.B., 2007

Liczba stron: 281

Nie tak dawno odgrażałam się, że chyba przestanę czytać książki z Serii z miotłą, ponieważ prawie wszystkie dotyczą przemocy wobec kobiet. Zachęcona zostałam w komentarzach do lektury „Tituby”, ponieważ według komentujących, książka ta ujmuje temat w sposób mniej drastyczny. Rzeczywiście okazało się to prawdą, chociaż tematyka powieści daleka jest od lekkości czy trywialności.

Tituba urodziła się na Barbadosie w siedemnastym wieku, kiedy to brytyjscy koloniści zaczęli podbijać kontynent amerykański. Tituba była córką niewolnicy i białego człowieka. Gdy dziewczynka miała kilka lat, jej matka została powieszona za podniesienie ręki na białego człowieka, kiedy ten chciał ją zgwałcić. Po egzekucji, dziecko wychowywane była przez obcą kobietę, która za swojego życia starała się nauczyć Titubę jak najwięcej o mocy roślin, zwierząt oraz o tym jak sprawić, by duchy przodków pomagały w doczesnym świecie. Ze względu na nietypowy kolor skóry oraz przypisywane Titubie cechy czarownicy, żyła na uboczu wsi, nie niepokojona przez innych, chyba, że chorych lub proszących o radę. Samotność jednak znudziła się Titubie i postanowiła związać się z mężczyzną, który był niewolnikiem i pracował w domu samotnej wdowy.

Niewolnictwo, które Tituba sama na siebie nałożyła idąc za głosem serca oraz pożądaniem, niestety przyniosło ze sobą fatalne dla niej skutki. Społeczeństwo purytańskie w sposób bezwzględny wymuszało na niewolnikach posłuszeństwo oraz całkowitą ascezę. Ponadto odznaczało się niepojętą dla prostej czarnej kobiety hipokryzją. Największych upokorzeń oraz niegodziwości Tituba zaznała za oceanem, w okolicach Bostonu, gdzie przeniosła wraz z mężem i kolejnym ich właścicielem – bezdusznym pastorem i jego rodziną.

Autorka przedstawia losy niewolników w pruderyjnym, bogobojnym, a jednocześnie okrutnym społeczeństwie purytanów. Słynne już procesy z Salem przedstawione są w książce z punktu widzenia samej oskarżonej o konszachty z diabłem. Tituba zupełnie nie rozumiała o co jest oskarżona, ponieważ nie była w stanie pojąć mentalności chrześcijan, grożących sobie nawzajem ogniem piekielnym, potępieniem i szatanem.

Losy Tituby od jej narodzin aż do śmierci pokazują jak łatwo dać się zniewolić i jak trudno uwolnić się od jarzma. Tituba kierując się w życiu miłością i dobrem, stała się ofiarą zarówno dla swojego obłudnego męża, jak i białych ludzi, z którymi starała się żyć w harmonii, a także nieznajomych, którzy oceniali ją po wyglądzie oraz wierząc pogłoskom, jakoby niewolnica ta zaprzedała się diabłu. Mimo dość przygnębiającej tematyki, książka warta jest przeczytania, szczególnie polecam ją osobom, które lubią czytać ludzkie zawikłane historie osadzone w realiach historycznych.

Dla was, Dominique Mainard

Muza SA, 2011

Liczba stron: 279

Historia Delphine M. zaczyna się banalnie. Zmuszona przez okoliczności w wieku lat szesnastu musi starać się o pracę. Wykonuje proste prace porządkowe, wyprowadza psy, zajmuje się staruszkami i dziećmi. Pieniędzy starcza na bieżące potrzeby. Wraz ze zleceniem u starszej zamożnej i samotnej kobiety – pani Derovitski, zmienia się światopogląd Delphine. Zmienia się ona sama. Za sprawą zleceniodawczyni dziewczyna zapisuje się na kursy czytania i pisania, przychodzi do starszej pani codziennie, a przed jej znajomymi odgrywa rolę córki, za którą pani Derovitski tęskni. Udawanie innej osoby wskazuje Delphine drogę, którą powinna obrać.

Otwiera agencję „Dla was”, która świadczy nietypowe usługi. W wyznaczonych, umówionych godzinach Delphine lub któryś z jej współpracowników, spełnia marzenia opuszczonych kochanków, stęsknionych staruszków. Za wszystkie te zlecenia pobiera sowite wynagrodzenie. Niestety, działalność „Dla was” budzi spore zastrzeżenia natury moralnej – do czego może posunąć się Delphine? Czy swoim chłodnym, profesjonalnym zachowaniem pomaga czy rani uczucia osób, które się do niej zwracają? Jej relacje z klientami są wyzbyte wszelkiego współczucia, Delphine sprowadza swoją rolę do wykonawcy usługi, odgradzając się ogromnym murem od emocji, którymi kipią osoby szukające u niej ulgi. Sama nie zdaje sobie sprawy z tego kim się stała – kamieniem, zamkniętą ostrygą, która cała oddaje się pracy, ale nie widzi w niej niczego więcej, jak tylko źródła dochodów.

Oczywiście można by dyskutować nad tym, że trudne życie tak ukształtowało Delphine, że brak zainteresowania ze strony najbliższch przełożył się na oschłość jej kontaktów w dorosłym życiu. Można by także stanąć murem za Delphine i bronić jej zaciekle, iż samotność rekompensowała sobie zarobkami i marzeniami o powiększeniu agencji i przeniesieniu jej do lepszej dzielnicy. Tylko co z tego, skoro sama zainteresowana na pewno nie chciałaby, aby ktoś za nią się ujął – przyzwyczajona do samodzielności, samotności i swojego indywidualizmu, nikogo nie dopuszcza do swoich licznych sekretów i do swojego serca. Do czasu. Nieznajomy, który pojawia się u niej z kilkoma zeszytami z prośbą o ich przepisanie wzbudza w niej lawinę uczuć – od strachu, poprzez fascynację aż po miłość. Co Delphine zrobi z tym nagłym przypływem uczuć?

Ostatnio wybieram ze stosów książek zgromadzonych w domu, właśnie takie, które stawiają przede mną pytania natury moralnej i etycznej. „Dla was” okazała się także taką książką. Choć liczyłam bardziej na rozrywkę, to szybko dałam się ponieść powieści mocno grającej na emocjach, chociaż napisanej w bardzo stonowany sposób. Opowiadanej szeptem, tak jak zdradza się najbliższemu swoje sekrety. Z biegiem fabuły coraz więcej sekretów Delphine wychodzi na jaw, a wraz z nimi zmienia się stosunek czytelnika do głównej bohaterki. Z podziwu, poprzez pogardę do współczucia. Zamykając książkę współczułam jej, że tak bardzo zatraciła się, w tym, co robiła, że zgubiła po drodze człowieczeństwo i ludzkie odruchy, a w rezultacie przegrała dużą część swojego życia.

Trzy cienie, Cyril Pedrosa

19

Kultura Gniewu, 2009

Liczba stron: 272

Mały Joachim mieszka z rodzicami gdzieś w krainie, gdzie dni mijają szczęśliwie. Rodzina obdarza się wzajemną miłością, czułością i ciepłem. Wszyscy troje chętnie spędzają wspólnie czas odpoczywając i pracując. Pewnej nocy sielanka zostaje zaburzona poprzez pojawienie się trzech cieni na wzgórzach nieopodal domu. Joachim wyczuwa niebezpieczeństwo z ich strony. Jego matka udaje się więc do miasta, by tam dowiedzieć się jakiego rodzaju niebezpieczeństwo zagraża jej rodzinie. Okazuje się, że cienie chcą zabrać dziecko. Ich pojawienie się jest nieodwołalne, nieuchronne i niczego nie można zrobić, by uchronić małego Joachima. Pogrążona w żalu, ale pogodzona z losem matka wraca do rodziny, by przekazać mężowi tę smutną wiadomość.

Ojciec nie potrafi przyjąć tej wiadomości w taki sposób, jak matka dziecka. Postanawia za wszelką cenę chronić życie syna. Pełen buntu i złości wyrusza z synem w daleką podróż, podczas której gotów jest do wszelkich i ostatecznych poświęceń by tylko uratować Joachima.

To przepiękna, wzruszająca opowieść o stracie, cierpieniu, próbach oszukania przeznaczenia, a wreszcie o pogodzeniu się z losem. Komiks może być czytany przez młodszych czytelników ukazując tylko jedno swoje oblicze – pełną perypetii ucieczkę ojca i syna przed trzema tajemniczymi cieniami. Drugie, metaforyczne dno ujawnia się przed starszym czytelnikiem, pokazując ogrom starań rodziców, by uchronić dziecko przed zbliżającą się śmiercią. Rozpacz, dramat i pogoń za bezpiecznym schronieniem bardzo poruszają. To jeden z piękniejszych komiksów, jaki udało mi się ostatnio przeczytać.