Archiwa tagu: literatura kanadyjska

Dotyk, Alexi Zentner

Wiatr od Morza, 2013

Liczba stron: 207

„Dotyk” jest debiutem tego autora – wspominam o tym, bo aż trudno uwierzyć, żeby debiutant napisał tak dojrzałą książkę o głęboko zapadającym w pamięć przekazie. Powieść mrożącą krew w żyłach opisami kanadyjskich zim i podgrzewającą temperaturę żarem ludzkich emocji. Jeśli dodam, że przy tym autor tworzy malownicze i zapadające w pamięć obrazy, reszta mojej opinii nie powinna być już Wam potrzebna do podjęcia decyzji o zakupie tej książki.

Narratorem jest pastor, który wraz ze swoją rodziną przybył do swojego rodzinnego domu na dalekiej północy, aby pożegnać się z umierającą matką i przejąć obowiązki swojego ojczyma, również pastora. Pobyt w miejscu, gdzie się wychował, wywołuje w nim falę wspomnień. Jednak niewiele myśli o swoim dzieciństwie, na które cieniem położyła się ogromna tragedia. Wraca pamięcią do czasu, kiedy poznał swojego dziadka i przeżytych z nim chwil. Spotkanie z nestorem rodu i założycielem osady wywiera ogromne wrażenie na wówczas nastoletnim chłopcu. A opowiedziane przez dziadka dramatyczne historie otula mgiełka magii, która takim odizolowanym społecznościom pomaga wytłumaczyć to, co niewytłumaczalne.

Szczypta realizmu magicznego oraz okrutna, bezlitosna natura będąca przyczyną wielu nieszczęść i osobistych tragedii są nie tylko tłem, lecz także pełnoprawnymi bohaterkami powieści. A jej głównym tematem są: życie małej społeczności w oddalonej od cywilizacji osadzie w puszczy, ciężka praca przy wyrębie drzew lub w kopalniach złota oraz mieszkańcy, którzy niekoniecznie pragną osiąść tam na stałe, choć zwabieni blaskiem kruszcu napływają z wielu stron świata. A życie tam to trud, niekończące się tragedie, które wstrząsają miasteczkiem, lecz tak naprawdę niczego nie zmieniają. Rytm życia wyznaczają tam pory roku. Lecz paradoksalnie to nie ciężkie warunki stają się przyczyną największej tragedii, lecz ludzka zawiść, której skutki wpłyną na losy kolejnych pokoleń rodziny założyciela osady.

Jest to powieść, która pochłania w stu procentach, zagarnia nasz czas, myśli i podświadomość. Śni się po nocach i rysuje przed oczami zaśnieżone obrazy puszczy i zasypanego śniegiem miasteczka. Choć objętościowo niewielka, niesie ze sobą moc emocji i przenosi do innego świata – ubogiego w dobra materialne lecz pełnego namiętności świata osadników żyjących w kanadyjskiej puszczy ponad sto lat temu.

Zatrute ciasteczko, Alan Bradley (Flawia de Luce 1)

Vesper, 2009

Liczba stron: 366

Naczytałam się o Flawii de Luce tyle, że miałam już jako takie wyobrażenie tej postaci. Jedenastoletnia detektyw? Dlaczego nie?! I naprawdę nie wiem dlaczego tak długo zajęło mi zanim przeczytałam kupioną 4 lata temu książkę. Ale teraz już „pierwsze koty za płoty”, a ja mogę kupować kolejne części.

Flawia de Luce jest najmłodszą z trzech córek wychowywanych przez ojca z małą pomocą dochodzącej gospodyni i cierpiącego na skutki stresu bojowego ogrodnika. Ojciec większość czasu spędza w gabinecie nad swoimi klaserami ze znaczkami. Siostry zajmują się swoimi sprawami, a jeśli ich uwaga padnie na Flawię jest to zazwyczaj znak, że powinna czym prędzej się ewakuować, inaczej wyląduje związana na dnie szafy. Flawia najwięcej czasu spędza w swoim laboratorium chemicznym robiąc eksperymenty lub pochłaniając książki z dziedziny chemii. Jest niezwykle uzdolniona i potrafi naprawdę dużo. Umiejętności te przydają się jej w obronie przed siostrami, pomogą także w odnalezieniu sprawcy morderstwa.

Pewnego ranka Flawia znajduje trupa na grządce ogórków. Nie zna mężczyzny, ale przypuszcza, że człowiek ten odwiedził jej ojca w nocy. Nie wie co się wydarzyło, ale na wszelki wypadek gotowa jest na wszystko, aby chronić ojca. Najpierw musi się czegoś dowiedzieć o ofierze. Jej dochodzenie jest pracochłonne – dziewczynka sporo musi się najeździć rowerem po okolicy. Ponadto, w imię sprawy wyższej kłamie jak z nut, żeby wyciągnąć interesującej ją informacje od starszych mieszkańców wioski. Niestety, jej starania często przerywa pojawienie się policji. Flawia ze swoim wszędobylstwem jest dla nich prawdziwym zmartwieniem. Okazuje się, że jest także dla nich wybawieniem.

Nie zauroczyła mnie Flawia, nie jestem jej fanką. Przez długi czas irytowała mnie ta wścibska jedenastolatka pozbawiona jakichkolwiek hamulców. Jednak, ostatecznie byłam w stanie dużo jej wybaczyć – przynajmniej była skuteczna. Do jej zalet zaliczyłabym także to, że była oczytana i z pamięci recytowała fragmenty wierszy klasyków. Zagadka kryminalna wcale nie była jakoś mocno przewidywalna jak na książkę dla młodzieży, więc nie powinna sprawić zawodu miłośnikom powieści kryminalnych. Jeśli nie przeszkadza Wam, że detektywem jest jeżdżąca rowerem jedenastoletnia panna przemądrzała, na pewno polubicie cykl stworzony przez Alana Bradleya. Dla wielu czytelników zaletą będzie też i to, że akcja umiejscowiona jest w niewielkim, sennym angielskim miasteczku, co przywodzi na myśl kryminały z panną Marple (Agathy Christie) i z Richardem Jurym (Marthy Grimes).

Dostatek, Michael Crummey

Wiatr od Morza, 2013

Liczba stron: 358

Tym razem zawędrowałam aż do Nowej Fundlandii, wyspy położonej u wybrzeży Ameryki Północnej, należącej do Kanady. Znalazłam się w rybackiej wiosce żyjącej zgodnie z porami roku, zależnej od połowów oraz pogody, która w tamtej części świata bywa bardzo kapryśna. Spędziłam kilka dni wśród ludzi, którzy żyli dzięki swojej ciężkiej pracy, wydzierając ziemi marne plony i nierzadko głodując na przednówku.

Mała, hermetyczna społeczność żyjąca na odizolowanej wyspie – to brzmi znajomo i strasznie. Od razu po kilkunastu stronach przyszła mi do głowy książka Macieja Wasielewskiego o Pitcairn. Na szczęście fabuła tej powieści nie jest aż tak drastyczna jak reportaż, o którym mowa. A książka zaczyna się iście magicznie. Z wyrzuconego na brzeg wieloryba mieszkańcy wydobywają żywego człowieka. Wygląda na albinosa, nic nie mówi i wydziela okropny rybi zapach. Ludzie boją się przybysza, nie wiedzą co z nim zrobić, zastanawiają się, co zwiastuje jego pojawienie się na wyspie. Przesądny lud odwraca się od niego. Zajmuje się nim pewna wdowa – osoba, której prawie wszyscy się boją, ale także obdarzają szacunkiem. Pojawienie się Judy, jak mieszkańcy nazywają dziwnego przybysza, staje się punktem wyjścia do opowieści o losach dwóch splecionych ze sobą i skłóconych rodzin. Saga obejmuje kilka pokoleń – wraz z upływającym czasem, odchodzącymi ludźmi, rodzącymi się dziećmi, obserwujemy także docierające tu echa światowych dramatów i polityki.

Przez większą część książki nie wiemy kiedy rozpoczyna się akcja i jakie obejmuje lata, co jest sprytnym i przemyślanym zabiegiem fabularnym. Nowofundlandczycy nie potrzebowali kalendarzy, kolejne lata odmierzali porami roku i przypadającymi w zimie świętami. Dopóki nie dotyczyło ich nic, co działo się na świecie, nie musieli liczyć lat. Pierwsze wydarzenia historyczne zaczynają się pojawiać w drugiej części książki, gdy mowa już o praprawnukach pierwszych bohaterów.

Czym więc wypełnione są gęsto zadrukowane karty tej książki? Miłością i nienawiścią, konfliktami rodzinnymi i tymi, które wywoływały walczące o ludzi kościoły i religie, przemocą i łagodnością, silnymi psychicznie kobietami i silnymi fizycznie mężczyznami. Narodzinami i zgonami. Odrobiną magii, której wszyscy szukamy w życiu.

To smutna książka, ale nie depresyjna. Smutna, bo takie były czasy i realia na wyspie położonej daleko na północy. Zajmująca i wciągająca poprzez barwne postacie występujące w powieści, ich namiętności, skrywane miłości, sekretne romanse. Przez książkę przewija się wielu ludzi – na szczęście autor/wydawca pomyślał o umieszczeniu drzewa genealogicznego na początku powieści, do którego dość często się odwoływałam.

Piękna, nastrojowa, pochłaniająca powieść, która na długo pozostanie w pamięci. Warto wsiąść w kołyszącą się na przybrzeżnych falach zieloną łódkę i dać się ponieść w nieznane opowieści kryjącej się między okładkami.

Mam tylko jedno zastrzeżenie do wydania – rozmiar czcionki! Sporo za mały.

Za kogo ty się uważasz?, Alice Munro

WAB, 2012

Liczba stron: 352

Naczytałam się tyle dobrego o autorce, że moje oczekiwania w stosunku do jej książek sięgnęły zenitu. I powiem tak: to bardzo źle mieć tak wygórowane oczekiwania w stosunku do nieznanego autora.

Książka złożona jest z opowiadań, które mogą być czytane oddzielnie. Jeśli jednak czyta się je po kolei, otrzymuje się chronologiczną opowieść o życiu Rose. Rose jest dziewczyną z prowincjonalnego kanadyjskiego miasteczka. Mieszka z ojcem i macochą – Flo, ponieważ matka dziewczyny umarła, gdy ta była jeszcze niemowlęciem. Ojciec jest osobą zamkniętą w sobie, trzymającą się na uboczu, macocha prowadząca sklep spożywczy, jest bardziej wylewna w uczuciach, aczkolwiek nie zawsze tych pozytywnych. Dzieciństwo Rose nie jest ani pogodne, ani całkiem tragiczne. Podejrzewam, że jak na tamte czasy i warunki, jest bardzo przeciętne. Dorastając Rose próbuje się wyrwać z prowincjonalnego miasteczka, a jedynym sposobem na to jest nauka, z którą dziewczyna nie ma większych problemów.

Dzieciństwo i młodość są moim zdaniem najciekawiej przedstawione i pokazują te cechy charakteru Rose, które wyróżniają ją ponad przeciętne wiejskie dziewuchy. Dalsze części opisujące miłość i związek z mężem – uświadamiają mi jak mało mam w sobie empatii w stosunku do osób, które same ładują się w złe związki. Rose ma świadomość złego wyboru i wiąże się małżeństwem, dla świętego spokoju, ze współczucia, z obawy przed samotnością.

Opis dorosłego życia Rose nie wciągnął mnie na tyle, żeby poczuć do bohaterki empatię. Nudziło mnie czytanie o kochankach, z którymi jej nie wychodziło, bo żaden nie potrafił lub nie chciał zaangażować sie w związek. Nie podobała mi się jej bierna postawa polegająca głównie na czekaniu i doznawaniu kolejnych poniżeń.

Ogólnie – rozczarowanie. Zawiodłam się nie na stylu pisarki, bo ten oceniam wysoko i tylko dzięki temu, że wszystko zgrabnie się czyta, dotrwałam do końca. Rozczarowała mnie treść, w większości poruszane tematy były miałkie, przemaglowane przez literaturę tysiące razy, co oczywiście sprawia, że nawet dobry pisarz nie wymyśli niczego błyskotliwego.

Jakie są Wasze doświadczenia z prozą tej pisarki? Polecacie coś na odtrutkę?

Historia nudy, Peter Toohey

Bellona, 2012

Liczba stron: 190

Na wstępie chciałabym zamieścić gratulacje dla autora, który przystąpił do analizy tematu nudy bez obaw, że książka zanudzi czytelnika. Bo istotnie, trudno się przy niej znużyć. Na samym początku autor dzieli nudę na dwa rodzaje – zwyczajną i egzystencjalną. Zwyczajna to ta, której doświadczamy np. podczas monotonnego wykładu, egzystencjalna to według wszelkich przesłanek uczucie dręczące osoby inteligentne, które nie potrafią znaleźć sensu życia.

Moim zdaniem, zdaniem osoby, która nie potrafi się nudzić, nuda egzystencjalna, o ile nie jest depresją, jest wynikiem właśnie niskiej inteligencji, bo tylko osoba mało kreatywna nie będzie umiała znaleźć sobie zajmującego zajęcia. Tej tezy jednak nie postawiono w książce – szkoda. Tym bardziej szkoda, bo niektóre fragmenty, szczególnie te oparte na powieści Gonczarowa „Obłomow,” wskazują na to, że główny bohater był przede wszystkim śmierdzącym leniem, a nie osobą znudzoną. Zabrakło mi wyznaczenia granicy między lenistwem i próżniactwem a nudą. Bo chyba nie ja jedna taką widzę?

Toohey rozważa zjawisko nudy u zwierząt i twierdzi, że rzeczywiście zwierzęta również potrafią się nudzić. Sięga również wstecz i zastanawia się jak stare jest uczucie nudy – czy było odczuwane przez ludzi pierwotnych? Czy powstało dopiero w epoce renesansu, a może i później? Słowo „nuda” weszło do języka angielskiego stosunkowo późno, ale przecież nie wskazuje to jednoznacznie, że wcześniej ludzie się nie nudzili. Mogli ten stan nazywać inaczej.

Na koniec zostawiłam rzecz, która podobała mi się najbardziej. W większości rozdziałów autor analizuje nudę wykorzystując dzieła literackie i malarskie. Pojawiają się wzmianki o takich książkach jak „Nuda” i „Konformista” Moravii, „Obcy” Camusa, sztukach Ibsena, działach Sartre’a. Poddaje analizie znane dzieła malarskie wyrażające melancholię, znużenie, samotność, odrazę, bo wszystkie te uczucia kojarzone są z nadrzędnym uczuciem nudy. Odniesienie do sztuk pięknych sprawia, że książka nie jest monotonnym traktatem naukowym. Szkoda tylko, że nie zamieszczono reprodukcji wszystkie omawianych obrazów.

Namawiam Was do zapoznania się z tą książką.

Jako lekturę uzupełniającą polecam:

NUDĘ – ALBERTO MORAVII

oraz książkę z tej samej serii wydawniczej:

HISTORIĘ NAGOŚCI