Archiwa tagu: literatura norweska

Cisza, Erling Kagge

ciszaWydawnictwo Muza SA, 2017

Liczba stron: 128

Tłumaczenie: Iwona Zimnicka

Lubię ciszę. Nie przeszkadza mi cichy dom, wyłączone radio i brak telewizji. Jako stadium pośrednie między ekstra i introwertykiem po nadmiarze wrażeń, szukam totalnego wyciszenia. Pomyślałam więc, że książka Erlinga Kagge może wnieść coś do mojego życia.

Autor jest wydawcą, a także podróżnikiem, który ma na swoim koncie imponujące dokonania. Jego wyprawy to przede wszystkim samotne wędrówki po najbardziej ekstremalnych terenach na ziemi. Jako ojciec dorastających córek, człowiek zarządzający firmą, wciąż bombardowany jest informacjami, sprawami wymagającymi natychmiastowej uwagi i działania. Nic dziwnego, że w pewnym momencie docenił ciszę – taką fizyczną, gdy dochodzi do nas minimum dźwięków i ciszę informacyjną, gdy wyłączamy laptopa, komórkę i telewizor, by odizolować się od zewnętrznego świata. Z fascynacji ciszą powstała ta książka, w której zbiera swoje doświadczenia, a także przytacza słowa innych: filozofów, pisarzy na temat ich obcowania z ciszą.

Format książki, piękna okładka, krótkie rozdziały sprawiają, że można ją zabierać ze sobą na poszukiwanie ciszy. Mnie najprzyjemniej czytało się ją siedząc obok fontanny i wsłuchując w plusk spadającej wokół mnie wody. Wszystko pasowało do siebie idealnie: kolory, struktury i nastrój. Spróbujcie zabrać ją ze sobą na wakacje – to nie jest poradnik, lecz krótka rozprawa o tym, czym jest cisza, co może nam dać, gdzie jej szukać (nie trzeba wyprawiać się na biegun). Miłe do poczytania. Piękne jako przedmiot za sprawą cudownej okładki. Świetne na prezent dla zabieganych.

Wiosna, Karl Ove Knausgard

wiosnaWydawnictwo Literackie, 2017

Liczba stron: 232

Tłumaczenie: Milena Skoczko

Trzecia część cyklu książek z porami roku w tytule to wielkie zaskoczenie. Bliżej jej bowiem serii pt: „Moja walka” niż dwóm poprzedzającym ją częściom. Ta książka, podobnie jak poprzednie, skierowana jest do najmłodszej córki, niemowlęcia w momencie pisania. Dotychczas Karl Ove Knausgard wyjaśniał dziecku świat, skupiając się na rzeczach i uczuciach, pisząc bardziej ogólnikowo. Tym razem wziął pod lupę własną rodzinę.

Jeden dzień z życia rodziny Knausgardów – od pobudki po późny wieczór z jedną, bardzo ważną retrospekcją, to wszystko, co dostajemy. Z tym, że kto zna Knausgarda, wie, że w ciągu takiego jednego dnia może zdarzyć się bardzo wiele, a pisarz nie skupia się na powierzchowności zdarzeń, lecz sięga w głąb – siebie i innych. Od samego początku wiemy, że coś jest nie w porządku. Karl Ove kilkakrotnie nadmienia, że kilka miesięcy wcześniej stało się coś niepokojącego, ale długo tego nie nazywa. A przecież wtedy już pisał ten cykl – nie pamiętamy, by o czymś takim wspominał. Czyżby coś ukrył? Przemilczał? Okazuje się, że tak. Dopiero teraz daje upust swoim uczuciom i w typowy dla siebie sposób rozlicza się z traumą. Typowy,  czyli upubliczniając to, co prawie wszyscy ludzie chcieliby zachować tylko w gronie rodziny.

„Wiosna” podobała mi się bardziej niż dwie pierwsze części – to Knausgard, którego znam z „Mojej walki”, to tematy, które dla wielu są tabu. To również codzienne zmaganie się z ojcostwem, ogromna miłość do dzieci wyrażana poprzez wszechstronne poznanie każdego z nich, a nie poprzez rozpieszczanie ich i spełnianie każdej zachcianki. Nie chcę pisać tutaj o tym, co najważniejsze w książce, żeby nie zabierać wam momentu oświecenia i zaskoczenia, stąd moja recenzja może wydawać się pobieżna i mało pogłębiona. Wydaje mi się, że takie ogólnikowe podejście da wam pojęcie, że warto książkę przeczytać, a jednocześnie nie odbierze przyjemności samodzielnego odkrywania jej tajemnic.

Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku, Morten A. Strøksnes

ksiega-morzaWydawnictwo Literackie, 2017

Liczba stron: 340

Tłumaczenie: Maria Gołębiewska-Bijak

Woda to stanowczo nie mój żywioł. Zima, śnieg, wiatry to stanowczo nie moja bajka. Łowienie ryb to najnudniejsze, co mi się w życiu przydarzyło. A jednak – pokochałam tę książkę. Przyniosła mi ukojenie i przeświadczenie, że cokolwiek bierzemy na swój cel, należy tak żyć, by nie tracić go z oczu.

Autor tej książki, a jednocześnie jej narrator wraz z przyjacielem Hugonem mieszkającym na dalekiej północy umówili się, że zapolują na rekina polarnego. Ot tak. Żeby przekonać się, że są w stanie złowić go we dwóch. Mięso tego zwierzęcia jest niejadalne, ale tłuszcz można wykorzystać do impregnacji desek, z których zbudowana jest stara przetwórnia rybna remontowana przez Hugona. Morten dojeżdża, gdy prognozy pogody dają nadzieję na spokojne morze. Zanim jednak na nie wypłyną  muszą zorganizować zanętę, odpowiedni hak, łańcuch i uzbroić się w cierpliwość. Okazuje się, że choć teorię łowienia rekina polarnego opanowali perfekcyjnie, nic nie jest proste na morzu.

Kolejne wyjazdy na Lofoty, pływanie po archipelagu w małym, gumowym pontonie, zmaganie się z nieprzewidywalną, majestatyczną naturą skłaniają narratora do snucia rozmaitych rozważań o miejscu człowieka w świecie.  Morten patrzy na morze jak na kolebkę ludzkości, wielkiego żywiciela, a także potwora czyhającego na najmniejszy błąd marynarzy. Rozmowy o morzu zwykle zmieniają się w zadumę nad życiem, jego sensem, celem naszej egzystencji na ziemi. Zdarza się,  że po kolejnych porażkach narrator wątpi w sens tego, na co się porwali. Hugo jest jednak nieugięty, zamierza stoczyć walkę z rekinem i wyjść z niej zwycięsko.

Ta książka tylko z pozoru jest bardzo męska. Owszem, to na co porywają się przyjaciele to przygoda, w której nie ma miejsca dla kobiet. Okazuje się jednak, że ich rozmowy i przemyślenia o kondycji świata, historii morskich podbojów, przyrodzie są uniwersalne. Ponadto dostajemy sporą porcję historii Lofotów. Zachwyciłam się narracją tego reportażu, pełną odniesień do różnych dziedzin nauki oraz sztuki. Chwilami oddalamy się od archipelagu, przez co widzimy go z innej, szerszej perspektywy, by po chwili zbliżyć się na odległość mikroskopu i podziwiać niewidoczne gołym okiem stworzenia zasiedlające wody zatoki.

Nie spodziewałam się, że książka z tak dziwacznym tytułem może nieść tyle znaczeń, wiedzy, wzruszeń i zachwytów. Wiem, że będę do niej wracała, bo na którejkolwiek stronie ją otworzę, znajdę coś zajmującego.

Kluczowy świadek, Jorn Lier Horst

kluczowy-swiadekSmak Słowa, 2017

Liczba stron: 336

Tłumaczenie: Milena Skoczko

No i doczekaliśmy się pierwszej części kryminalnego cyklu z Wiliamem Wistingiem! Wygląda na to, że od teraz kolejne książki będą wydawane we właściwej kolejności. Mnie ta zwariowana kolejność wydawania nie przeszkadzała (bardziej kręcą mnie zagadki kryminalne niż śledzenie prywatnego życia policjanta, a te zamykają się w jednym tomie). Wiem jednak, że są tacy, którzy nie zaczną czytać, dopóki nie dostaną książki z numerem 1. Oto jest.

Hors oparł tę powieść na prawdziwym, nierozwiązanym śledztwie, które miał okazję prowadzić podczas pracy w wydziale kryminalnym norweskiej policji. Na spokojnym osiedlu dochodzi do brutalnego zabójstwa. Ofiarą pada stary mężczyzna, którego sprawca (lub sprawcy) torturowali przed śmiercią. Motywy są niejasne – staruszek ledwie wiązał koniec z końcem, nikomu się nie naraził. Wisting podejrzewa, że rozwiązanie tej zagadki będzie wymagało dużych nakładów pracy, a z ludźmi krucho – po pierwsze, zaczął się okres urlopowy; po drugie, równolegle prowadzone jest śledztwo zmierzające do ujęcia sprawców napadu rabunkowego na konwojentów przewożących pieniądze z banku.

Jak zwykle u Horsta zagadka kryminalna jest ciekawa, akcja poprowadzona dynamicznie, postaci przekonujące. Niestety, da się zauważyć również pewną nieporadność początkującego pisarza. Niektóre tropy podrzucane są tak mało dyskretnie, że aż krzyczą na stronie, by zwrócić na nie uwagę. Podczas gdy ja (i pewnie większość czytelników obcykanych w kryminałach) od razu je zauważałam, Wistingowi zabierało to stanowczo za dużo czasu. Na szczęście czytelnik niewiele na tym traci, a może poczuć dumę, bo jest sprytniejszy od śledczych.

W lekturze przeszkadza też pewna niedbałość tłumaczeniowo-redakcyjna. Przykłady? Proszę. 1. Jeśli ktoś ma obcięte opuszki palców, to spokojnie może mieć nienaruszone paznokcie, prawda? W książce okazuje się jednak, że opuszki to duży kawał palca z kością.  2. Jest upalne lato, wszyscy ciągle narzekają na wysokie temperatury, natomiast w porzuconym na odludziu aucie są… oszronione szyby. Chyba zaparowane. Takich wpadek jest kilka. Trzeba przymknąć na nie oko, żeby nie stracić przyjemności czytania. Ja nie straciłam, a książkę mimo niedociągnięć polecam.

Moja walka 5, Karl Ove Knausgard

moja-walka-5Wydawnictwo Literackie, 2016

Liczba stron: 808

tłumaczenie: Iwona Zimnicka

Karl Ove Knausgard w monumentalnej, sześciotomowej „Mojej walce” dokonuje drobiazgowego rozkładu swojego życia. Kolejne tomy opisują różne etapy jego życia. Nie jest to jednak typowa autobiografia, ponieważ autor nie zachowuje chronologii. Tom piąty opowiada o okresie studiów w Bergen i nadziei na szybki debiut literacki.

Dziewiętnastoletni Karl Ove zaczyna roczne studia w Akademii Pisania. Jest dumny z tego, że udało mu się dostać na prestiżowy kierunek i przekonany, że szkoła da mu kopa potrzebnego do tego, żeby napisać świetną powieść. Jest najmłodszy w grupie i najbardziej zakompleksiony. Składa się z samych kompleksów. Każda drobna krytyka pod adresem jego prac powoduje jego zamknięcie się i wycofanie.

Ten tom obejmuje ponad 10 lat, wypełnionych przede wszystkim studiami, próbami pisania, związkami z kobietami i chlaniem na umór. To czyściec, przez który Knausgard musi przejść, żeby odbić się od dna. Ale on o tym nie wie, skupia się bowiem na tym, co tu i teraz, a najbardziej skupia się na sobie. Debiutanckie książki jego przyjaciół pogrążają go w coraz większej rozpaczy – on, który pijaku, opowiada wszystkim, że jest genialnym pisarzem, nie jest w stanie napisać niczego dobrego. Jego życie nie zmierza w żadnym kierunku, lata w Bergen to okres stagnacji, miotania się i użalania nad sobą. Satysfakcji nie daje mu ani praca w radiu, ani pisanie recenzji dla magazynów, ani związki z kobietami. On chce pisać. Ale nie pisze.

Większość czasu poświęca na dopasowywanie się do ról, zakładanie masek, granie kogoś, kim nie jest. Jego potrzeba akceptacji jest tak wielka, że nigdy nie jest sobą, lecz udaje kogoś innego. Początkowo jego zachowanie odstrasza od niego kobiety, żadna nie chce zostać zagłaskana na śmierć. Wśród mężczyzn również nie ma przyjaciół – wkręca się w towarzystwo swojego brata, z którym imprezuje szastając pieniędzmi z kredytu studenckiego. Co zaskakujące, pisze niewiele. To, co robi, stoi w całkowitej sprzeczności z jego wyobrażeniami o sobie. Przeraża go to, jak zachowuje się po alkoholu, lecz nie przestaje pić. To postać na wskroś destrukcyjna.

Co za okropny człowiek, myślałam podczas lektury. Knausgard opisał siebie tak, że powstał antybohater, nieudacznik, którego przygniatają wygórowane ambicje. Szczerze mówiąc, mimo znajomości jego twórczości, sama zaczęłam wątpić w jego talent. Byłam zaskoczona tym, że praktycznie nie pisał, a marzył o karierze pisarza.  Nie miał pomysłów na fabuły, a chciał pisać powieści. Nie pracował, a chciał mieć dobry warsztat. Ten obraz kłócił mi się z wyobrażeniem początkującego pisarza. Poza tym, Knausgardowi w pisaniu przeszkadzała ta cecha charakteru, która wydawała mi się szczególnie odstręczająca. Tak jak w życiu, w pisaniu również chciał być kimś innym – na jednej stronie tekstu dało się udawać inną osobę, ale na dłuższą metę to nie mogło wypalić.

To niesamowite, że można tak się obnażyć. Zerwać z siebie od lat budowaną zasłonę, wymazać całe to udawanie kogoś innego, poddać autopsji najbardziej wstydliwe myśli i uczynki (tak, nie był taki święty). Taka postawa z jednej strony mi imponuje, z drugiej trochę mnie przeraża. Człowiek, który przez ponad 30 lat żyje w okowach lęków, wstydu, nagle wywala na wierzch wszystko, co ukrywał. Ciekawe czy po opublikowaniu „Mojej walki” nadal się wstydził i czekał na reakcje tych, których opisał obok siebie.

Czekałam na taki tom, po dwóch opisujących jego dzieciństwo i lata nastoletnie, które były dobre, lecz nie rewelacyjne, ten znowu jest tak świetny jak tomy rozpoczynające „Moją walkę”. Jego siła polega na tym, że nie ma tu nikogo innego, kto mógłby ponosić odpowiedzialność za zachowanie Karla Ovego. Jako dorosły mężczyzna o sprecyzowanych planach na przyszłość musi zmierzyć się z życiem sam, podjąć walkę o siebie i zmierzyć się z porażkami. No i wreszcie tutaj widać jaka to pomerdana osobowość – misiu do głaskania, potrzebujący czułości, a zarazem zimny drań. Czasem rozedrgany jak galareta, innym razem hardy jak skała. Przesadnie wstydliwy, a czasem nachalnie zarozumiały. Jestem pod wielkim wrażeniem i nie mogę się doczekać tego, co będzie dalej.