Archiwa tagu: literatura nowozelandzka

Wszystko, co lśni, Eleanor Catton

Wydawnictwo Literackie, 2014

Liczba stron: 933

Przytłaczają mnie książki liczące niemal tysiąc stron. Aby przez nie przebrnąć, muszę mieć silną motywację, czyli książka musi mi się podobać. W tym przypadku nie miałam problemu z czytaniem, a jedyną niedogodnością była waga i objętość dzieła, które ciężko było trzymać w rękach. Laureatka Nagrody Bookera, Eleanor Catton, napisała monumentalną powieść o ludzkich namiętnościach, żądzach i chęciach zysku, które skumulowane prowadzą do zbrodni.

W sali kominkowej hotelu Korona w nowozelandzkim mieście Hokitika założonym przez poszukiwaczy złota, spotyka się dwunastu mężczyzn różnych narodowości i zawodów. Tajną naradę przerywa pojawienie się Waltera Moody, który właśnie zszedł ze statku. Wkrótce zostaje zaakceptowany i poznaje historię, w którą wszyscy zebrani zostali wciągnięci wbrew swojej woli. Opowieść jest długa i skomplikowana – dotyczy złota niewiadomego pochodzenia, martwego mężczyzny, próbującej zabić się prostytutki i zaginionego młodzieńca, który zgromadził największą fortunę na złotodajnych działkach. W tle mamy szantaż, wstydliwą rodzinną tajemnicę i pomniejsze życiowe dramaty bohaterów książki.

Intrygująca zagadka o charakterze kryminalnym to nie wszystko, co oferuje powieść. Jest w niej znacznie więcej. Odkrycie złota w Nowej Zelandii dało wielu ludziom nadzieję na rozpoczęcie nowego życia. W Hokitika pojawili się przybysze z Europy, Australii i Chin. Niemal każdy z nich ma taką samą szansę na sukces w poszukiwaniu kruszcu. Niektórzy marzą o tym, by znaleźć tyle złota, żeby wystarczyło na powrót do domu, inni chcą osiąść na stałe. W powieści występują tylko trzy kobiety – jedna jest prostytutką, druga kobietą interesu o dość szemranej przeszłości, trzecia nieszczęśliwą, zastraszoną żoną naczelnika więzienia. Wszystkie są intrygujące i tajemnicze, a ich tragiczne losy odkrywamy stopniowo i powoli.

W wywiadach publikowanych w związku z polską premierą książki, autorka dużo mówiła o astrologii, mozolnej pracy polegającej na sprawdzaniu układów gwiazd w XIX wieku itp. Przyznam, że nieco mnie to przeraziło i zniechęciło do książki. Okazało się jednak, że nazwy układów astralnych są nazwami rozdziałów, lecz nie odgrywają roli w ich treści. Być może jakieś przełożenie jest, ale jako laik w tych sprawach, zupełnie tego nie zauważyłam, nie odczułam też żadnego braku. Jak dla mnie była to zupełnie niepotrzebna robota.

Na pochwałę natomiast zasługuje iście koronkowa, misternie utkana fabuła, której kolejne fragmenty, nitki i odnogi poznajemy z różnych punktów widzenia. Tego scenariusza naprawdę nie można było zmieścić na 300 stronach, więc objętość jest tu usprawiedliwiona. Koniec książki tak naprawdę jest jej początkiem – wiedząc już jak się potoczyła historia, dowiadujemy od czego się to wszystko zaczęło i jak doszło do pierwszych komplikacji. Niech Was więc nie kusi, by zaglądać na koniec książki, zanim do niego nie dotrzecie naturalną koleją rzeczy, bo zepsujecie sobie całą zabawę. Polecam!

Jej pierwszy bal, Katherine Mansfield

Książka i Wiedza, 1980

Liczba stron: 117

Całkiem niedawno dostałam tomik zawierający zbiór listów Katherine Mansfield. Na razie przejrzałam go pobieżnie, ale na tyle uważnie, żeby podjąć decyzję o zapoznaniu się z prozą, która wyszła spod pióra pisarki. Opowiadania Katherine Mansfield dostępne są w domenie publicznej i nic nie stoi na przeszkodzie żeby czytać je sobie z czytnika ebooków, czy z ekranu komputera jeśli preferujecie taką formę. W sieci znalazłam taką oto okładkę zbioru opowiadań pod tytułem „Jej pierwszy bal.” Sama przeczytałam dwa razy tyle opowiadań.

Zaczęłam od opowiadania tytułowego i właśnie ono stało się największą zachętą do sięgnięcia po inne krótkie formy. Choć można uznać akcję za banalną, to jej zwieńczenie i puenta padająca z ust obserwatora zabawy młodych na balu, sprawia, że patrzymy na opowiadanie zupełnie inaczej. Pod grubą warstwą pudru i lukru kryje się bowiem smutna prawda – każdy dzień zbliża nas do końca i tylko jeden bal może być naszym pierwszym.

„Państwo Gołębiowie” to opowiadanie o miłości. Reggie oświadcza się Annie. Ona nie odpowiada od razu. Zabiera go tylko w pobliże woliery dla gołębi i pokazuje zachowanie pary gołębi. Gołębica wiedzie prym w tym związku, chodzi napuszona. Gołąb chodzi za nią i próbuje jej dogadzać. Czy ich przyszłe małżeństwo ma szansę wyglądać inaczej?

„Panna Brill” to opowiadanie o starości i związanej z nią „niewidzialności.” Panna Brill każdej niedzieli siada na ławce w parku i obserwuje innych. Wreszcie zdaje sobie sprawę, że park to teatr a wszyscy, także ona, odgrywają swoje role – w jej przypadku to rola widza. Podsłuchana rozmowa dwojga młodych ludzi daje jej dużo do myślenia – nie tylko ona pogardza zebranymi w parku ludźmi. Inni żywią podobne uczucia do niej samej.

Nie będę opisywała wszystkich czytanych przeze mnie opowiadań. Zapewniam, że większość z nich opisuje pozornie błahe wydarzenia, które mogą stać się dla bohaterów przełomem w życiu, ale często bywają spychane na drugi plan i ignorowane, sumienie zagłuszone, a sprawa odłożona ad acta. Prostota języka nie przekłada się na prostotę intelektualną, a czytanie Katherine Mansfield polecam wszystkim, którzy lubią wymyślać dalszy ciąg zdarzeń.