Archiwa tagu: literatura polska

Piętno, Przemysław Piotrowski

Czarna Owca, 2010

Liczba stron: 463

Wiem, że czekaliście na recenzję tej książki. Czytanie poszło mi szybko, bo… po prostu nie mogłam się oderwać od lektury! Bardzo obawiałam się tych wątków horrorowych, bo po prostu nie cierpię, gdy autor tak się zakręci w wymyślaniu fabuły, że w końcu musi posłać jakiś byt nadprzyrodzony, by pozamiatał to,  czego w logiczny sposób nie da się rozwikłać. NIE TUTAJ!  „Piętno” wbrew temu, co sugeruje okładka, to rasowy kryminał.

W prowincjonalnym mieście dochodzi do potwornej zbrodni. Przestępca zabija dwóch mężczyzn i ich wnętrzności wystawia na widok publiczny. Jego twarz rejestrują kamery. Jest to od niedawna zaginiony lekarz, właściciel kliniki i szanowany obywatel. Czyżby ktoś go przymusił do tego czynu? Prawie nikt nie wierzy z winę doktora Trochana. Najgorsze jest jednak to, że w warszawskiej policji pracuje śledczy, który wygląda identycznie jak poszukiwany i podejrzany. To kwestia godzin zanim ktoś skojarzy te fakty. Igor Brudny, tak bowiem nazywa się policjant, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i udaje się na miejsce, by pomóc w prowadzeniu śledztwa oraz rozwikłać tajemnicę swojego pochodzenia. Bo w zasadzie jest już przekonany, że musi mieć brata bliźniaka. Bliźniaka podejrzewanego o brutalny mord. To możliwe, ponieważ Brudny wychował się w katolickim domu dziecka i nie znał swoich rodziców.

Śledztwo jest trudne, bo zielonogórska policja podejrzewa Brudnego, Brudny porusza się po słabo znanym terenie, a co gorsza, nawiedza go przeszłość i obrazy z dzieciństwa spędzonego w placówce będącej rajem dla księży pedofilów. Na domiar złego, giną kolejne osoby, a policja błądzi po omacku. Na szczęście szef zespołu, Romuald Czarnecki, to człowiek rozsądny, szczery  i zaprawiony w boju. Nie daje się omamić, umie rozróżniać prawdę od półprawd i ufa w niewinność Brudnego. Zdaje też sobie sprawę, że jest on jedną z kluczowych postaci tego dramatu, chociaż nie wie, jaką rolę przyjdzie mu odegrać. Ten bohater jest stanowczo moją ulubioną postacią z tej książki. Lubię facetów z silnym kręgosłupem moralnym. Mogą być w weku przedemerytalnym jak Czarnecki.

W tym kryminale znajdziecie wszystko to, co sprawia, że sięgacie po ten gatunek literacki. Jest skomplikowana sprawa kryminalna, trup się ściele gęsto, jest szybka, dynamiczna akcja, ale taka bez zbędnych fajerwerków w stylu hollywoodzkim, są polskie realia, są dobrze zarysowane postacie, jest też odrobina grozy i zakończenie sugerujące, że to jeszcze nie koniec naszej styczności z tymi bohaterami. Wobec tego nie bójcie się okładki, bo z środka nie wyskoczą na was żadne popłuczyny po Kingu, lecz znajdziecie pod nią bardzo dobry kryminał, od którego trzeba będzie was odciągać siłą.

Winne, Jarosław Czechowicz

Seqoja, 2020

Liczba stron: 208

Islandia to najdalej położony kraj, do którego można wyjechać z Polski nie mając paszportu. Dlatego też stał się miejscem zamieszkania Anny, która w ten symboliczny sposób przecięła więzy z Polską i bliskimi. Teraz pracuje jako barmanka w małej, położonej na odludziu miejscowości. Samotność jej nie przeszkadza, przywykła do ciemności, zimna i wiatru. Wszelkie niedogodności rekompensują jej widoki oraz mentalność Islandczyków, którzy nigdy nie wypytują jej o przeszłość, nie wnikają w jej życie.

Jednak od przeszłości nie można się tak łatwo uwolnić. Nie dość, że słowa i obrazy wracają podczas koszmarnych snów,  to jeszcze siostra nie odpuszcza i bombarduje ją wiadomościami. Pragnie się spotkać. Czy Anna powinna pozwolić siostrze przylecieć do siebie na święta? Czy ich spotkanie ukoi ból, czy rozdrapie niezabliźnione rany? Ostatecznie do spotkania dochodzi. A czytelnik poznaje traumatyczną przeszłość obu sióstr.

„Winne” to powieść o kobietach, które nie są niczemu winne. Bo czemu winna jest młoda, zakochana dziewczyna, która wikła się w związek przemocowy i całe życie mieszka z sadystą. Czemu winne są dzieci takiej pary? Autor pokazuje sceny z przeszłości, by ukazać ogrom zła w tej pozornie szczęśliwej, zamożnej rodzinie znanego krakowskiego lekarza. Zło i przemoc rodzą chęć zemsty, która przez długie lata dojrzewa w sercu i gdy wreszcie przychodzi szansa na rewanż, obrywają niewinni.

Mam wrażenie, że ta powieść nieco przerysowuje postaci ofiary i kata i jednocześnie pokazuje, że dzieli je bardzo wąska linia i możliwe jest odwrócenie ról. Zadaje też pytanie o to, czy możliwe jest przebaczenie i zrozumienie. Ta książka jest aż gęsta od emocji, chwilami miałam wrażenie, że przedzieram się przez islandzką mgłę, która mnie dusi i doprowadza do szaleństwa. Innymi razy dostawałam światłem w oczy – niektóre sceny aż bolały. Nie jestem w stanie zrozumieć tych kobiet, wiele razy zastanawiałam się nad tym, po co zachowują się w taki, a nie inny sposób, ale mimo to czytałam książkę jak zahipnotyzowana. Lubię takie mroki w literaturze i bardzo polecam Wam książkę, która łączy w sobie urok Islandii i mrok ludzkich serc.

KSIĄŻKA POD PATRONATEM CZYTAM, BO LUBIĘ

Nie zdążę, Olga Gitkiewicz

Dowody Na Istnienie, 2019

Wpis powstał we współpracy z Virtualo.

Cztery lata dojazdu do liceum, trzy lata na studia licencjackie, dziesięć lat mieszkania w dużym mieście bez samochodu w rodzinie, brak prawa jazdy. To ja, człowiek, który jeździ komunikacją miejską, pociągami, autokarami, w ostateczności taksówką. Człowiek, który dużo może powiedzieć o zbiorczej komunikacji. Człowiek, który na własne oczy doświadczył niewygód, który musiał zmywać się z udanej imprezy, by zdążyć wrócić przed nocą do domu i nieraz czekał na zimnie lub upale na autobus, który nie wyjechał w trasę. O takich ludziach między innymi pisze Olga Gitkiewicz w reportażu „Nie zdążę”.

Autorka bierze pod lupę transport zbiorczy, autobusy, PKS-y, kolej. Pokazuje jak druzgocący wpływ na komunikację miały przemiany ustrojowe na początku lat 90. XX wieku. PKP podzieliło się wówczas na niezliczone spółki, które zajmowały się obsługą tylko wycinka połączeń. Trasy, które nie przynosiły spodziewanych zysków, zamykano, a nawet celowo działano tak, by zniechęcić ludzi do korzystania z pociągów i w rezultacie zlikwidować połączenia, zostawiając na głowach podróżnych problem np. dojazdu do pracy. Wielu przesiadło się w samochody, ale to tylko pogłębiło wykluczenie komunikacyjne tych, którzy z różnych powodów nie siedli za kółkiem.

Dla mnie najbardziej znienawidzoną formą transportu osobowego są tzw. busiki. Furgonetki przerobione w taki sposób, by upakować w nie jak najwięcej podróżnych. Rzecz mało znana w dużych miastach, lecz na porządku dziennym w mniejszych miejscowościach, gdzie nie działają linie autobusowe. Wiele razy nie miałam wyboru i musiałam podróżować w taki sposób, co najczęściej było koszmarnym przeżyciem. Począwszy od zaduchu, ciasnoty, smrodu spalin, przez niedziałające wycieraczki w deszczu, aż po kierowcę, który minął się z powołaniem i zamiast do samochodu rajdowego, wsiadł do przewożącego pasażerów busika. Olga Gitkiewicz dokłada swoje obserwacje, na przykład wspomina o braku aktualnych rozkładów jazdy lub ich całkowitej nieczytelności.

Ta analiza stanu komunikacji zbiorczej w Polsce jest dla mnie strasznie przygnębiająca, bo doskonale rozumiem rozgoryczenie ludzi odciętych od atrakcji, pracy, szkół. To książka dla nich, lecz także dla tych, którzy absolutnie nie zdają sobie sprawy z problemu, ponieważ od lat nie skorzystali z komunikacji miejskiej i zbiorowej, od lat nie skasowali biletu, bo nawet do sklepu na rogu jadą samochodem. To także książka dla mojej pani fryzjerki, która po zrobieniu prawa jazdy uważa, że piesi mają za dużo praw. I dla aspirujących polityków, którzy chcieliby naprawdę coś zmienić w kraju. Wystarczy spojrzeć za granicę południową, by przekonać się, że można. Czytajcie!

Książka w formie ebooka do nabycia tutaj.

6 książek z imieniem w tytule

Są wakacje. Dużo czytam. Pomyślałam, że fajnie będzie czytać według jakiegoś porządku, stąd pomysł na tygodniowe wyzwania, w których udział biorą również moi znajomi z Instagrama. Dotychczas czytaliśmy: książki z imieniem lub nazwiskiem w tytule, książki z miejscem w tytule, książki ze zwierzęciem i książki z liczbą lub cyfrą.

Dzisiaj kilka słów o przeczytanych przeze mnie książkach z imieniem.

Lanny – Max Porter

Zysk i S-ka, 2019

Liczba stron: 220

Tłumaczenie:

To był znak z nieba! Gdy tylko ogłosiłam tygodniowe wyzwanie, dostałam od wydawnictwa propozycję napisania blurba (polecanki na okładkę) do książki pt: „Lanny”. Cóż to była za cudowna lektura. Nie mogłam się oderwać w nocy, a gdy pokonał mnie sen, rano pierwsze co zrobiłam do skończyłam lekturę. Lanny jest kilkuletnim chłopcem, który wraz z rodzicami przeprowadził się do podlondyńskiej wioski. Jego ojciec pracuje w firmie w Londynie, matka pisze książkę. Lanny natomiast korzysta z przestrzeni i natury. Snuje się po wsi i otaczających ją lasach. Czasem do siebie mówi, ale jego dziwactwo nie przysparza mu wrogów, ludzie raczej patrzą na niego z zaciekawieniem. Inne dzieci go lubią, choć w samej wsi nie ma zbyt wielu przyjaciół. Jednym z nich jest starszy artysta, który zgodził się przyjąć chłopca na lekcję rysunku. Między nimi rodzi się swoista więź. Niestety, pewnego dnia dochodzi do tragedii.

W „Lannym” zwraca uwagę nietypowa narracja oraz narastające poczucie zagrożenia. Zagrożenia, które nie przychodzi z zewnątrz, lecz jest częścią krajobrazu, natury, wsi. Tak jak pojawiający się na kartach powieści stwór, Praszczur Łuskiewnik, symbolizujący upływ czasu. Pisarstwo Potera skojarzyło mi się z niepokojącą prozą Jona McGregora. To niezapomniana książką, którą czytałam z duszą na ramieniu.

Amelia i Kuba. Mi się podoba – Rafał Kosik

Powergraph, 2019

Liczba stron: 252

Jedna z moich ulubionych, sprawdzonych serii dla dzieci. Amelia i Kuba mieszkają na zamkniętym osiedlu wraz z rodzeństwem i rodzicami. Młodsza siostra Kuby pragnie mieć zwierzątko, psa, kota, wiewiórkę, cokolwiek, co nie jest płazem, gadem ani rybą. Niestety, dziewczynka jest uczulona na sierść. Pewnego dnia jednak dostrzega w schronisku zabiedzonego kundla, który jest niemal łysy. Koniecznie musi przekonać rodziców do jego adopcji! Rusza lawina nieprawdopodobnych zdarzeń.

Te książki są naprawdę zabawne i niegłupie. Subtelnie uczą przez śmiech. Pokazują świat dorosłych i dzieci trochę w krzywym zwierciadle i są fajnie ilustrowane. Polecam każdą z nich! Ja jestem ich wielką fanką.

Gdzie jesteś, Bernadette? – Maria Semple

W.A.B., 2019

Liczba stron: 368

Tłumaczenie: Maciej Potulny

Chciałam przeczytać tę książkę od kilku lat, odkąd pojawiło się w Polsce pierwsze tłumaczenie tej powieści. Jakoś nigdy się nie złożyło. Ale gdy dostałam nowe, filmowe wydanie, pomyślałam, że czas na dobrą zabawę. Niestety, bardzo się myliłam. Humoru w tej książce jest tyle co kot napłakał, no chyba, że kogoś śmieszy, jak bohaterka nazywa swoje sąsiadki gzami. Tytułowa Bernadette jest znerwicowaną, cierpiącą na agorafobię zamożną kobietą, która tak nie lubi interakcji z obcymi, że do załatwiania najprostszych spraw wynajmuje asystentkę z zagranicy, z którą kontaktuje się mailowo. Gdy córka Bernadette kończy szkołę z wyróżnieniem, proponuje, by w nagrodę cała rodzina udała się na Antarktydę. Dla Bernadette to spełnienie koszmaru – ona i rejs statkiem w obcymi ludźmi? Od tej pory zaczyna jeszcze bardziej bzikować.

Nuda, suchary i strata czasu. Już chyba lepiej iść do kina, bo i bilet tańszy od książki i nawet jak film będzie do niczego, to trwa krócej niż przeczytanie tej książki.

Halina. Dziś już nie ma takich kobiet – Anna Kamińska

Wydawnictwo Literackie, 2019

Liczba stron: 468

Nie ma lepszej biografki od Anny Kamińskiej – z każdej historii zrobi opowieść, od której nie można się oderwać. „Halina” to biografia polskiej himalaistki Haliny Kruger-Syrokomskiej, która swego czasu rywalizowała z Wandą Rutkiewicz. To historia o pasji i oddaniu, opowieść o kobiecie, która znalazła swoje miejsce w górach, a życie na nizinach było dla niej tylko przygrywką. Ta książka to nie tylko zapis osiągnięć w najwyższych górach, lecz także opowieść o życiu młodych ludzi we wczesnym PRL, wyjazdach do Zakopanego, przyjaźniach, romansach. Czyta się jak złoto. Z jednej strony nie chciałam kończyć, bo wiedziałam, jaki był koniec i że nastąpił stanowczo za szybko, z drugiej strony nie dało się zwolnić, bo słowa same mnie niosły. Koniecznie czytajcie.

Artemizja – Nathalie Ferlut, Tamia Baudoiun

Marginesy, 2019

Liczba stron: 96

Tłumaczenie: Olga Mysłowska

Komiksowa biografia siedemnastowiecznej malarki Artemizji Gentileschi, która nie miała szans w świecie sztuki zdominowanym przez mężczyzn. Jako córka malarza i jedyne jego dziecko przejawiające jakikolwiek talent malarski, była wykorzystywana przez ojca do mieszania farb, robienia podmalówek i pozowania do obrazów. Sama również malowała, ale nie mogła wystawiać ani sprzedawać obrazów pod swoim nazwiskiem, ponieważ w tym okresie było to niezgodne z prawem. Jej los staje się jeszcze żałośniejszy, gdy wpada w oko pewnemu malarzowi, który pod pozorem udzielania jej lekcji, wykorzystuje pozbawioną praw dziewczynę… To książka o walce o siebie, o wyboistej drodze do sukcesu i o podłości świata mężczyzn. Poruszająca, przejmująco smutna, lecz niosąca przesłanie, że warto mimo wszystko walczyć.

Pani Stefa – Magdalena Kicińska

Wydawnictwo Czarne, 2015

Liczba stron: 272

Stefania Wilczyńska to niemal zapomniana prawa ręka Janusza Korczaka, która wraz z nim prowadziła domy dla sierot w Warszawie. Zajmowała się w nich dosłownie wszystkim, bez niej, jej pomysłów, innowacji, silnej, lecz czułej ręki nic by się nie udało. Korczak był od zabaw i idei, Wilczyńska od rozwiązywania codziennych problemów. Jak niewiele o niej wiadomo świadczy fakt, że wiele stron tej książki to przedruk listów, które wymieniała ze swoją przyjaciółką i wychowanką z Izreala. Twardych faktów autorka nie znalazła zbyt wiele. Dzieci, którymi się opiekowała, w większości nie przeżyły wojny, a te które żyją, niewiele potrafią powiedzieć o pani Stefie. Były małe, a ona po prostu była na swoim stanowisku. Jedne pamiętają ją jako sprawiedliwą, inne wręcz przeciwnie. Pamięć dziecka działa nieco inaczej, a po tylu latach trudno dowiedzieć się czegoś pewnego.

Według mnie nie było dość materiałów na całą książkę. Przez to wydała mi się niepotrzebnie rozdęta, jakby niedobór faktów autorka próbowała zasklepić zgadywaniem, cytatami z listów, opisami nieistniejących miejsc. Trochę zawód, trochę współczucie dla Magdaleny Kicińskiej, że praca nad książką okazała się tak trudna i niewdzięczna.

Do końca świata, Tomasz Maruszewski

Prószyński i S-ka, 2019

Liczba stron: 256

Książka Maruszewskiego była dla mnie wielką niewiadomą. W zasadzie przyjęłam ją do recenzji tylko dzięki rekomendacji Jarka Czechowicza z Krytycznym okiem. Autor jest debiutantem, a opis brzmi bardzo tajemniczo i w zasadzie nie udziela odpowiedzi na to, o czym jest ta powieść, więc normalnie nie zaryzykowałabym swojego czasu.

Gdybym miała odpowiedzieć jednym słowem, o czym jest „Do końca świata”, chyba zdecydowałabym się na „żałobę”, bo w niej pogrążony jest główny bohater, opłakujący swoją Madzię, z którą przeżył wiele lat, wychował syna i budował firmę. Poznajemy go w dniu, gdy dzięki synowi i przyjacielowi wstaje z łóżka po kilku tygodniach rozpaczy i depresji. To jednocześnie moment, gdy zaczyna budować swój świat na gruzach dawnego życia i próbuje naprawić to, co zepsuł przez lata nieuwagi, lekceważenia potrzeb żony, pracoholizmu. Jego odnowa ma w sobie coś z szaleństwa, chociaż czytelnik z początku nie wie, dlaczego zachowanie bohatera jest dziwne, domyśla się, że odbiega ono od normy po reakcjach współpracowników, rodziny i przyjaciół tego pogrążonego w żałobie człowieka .

Książka byłaby zwykłą opowieścią o miłości, gdyby nie fakt, iż autor kilka razy zaskakuje czytelnika, powoli odkrywając wszystkie karty tej historii. Jak normalnie nie czytam, bo nudzę się przy książkach o miłości, (czy to szczęśliwej, czy nieszczęśliwej) tutaj nie miałam problemu z czytaniem, ponieważ skupiałam się na żałobie, smutku i ich PRZYCZYNACH niż na samym wątku miłosnym.

Warto też wspomnieć o języku, jakim napisana jest ta książka – z początku wydał mi się przekombinowany, niepotrzebnie skłaniający się ku liryce. Jednak ostatecznie uważam, że dzięki nieoczywistym sformułowaniom powieść zyskała otoczkę surrealizmu i tajemniczości. Maruszewski chętnie eksperymentuje z gatunkami wprowadzając do fabuły elementy science fiction, porusza się na granicy romansu i książki psychologicznej. Dzięki tej niejednoznaczności wyróżnia się na plus. Widzę potencjał.