Archiwa tagu: literatura islandzka

Miasteczko w Islandii, Gudmundur Andri Thorsson

miasteczko-w-islandiiWielka Litera, 2017

Liczba stron: 190

Tłumaczenie: Jacek Godek

Małe miasteczka  są miejscem, w którym można czuć się bezpiecznie – każdy każdego zna, sąsiedzi mają się nawzajem na oku, nikt nie jest anonimowy. Z drugiej strony, taka ciągła obserwacja, brak prywatności mogą być obciążające. Tym bardziej, że życie innych jest często tematem rozmów prowadzonych półgłosem lub całkiem otwarcie.

W tej książce opisano jedno popołudnie z życia miasteczka – oglądamy je oczami mieszkańców kilku domów. Nicią łączącą wszystkie historie jest przejeżdżająca rowerem dyrygentka miejscowego chóru, zmierzająca na próbę przed wieczornym występem. Kobieta z różnych powodów przyciąga wszystkie spojrzenia – później okazuje się, że jest jedną z osób z najbardziej skomplikowaną i tragiczną przeszłością. Zanim jednak dotrzemy do miejsca, gdzie czeka na nas opowieść o niej, przysłuchujemy się rozmowom wielu ludzi. Wiele osób porusza temat kryzysu finansowego, na jaki narazili kraj bankowcy, a który odbił się na praktycznie każdym aspekcie życia w Islandii. Obserwujemy nieszczęśliwie zakochanych, zawiedzionych, zrozpaczonych, opuszczonych, pozbawionych nadziei. W zasadzie w każdym mieszkańcu miasteczka jest jakaś zadra, jakiś niezaleczony ból. W związku z tym „Miasteczko w Islandii” to nie jest sielska czytanka, lecz raczej smutny obraz kondycji człowieka.

Podczas lektury miałam skojarzenia z „Olive Kitteridge” autorstwa Elizabeth Strout, która w podobny sposób przedstawiła problemy miasteczka. U islandzkiego pisarza zabrakło mi jednak czegoś, co mocniej scaliłoby obraz mieszkańców, czegoś charakterystycznego dla każdego z nich, czegoś, co odróżniałoby poszczególnych, pojawiających się na krótką chwilę bohaterów. Nie jest to zatem książka, która na długo zapisze się w pamięci, raczej taki przerywnik między innymi lekturami, dzięki któremu spędzimy wieczór dumając nad uniwersalnością ludzkich problemów.

Niebo i piekło, Jon Kalman Stefansson

W.A.B., 2011

Liczba stron: 224

Daleka północ. Niewielka islandzka osada rybacka. Przetrwanie zależy od umiejętności radzenia sobie z siłami natury. Groźny jest zasypany śniegiem i smagany wiatrem ląd, niebezpieczeństwo czyha na ludzi również na wodzie, gdzie trzeba mierzyć się z wichurami, prądami morskimi i nieprzewidywalnością pogody.

Powieść skupia się na dwóch nastoletnich chłopcach. Ten starszy, Baldur, zakochany jest w książkach, które w ich okolicy są towarem deficytowym i żeby jakąś zdobyć, trzeba udać się do miasteczka, zaprzyjaźnić ze starym wilkiem morskim i pożyczyć od niego wybrany tom. Młodszy chłopak zapatrzony jest w przyjaciela, z którym snują wspólne plany przyszłych przygód i podboju świata. Gdy pewnego dnia Baldur ginie na morzu, drugiemu wali się świat. Pierwsze, co robi, to rusza w ryzykowną wędrówkę do miasteczka, żeby oddać książkę, która pośrednio przyczyniła się do śmierci jego przyjaciela.

„Niebo i piekło” to powieść o przemijaniu i bezsilności. Jest nieco klaustrofobiczna, ponieważ dotyczy odciętej od świata społeczności, która rządzi się swoimi prawami. To również książka o marzeniach, które prawie nigdy się nie spełniają i ludziach, którzy pragną uciec przed swoim przeznaczeniem. Karty tej powieści zaludniają nietuzinkowe postacie. Surowe krajobrazy, opisy ekstremalnej pogody oraz trudu życia w takim miejscu, nadają wszystkim wydarzeniom szczególnego znaczenia. Jeśli dołożymy do tego piękny, niemalże liczny język, okazuje się, że można garściami czerpać z książki mądrości życiowe, które nie trącą banałem.

Trzeci znak, Yrsa Sigurdardottir

Muza SA, 2006

Liczba stron: 382

W przypadku powieści kryminalnych Yrsy Sigurdardottir z prawniczką Thorą w roli głównej nie zachowałam chronologii czytania. Czytam, co mi w ręce wpadnie, nie przejmując się zbytnio wątkami pobocznymi, czyli jej rodzinnymi i sercowymi perypetiami, choć te są dość niezwykłe. Na myśli mam fakt, że Thora bardzo szybko została babcią, a jej nastoletni syn, jego dziewczyna i ich dziecko są barwnymi postaciami. W tej, pierwszej części cyklu, Thora dowiaduje się, co nawywijał jej nieletni syn. Jednocześnie prawniczce spadają na głowę inne problemy – użeranie się z byłym mężem, brak pieniędzy, trudna sprawa o morderstwo, którą przyjęła nie mając doświadczenia, lecz mając poważny problem finansowy. To właśnie wspomniane morderstwo znajduje się w centrum uwagi.

Na uniwersytecie zostaje zamordowany student z Niemiec. Stan zwłok oraz zakres zainteresowań zmarłego mogą świadczyć o zbrodni rytualnej. Na domiar złego, Niemiec był bardzo bogaty, zażywał narkotyki i interesował się czarną magią. Krąg jego islandzkich znajomych to postacie niesympatyczne. Jego rodzina natomiast jest bardzo wyniosła i oschła. Thora musi znaleźć mordercę w czym pomaga jej pełnomocnik rodziny zmarłego. Przed nimi mnóstwo pracy, ponieważ nie mają co liczyć na policję, która zadowoliła się zamknięciem pierwszej osoby spośród znajomych Niemca, która nie mogła przedstawić alibi. Aby dotrzeć do mordercy należy odpowiedzieć sobie na pytania czy śmierć studenta miała coś wspólnego z rytuałami, którym się poddawał, przedmiotem jego studiów, czy może dotyczyła spraw bardziej przyziemnych.

Dzięki temu, że autorka posłużyła się elementami islandzkich legend oraz faktami historycznymi dotyczącymi prześladowania czarownic, inkwizycji i religii, otrzymaliśmy skomplikowaną i zaskakującą fabułę. Nie jest to w żaden sposób naciągane, ponieważ sprawa dotyczy kolekcjonerów oraz studentów badających historię inkwizycji. W tle wciąż majaczy dziwna rodzina zmarłego oraz nieprzeniknione tajemnice, które skrywa. Długo byłam zwodzona na manowce i nie mogłam domyślić się, kto najbardziej korzystał na uśmierceniu Niemca, w związku z czym jestem zadowolona z lektury. Co chwilę obstawiałam innego sprawcę, co świadczy o tym, że książka została sprawnie napisana, a autorka skutecznie poukrywała ślady i dowody winy. Wam również polecam zapoznanie się z twórczością Yrsy Sigurdardottir. Ja natomiast muszę sprawdzić czy mam jeszcze jakąś część cyklu w zanadrzu.

Kobieta w 1000C, Hallgrimur Helgason

Znak, 2013

Liczba stron: 432

Są takie książki, które wprost machają do mnie z półki. Nie znam autora, nie wiem o czym książka jest, ale mam pełną świadomość, że ta książka chce, żebym ją przeczytała i jeśli jej nie kupię, gotowa jest spaść mi na głowę przy najbliższej wizycie w księgarni. Podobnie było z „Kobietą w 1000°C”. Ostatecznie, okazało się, że autor nie był mi zupełnie obcy, ponieważ kilka lat temu kupiłam inną wydaną u nas książkę Helgasona. Zanim zaczęłam czytać, tylko pobieżnie zerknęłam na opis na okładce i zdałam się na opowiedzianą historię.

Narratorką i centralną postacią jest umierająca Herra, osiemdziesięcioletnia wnuczka pierwszego prezydenta Islandii. Kobieta opuszczona, samotna, schorowana, mieszkająca w garażu u obcych ludzi, połączona ze światem laptopem z szybkim internetowym łączem. Myli się ten, kto podejrzewa ją o depresję i załamanie. Herra, chociaż osobiście zarezerwowała już sobie spalanie w krematorium, wciąż jeszcze flirtuje z wirtualnymi kochankami oraz spisuje historię swojego niezwykłego życia, w które wdarła się druga wojna światowa, dokonując spustoszenia, lecz nie załamując młodej wówczas dziewczyny.

Narracja nie jest prowadzona liniowo, lecz tkana z fragmentów wspomnień, przeplatanych opisem niedomagań Herry i związanych z nimi problemów w codziennym życiu. Autor we wstępie przyznaje się, że opowiadając tę historię dał się chwilami ponieść wodzom fantazji, ubarwiając wydarzenia i wypełniając luki tym, co podpowiadała mu wyobraźnia. Nie można jednak odmówić talentu pisarzowi. Z burzliwego życia tej pozbawionej złudzeń i mocno stąpającej po ziemi kobiety, która nie była wzorem cnotliwości ani macierzyństwa, utkał powieść, którą czyta się doskonale i z wypiekami na twarzy. Niektórzy nazwali Herrę wzorem feministki, choć to chyba nie do końca tak jest. To, jaka stała się ta Islandka z biegiem czasu, było wynikiem niefortunnych decyzji jej rodziców oraz okrucieństwa, jakiego doświadczyła podczas samotnej wędrówki po ogarniętej wojną Europie.

Książka doskonała. Wywołująca i uśmiech, i dreszcz przerażenia. Jeśli lubicie niecukierkowe opowieści bez happy endu, polubicie Herrę i jej niesamowitą opowieść.

Statek śmierci, Yrsa Sigurdardottir

Muza SA, 2013

Liczba stron: 336

Trochę się obawiałam tej książki – nie chciałam czytać kolejnej powieści Yrsy o duchach. A opis z okładki był bardzo niejednoznaczny. Bo jak tu wyjaśnić zdarzenia, do których doszło na luksusowym jachcie, który przybił do wybrzeża niczym statek widmo – nie było na nim ani pasażerów ani załogi.

Jacht należący do milionera oraz jego islandzkiej młodej żony-celebrytki został zajęty przez bank i miał zostać sprowadzony z Portugalii do Islandii. Sprawą jachtu zajmował się Egir – pracownik banku, który przy okazji zrobił wakacje dla siebie, dla żony i ośmioletnich bliźniaczek. Kiedy okazało się, że wszyscy pasażerowie zaginęli bez śladu, rodzice Egira zwrócili się do Thory, aby pomogła im w sprawach spadkowych oraz w kwestii opieki nad najmłodszą, dwuletnią córeczką zaginionej pary. Aby dowieść przed sądem, że małżeństwo się nie ulotniło, musi dotrzeć do prawdy o tym, co wydarzyło się podczas kilkudniowego rejsu.

Uff, na szczęście w sprawę nie były zamieszane duchy i wszystko udało się wyjaśnić w logiczny sposób. Thora wiedziona instynktem i wspomagana przez bezpośrednią i wygadaną sekretarkę Bellę, poskładała do kupy strzępki informacji i zdołała zrekonstruować przebieg dramatycznych wydarzeń, które doprowadziły do tego, że do brzegu przybiła jednostka nie sterowana przez człowieka.

Przez cały czas zastanawiałam się jak autorka wybrnie z sytuacji i w jaki sposób zakończy tę intrygę. Okazało się, że wyszło bardzo zgrabnie i przekonująco. Poza tym, udało jej się mnie zwieść, bo obstawiałam inny przebieg wypadków i innego mordercę. Jeśli szukacie wciągającego kryminału, koniecznie zaopatrzcie się w „Statek śmierci”. Radziłabym jednak nie zaczynać lektury wieczorem, bo ta jest wyjątkowo wciągająca i trzymająca w napięciu – ani się obejrzycie jak zastanie was świt.