Archiwa tagu: literatura niemiecka

Runa, Vera Buck

Initium, 2018

Liczba stron: 592

Tłumaczenie: Agnieszka Hoffmann i Emilia Skowrońska

To mroczna powieść o początkach psychiatrii i wiedzy o mózgu, choć prawdopodobnie po przeczytaniu blurba będzie Wam się wydawać, że to thriller czy kryminał historyczny. Akcja powieści rozgrywa się w 1884 roku w Paryżu, kiedy oddział neurologiczny kliniki Salpêtrière był jednym z najważniejszych na świecie centrów badań i eksperymentów na przeprowadzanych na histeryczkach i kobietach, u których zdiagnozowano chorobę psychiczną. Słynął z pełnych pasji wykładów profesora Charcota, które przyciągały tłumy studentów i osób postronnych. Jori Hell, student psychiatrii pochodzący ze Szwajcarii podziwia swojego mentora i pragnie zaczerpnąć jak najwięcej wiedzy i umiejętności przed powrotem do kraju. Ma w tym zupełnie prywatny cel. Podczas jednego z wykładów Charcota, które nie były niczym innym niż pokazami okrucieństwa, sprowadzającymi się po poniżania pacjentek dla poklasku i ku uciesze gawiedzi, Jori po raz pierwszy  widzi dziewczynkę, Runę, na którą nie działają żadne metody stosowane przez profesora. Postanawia uczynić z niej obiekt swoich badań oraz przeprowadzić na niej nowatorską operację.

Paryż sportretowany w książce to ponure miasto, gdzie panuje przemoc fizyczna i wyzysk. Dzieci ciężko pracują, próbując sprostać wymaganiom rodziców, którzy swoje niepowodzenia topią w alkoholu, a frustracje odreagowują na słabszych i bezbronnych. Gdy w różnych miejscach miasta pojawiają się dziwne, niemożliwe do rozszyfrowania zapiski, pewien były policjant postanawia rozgryźć ich tajemnicę i jest to jedyny wątek, który można uznać za kryminalny. Główny akcent jednak kładzie się na sytuację chorych oraz władzę lekarzy, którzy stosują szarlatańskie metody, okaleczają swoje pacjentki, traktują je z pogardą i trzymają w nieludzkich warunkach.

Autorka bardzo sprawnie wplotła w powieść dużą porcję historii medycyny, więc jeśli wcześniej zainteresowały Was książki Thorwalda i innych autorów piszących o rozwoju medycyny i eksperymentach przeprowadzanych na ludziach, koniecznie powinniście przeczytać „Runę”. Warto to zrobić także dla wątków fabularnych, wcale niełatwo rozwikłać znaczenie przewijających się przez książkę znaków oraz roli Runy w różnych tragicznych wydarzeniach. Ciekawy jest również rozwój moralny głównego bohatera, który początkowo jest zafascynowany wiedzą, charyzmą i umiejętnościami swoich mentorów, lecz z biegiem czasu nabiera wątpliwości i zaczyna myśleć samodzielnie. Polecam!

Ciotka Poldi i sycylijskie lwy, Mario Giordano

ciotka-poldiInitium, 2017

Liczba stron: 400

Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann

Poldi właśnie skończyła sześćdziesiątkę i przeszła na emeryturę. Raz, dwa rzuciła wszystko, pozamykała swoje sprawy w Niemczech i przeniosła się na Sycylię, gdzie kupiła dość zaniedbany, lecz uroczo położony domek z widokiem na Etnę. Ma sekretny plan – postanawia zapić się na śmierć, jednak coś pokrzyżuje jej plany. Ta dość ekscentryczna z wyglądu (obfite peruki, obfite kształty i nieposkromiony sex appeal) kobieta, szybko dała się poznać swoim sycylijskim sąsiadom jako osoba, przed którą nie ma rzeczy niemożliwych.

Nudę emeryckiej egzystencji i monotonię osuszania butelek przerywa jej sprawa morderstwa. Pomagający jej w zakupach i drobnych naprawach młody mężczyzna zostaje znaleziony martwy. Poldi bardzo go polubiła przez ten czas, gdy dla niej pracował i poprzysięgła sobie, że nie ustanie w wysiłkach dopóki nie znajdzie winnego morderstwa. Problem w tym, że tak naprawdę niewiele wie o swoim dużo młodszym znajomym. Rozmowy z jego rodziną i znajomymi powoli odsłaniają przed nią nieznane oblicze zamordowanego. Śledztwo natomiast jest okazją do zawarcia nowych znajomości i wyjścia „do ludzi”. Sprawa przyspiesza w chwili, gdy Poldi poznaje policjanta prowadzącego dochodzenie.

Trudno nazwać tę powieść typowym kryminałem, choć śledztwo toczy się przez całą książkę. Nawet miłosne podboje Poldi schodzą przed nim na drugi plan. Nazwałabym ją jednak „kryminałkiem”, czyli książką, którą dobrze się czyta, gdy brak czasu na czytanie, którą możemy zabrać ze sobą w podróż, którą wprowadzi nas w nastrój wakacyjny. Mimo tematyki, jest to raczej zabawna powieść, ekscentryczna starsza pani wciąż nas zaskakuje, a jej przygody na Sycylii czyta się z przyjemnością. Pewnie zwróciliście uwagę na okładkę – cała powieść jest taka pogodna i błyskotliwa. Warto mieć ją na podorędziu w brzydki, jesienny dzień.

Córki chrzestne, Julia Albrecht & Corinna Ponto

90085770 corki chrzestne poprawieni autorzy.inddŚwiat Książki, 2013

Liczba stron: 230

Kupiłam prawie wszystkie książki z serii Sfery, bo uznałam je za bardzo interesujące, poruszające ważne tematy, pięknie wydane, dopracowane w każdym szczególe. „Córek chrzestnych” nie kupiłam, choć wiele razy miałam książkę w rękach. Dlaczego zrobiłam dla niej wyjątek? Odstraszyła mnie okładka i opis. Uznałam, że nie mam ochoty czytać o terrorystach, poznawać ich życiorysów i być może być przekonywana do tego, że wcale nie są tacy źli. Aż pewnego dnia mój mąż znalazł tę książkę w jakimś koszu na wyprzedaży i kupił ją sobie, bo poczuł się zaintrygowany tematem. Jak zaczął czytać, tak przepadł. Opowiadał mi o niej z takim przejęciem i tak namawiał do lektury, że uległam. Wiedziałam już od niego, że książka ujmuje temat terroryzmu od zupełnie innej strony.

Ojcowie autorek przyjaźnili się w czasach powojennych, każdy z nich poszedł inną drogą, ale więzy między nimi były cały czas bardzo silne, rodziny odwiedzały się i zacieśniały kontakty trzymając do chrztu swoje dzieci. Gdy Julia miała 13 lat, jej starsza siostra wzięła udział w zamachu terrorystycznym na ojca Corinny. Po zamachu siostra zniknęła, a rodziny zerwały ze sobą kontakty. Po latach panie skontaktowały się ze sobą i odtworzyły wydarzenia przed i po zamachu, wydarzenia, które jedną z nich postawiły po stronie ofiar, drugą po stronie sprawcy. Chociaż tak naprawdę ofiarami Suzanne Albrecht byli wszyscy – jej własna rodzina, napiętnowana przez opinię publiczną, zadająca sobie pytania bez odpowiedzi, pokutująca za nie swoje czyny, a także rodzina Ponte, która stała się celem terrorystów z RAF-u.

To bardzo poruszająca opowieść na dwa głosy. Autorki warstwa po warstwie opisują swoją drogę do momentu, w którym się teraz znajdują. Droga ta była naznaczona żałobą po życiu, które nigdy już nie będzie takie samo. Nadzieją, że siostra się odnajdzie i wyjaśni powody swojego zachowania i nadzieją na to, że winni zostaną złapani i przykładnie ukarani. Każda z autorek przeżywała tę tragedię na własny sposób, lecz życie jednej i drugiej zostało złamane w tym samym momencie, 30 lipca 1977 roku. W książce porównują swoje przeżycia, rekonstruują dni po zabójstwie oraz sam jego przebieg, zastanawiają się nad powiązaniami RAF-u ze Stasi. Pod koniec dywagacje nad powiązaniami stają się trochę męczące dla czytelnika, lecz nie przyćmiewa to całej reszty – bardzo poruszającej, ważnej, balansującej na granicy reportażu i biografii, nacechowanej tragizmem i smutkiem.

Niestety, nie otrzymujemy odpowiedzi na wszystkie pytania, które nurtują nas podczas zachłannej lektury,. Na przykład, nie powiedziano czy rodzina utrzymuje teraz kontakty z Suzanne Albrecht, czy byli w stanie jej przebaczyć, zaakceptować ją, przyjąć do rodziny. Czy ona sama tego chciała?

To książka poruszająca niezwykle ciekawy, ważny temat, zwykle pomijany przez media – skutki i następstwa zbrodni dla obu rodzin, tej, z której pochodził przestępca, i tej, która ucierpiała i musi budować życie na nowo. Bardzo polecam, bardzo zachęcam, bo my przegadaliśmy o tej książce wiele godzin roztrząsając różne scenariusze.

Diabelski owoc, Tom Hillenbrand

diabelski-owocSmak Słowa, 2016

Liczba stron: 304

Nigdy wcześniej nie słyszałam o czymś takim jak kryminał kulinarny, ale to określenie okazało się dość pociągające. Bohaterem tej powieści nie jest żaden detektyw, żaden dziennikarz śledczy, lecz szef kuchni. Xavier Kieffer porzucił haute cuisine na rzecz niewielkiej restauracji w Luksemburgu, gdzie gotuje najwyższej klasy dania nie biorąc udziału w wyścigu o gwiazdki. Pewnego dnia w jego mało znanej restauracji pojawia się paryski krytyk kulinarny. Już samo jego przybycie jest podejrzane – skąd wiedział o Kiefferze? Najgorsze ma miejsce kilkanaście minut później – krytyk pada trupem po zjedzeniu przystawki. Czy ktoś chciał zaszkodzić Kiefferowi? Czy śmierć krytyka miała coś wspólnego z zawodem, który wykonywał?

Na czas śledztwa restauracja musi pozostać zamknięta, co daje Kiefferowi sporo czasu na poprowadzenie swojego prywatnego dochodzenia. Wkrótce okazuje się, że śmierć krytyka to nie jedyna dziwna rzecz, która miała ostatnio miejsce w biznesie gastronomicznym. Poszukując swojego zaginionego mentora, Kieffer znajduje w jego kuchni nieznany owoc. Postanawia dowiedzieć się czegoś o jego właściwościach i możliwym wykorzystaniu w daniach. Okazuje się, że owoc skrywa niejedną tajemnicę.

Połączenie kryminału ze światem wykwintnej kuchni to całkiem udany pomysł. Na szczęście autor nie podaje dokładnych przepisów i instrukcji wykonania dań. Zamiast tego szpikuje tekst obco brzmiącymi nazwami potraw oraz opisami ich wyglądu i smaku. Zdradza też działanie restauracyjnej kuchni oraz rozgrywek pomiędzy kucharzami z najwyższej półki. Wątek kryminalny jest jednak ciekawszy. Utrzymany jest bardziej w stylu klasycznym – bez pryskającej krwi i urwanych kończyn. Rozwiązanie zagadki wymaga gimnastyki umysłu, nie ciała, chociaż w międzyczasie wraz z rozwojem akcji Kieffer zostanie nieco przegoniony po okolicy.

Bardzo przyjemny kryminał zapewniający rozrywkę na niezłym poziomie, gimnastykujący szare komórki, przy którym nie poobgryzasz paznokci ani nie zaliczysz stanu przedzawałowego. Polecam.

Minuta ciszy, Siegfried Lenz

minuta ciszy siegfried lenzDobra Literatura, 2016

Liczba stron: 134

Tytuł książki zwiastuje opowieść o śmierci. I rzeczywiście tak jest, choć akurat śmierć nie jest najważniejsza w „Minucie ciszy”. Akcja skupia się bowiem na wkraczaniu w dorosłość i pierwszych zauroczeniach.

Senne nadmorskie miasteczko ożywiające się nieco w sezonie letnim. Lata siedemdziesiąte, choć akurat czas akcji nie jest istotny. Osiemnastoletni Christian zwykle pracuje z ojcem na barce – są „poławiaczami kamieni”. Usypują z nich falochrony i wzmacniają linię wybrzeża. Christian jest uczniem szkoły średniej, ani wybitnym, ani kiepskim. W czasie wakacji nawiązuje bliższą znajomość  ze swoją trzydziestoletnią nauczycielką języka angielskiego. To jego pierwsza miłość. Niestety, zakończona tragicznie.

„Minuta ciszy” to książka, w której nie ma jakichś większych zwrotów akcji, a jednak czyta się ją zaskakująco dobrze. Jest nieco melancholijna, nieco „staroświecka”, ale trafnie ukazuje dramat i naiwność nastolatka. Chłopak, który zakochuje się w dużo od siebie starszej kobiecie, do tego swojej nauczycielce, i wiąże z tym uczuciem i romansem plany na przyszłość, budzi moje politowanie. Chce być dorosły i zachowywać się odpowiedzialnie, żeby jego ukochana mogła na nim polegać, a jednak zachowuje się jak marzyciel i przedszkolak. A mimo wszystko jestem w stanie go zrozumieć, wytłumaczyć sobie jego postępowanie, przypisać jego irracjonalne zachowania burzy hormonalnej, niedoświadczeniu, młodzieńczemu optymizmowi.

Za nic w świecie nie rozumiem natomiast motywacji Stelli, nauczycielki, która przekracza wszelkie granice. Nie jest dla mnie wytłumaczeniem to, że pewnie czuła się samotna i niezrozumiana – dorosła osoba powinna umieć sobie z tym poradzić w inny sposób, niż rozkochując w sobie nastolatka, własnego ucznia.  Nie jest dla mnie usprawiedliwieniem to, że zwykle była bierna i nie inicjowała spotkań. Przeraża mnie próżność takich kobiet, pozornie łagodnych i nieszkodliwych, ale siejących zniszczenie w młodych umysłach.

Niewiele stron, wiele silnych emocji. Tak chyba najlepiej podsumować tę książkę. I wydaje mi się, że każdy wyczyta w niej coś innego. I świetnie, jednoznaczne książki są nudne.