Archiwa tagu: literatura polska

444, Maciej Siembieda

444Wielka Litera, 2017

Liczba stron: 560

Książka, o której mówi się, że jest polskim odpowiednikiem powieści Dana Browna wydawała mi się dobrym wyborem na wakacyjny wyjazd. Nic zobowiązującego, nic, co sprawiłoby, że wybrałabym książkę zamiast spaceru po plaży, nic przygnębiającego, żeby nie popsuło mi nastroju. I to był dobry wybór.

Dziennikarz wpada na trop zaginionego obrazu Jana Matejki pt: „Chrzest Władysława Warneńczyka”. Dokopuje się do informacji, iż na płótnie zakodowana jest ważna informacja, która mogłaby pomóc w pojednaniu religii katolickiej z islamem. Kontaktuje się z IPN-em, licząc, że instytucja zaangażuje się w poszukiwania obrazu. Jednak w drodze na spotkanie z Jakubem Kanią, zostaje zabity w wyniku zderzenia z ciężarówką. Kania nie może otrząsnąć się z wrażenia, że dzieje się coś dziwnego. Postanawia przyjrzeć się sprawie obrazu. Dochodzi do coraz bardziej wstrząsających wniosków.

Współczesna historia detektywistyczna przeplatana jest scenami z przeszłości – według przepowiedni dotychczas były trzy z czterech szans na pojednanie obu religii, lecz nie doszły do skutku ze względu na wiele okoliczności. Najważniejsza z nich to niechęć władz kościoła oraz Muzułmanów, którzy zawiązali organizację, mającej na celu przeciwdziałanie oraz dezinformacja. Stawka jest wysoka, więc członkowie stowarzyszenia bez skrupułów usuwają z drogi tych, którzy za bardzo zbliżają się do prawdy o miejscu przechowywania obrazu. Kania również jest w niebezpieczeństwie. Nie za bardzo się tym przejmuje, bo zajęty jest przepiękną kobietą, wnuczką człowieka, który jako pierwszy zaczął zbierać informacje o obrazie i był coraz bliższy odnalezienia zaginionego dzieła.

„444” to książka, miła, lekka, przyjemna. Dość rozbudowana, nawet nieco za bardzo, kilka scen bym wycięła (szczególnie nie podobał mi się ostatni rozdział zabierający nas w odległą przyszłość). Chwilami bardzo wciągająca, najbardziej podobały mi się opisy śledztw IPN-owskich, o których opowiadał Kania. Chciałbym więcej o nich poczytać. Główny wątek wydawał mi się mocno naciągany, choć rozumiem, że islamiści i katolicy za wszelką cenę chcieliby uniknąć pojednania, bo nie leży ono w interesie żadnej opcji. Momentami książka trochę przegadana, na plus natomiast zaliczam upchnięcie wątku romantycznego gdzieś w tyle toczącej się akcji. Sięgnę po kolejną książkę autora, gdy się ukaże. A „444” polecam tym, którzy lubią spiski, wątki sensacyjne, książki z szybką akcją.

Wszystkie dzieci Louisa, Kamil Bałuk

wszystkie-dzieci-louisaDowody na Istnienie, 2017

Liczba stron: 304

Grunt to dobry temat. Debiutant Kamil Bałuk znalazł temat samograj. Podkręcił go swoim talentem i napisał reportaż, który stawia mnóstwo pytań i porusza problem, o którym w Polsce niewiele się mówi. Nawet nie wiem, czy działają u nas banki spermy, a jeśli tak to jakie obowiązują regulacje prawne. Autor skupia się bowiem na Holandii, kraju, gdzie od kilkudziesięciu lat bezdzietne pary, bądź singielki pragnące dziecka, mogą skorzystać z nasienia dawcy w jednej z kilku klinik. Problem w tym, że przez wiele lat kliniki te działały bez żadnych kontroli ani regulacji, dając pole do nadużyć i nieetycznych zachowań.

Wszystko zaczyna się od dorosłych dzieci, które wiedzą, że są z dawcy i pragną znaleźć swojego biologicznego ojca. Sprawa jest trudna, ponieważ przez wiele lat w Holandii dawcy byli anonimowi. Wiele klinik zostało zamkniętych, gdy w życie weszły przepisy o obowiązkowej rejestracji dawców. W międzyczasie poginęły dokumenty, o ile w ogóle istniały, ponieważ, jak się okazuje, w jednej z klinik, mającej najbardziej spektakularne wyniki, od samego początku panował bałagan. Dziennikarskie śledztwo ujawnia, że z jednego dawcy mogło począć się około 200 dzieci. Tytułowy Louis, ciemnoskóry Surinamczyk od dziecka mieszkający w Holandii z oddawania nasienia uczynił swoje „hobby” i misję. Dopiero dzięki finansowemu wsparciu telewizji udało mu się odnaleźć niektóre swoje biologiczne dzieci. A dzieciom swoje półrodzeństwo oraz dawcę.

Historię czyta się na jednym tchu, aczkolwiek mnie cały czas dręczyło pytanie: Po jaką cholerę ktoś chciałby szukać człowieka, którego jedyną zasługą w ich życiu, było oddanie nasienia do kubeczka? I po jaką cholerę szukać „rodzeństwa” po całym kraju? Przecież tak naprawdę tych ludzi nic nie łączy – jedynie to, że ich matki w pragnieniu posiadania dziecka trafiły wiele lat temu do tej samej kliniki. Co prawda dzięki ich dociekaniom media ustaliły ogrom nieprawidłowości w działaniu kliniki, lecz tak naprawdę w tej chwili nic już z tym nie można zrobić.

Zabrakło mi odpowiedzi na wiele pytań – przede wszystkim nie wiadomo czy obecnie funkcjonuje jakiś ogólnokrajowy system regulujący ilość poczęć z jednego dawcy. Nie wiadomo również w jakim stopniu lekarze wpływają na jakość nasienia dawcy – czy ci są badani pod względem chorób, które mogą przekazać potomstwu za pomocą kodu genetycznego. To rodzi kolejne pytania, i tak dalej, i tak dalej. Reportaż Bałuka, choć zupełnie oderwany od spraw, którymi żyje się na co dzień, niesie za sobą ładunek emocjonalny oraz chęć zgłębienia tematu, by móc sobie odpowiedzieć na pytania, które wciąż się pojawiają podczas lektury. Świetne pióro, nos do tematów. Warto przeczytać!

Królowa śniegu, Anna Klejzerowicz

krolowa-snieguWydawnictwo Filia, 2017

Liczba stron: 280

Przez niekończącą się w tym roku zimę, musiałam poczekać z czytaniem tej powieści do czasu aż zrobiło się ciepło. Chybabym zamarzła, gdybym czytała ją wcześniej, ponieważ akcja tej książki rozgrywa się na Pomorzu podczas ataku prawdziwej zimy – intensywne opady śniegu i silny mróz towarzyszą czytelnikowi przez prawie trzysta stron.

W tej fatalnej pogodzie dochodzi do wielu przypadków zamarznięcia – głównie dotyka to wracających z knajpy pijanych mieszkańców miasteczka i okolicznych wsi. Wypadków tego typu jest tak dużo, że zwraca to uwagę lokalnej dziennikarki. Coś tu się nie zgadza. Felicja zyskuje pewność, że ktoś pomaga zejść pijakom z tego świata, gdy obok jednego trupa policjanci znajdują ślady kobiecych butów. Dziennikarka wraz z młodym policjantem próbują rozwikłać zagadkę tajemniczych śmierci, a kobietę polującą na samotnych i pijanych mężczyzn nazywają Królową Śniegu. Czym kieruje się morderczyni? Dlaczego wybrała te, a nie inne osoby? Wszystko się komplikuje, gdy Felicja dowiaduje się, że Królowa Śniegu grasowała w okolicy wiele lat temu. Tylko dlaczego jej przyjaciółka, radna w gminie, próbuje zatuszować tę sprawę?

Na wpół prywatne śledztwo rozkręca się mniej więcej w połowie książki, wcześniej dowiadujemy się, co Felicja zawdzięcza przyjaciółce i jak jej się żyje w małym mieście. Początkowo luźne nitki zaczynają się zacieśniać, ale dość długo nie wiadomo, o co chodzi, choć Królowa Śniegu wciąż zbiera swoje żniwo. Anna Klejzerowicz portretuje życie na prowincji, gdzie wśród „swoich” żadna tajemnica nie pozostaje długo tajemnicą, ale obcy, nawet po latach życia w okolicy, nadal są traktowani z rezerwą. Trudno im przerwać zmowę milczenia, niełatwo zbudować szczere relacje. Tło społeczne, rodzące się uczucie oraz silne osadzenie powieści w realiach popegeerowskiej miejscowości to dobrze wykreowane realia dla powieści kryminalnej. Jeśli lubicie książki, w których śledztwo prowadzą amatorzy bez dostępu do laboratoriów i nowinek technicznych w dziedzinie kryminalistyki, na pewno spodoba wam się ta książka. Mnie się podobała i czekam na więcej od tej autorki.

Z góry widać tylko nic, Arek Borowik

z-gory-widac-tylko-nicWydawnictwo Dobra Literatura, 2017

Liczba stron: 400

Wszystko zaczyna się od pewnego typa – każdy takiego zna, nikt za nim nie przepada. Człowiek ten od lat pracuje na tym samym stanowisku, a jedyne, co opanował do perfekcji, to unikanie obowiązków. Biurko w biurze służył mu do chowania się przed przełożonymi, czasami zastępuje poduszkę. Pewnego dnia miarka się przebiera – Strawiński zostaje wezwany do gabinetu szefa. Chwyta się ostatniej deski ratunku i w zamian za kolejną szansę proponuje mu opowieść. A opowiadać umie jak mało kto.

Historie, które serwuje swojemu szefowi nawiązują do znanych baśni – o złotej rybce, Czerwonym Kapturku, sierotce Marysi i siedmiu krasnoludkach. Tę baśniowość dostrzega się dopiero później, ponieważ na pierwszy plan wysuwają się opowieści o ludzkich słabościach, pragnieniach, namiętnościach.

Poznajemy młodą aktorkę i jej męża pisarza. Ledwie wiążą koniec z końcem, marzą o sukcesie, wzajemnie się wspierają. Wszystko zmienia się w dniu, gdy mężczyzna ratuje tonącego chłopca. Okazuje się, że ocalił życie syna multimilionera, który obiecuje mu dozgonną wdzięczność i pomoc. W kolejnym opowiadaniu jesteśmy również świadkami toksycznych relacji pomiędzy matką i córką. Matka zarzuca córce, że nie umiała utrzymać przy sobie mężczyzny, kipią emocje. Wszystko to w obecności wnuczki. Dziewczynka zapłaci wysoką cenę za nieodpowiedzialność starszych kobiet. Ostatnia, najdłuższa opowieść rozbita jest na kilka części – ukazuje okrutny świat oraz świat, który można sobie obrzydzić niepohamowaną, chorobliwą zazdrością.

Każda z tych opowieści mogłaby zostać rozwinięta w powieść lub zekranizowana. Autor dotychczas pisał scenariusze filmów i seriali telewizyjnych, nic dziwnego, że w jego debiutanckiej książce uwypukla się filmowość kadrów i scen. Niezwykle ciekawe okazało się sięgnięcie do baśni, przełożenie ich na język współczesny i odegranie ich ponownie w miejskiej scenerii. Archetypiczne postawy ludzkie (zazdrość, chciwość, zemsta) są wdzięcznym tematem literackim, a Borowikowi dzięki odrobinie baśniowości udało się uniknąć płycizn i banału. Świetna książka dla tych, którzy lubią znane historie opowiedziane na nowo, lubią być zaskakiwani, pozwalają zaszaleć swojej wyobraźni, szukają w książkach czegoś świeżego. Polecam.

Opowiadania i słuchowiska. Klatka, Kazimierz Kummer

opowiadania-i-sluchowiska-kummerWydawnictwo Episteme, 2015

Liczba stron: 509

Nazwisko tego pisarza zupełnie nic mi nie mówiło, ale dałam namówić się na lekturę, gdyż zapewniano mnie, że to świetna, choć zapomniana literatura. Zaskoczyły mnie gabaryty i grubość tej książki – nie spodziewałam się, że Kummer stworzył tak wiele. Jak się później okazało za życia opublikował ułamek z tego, większość opowiadań i słuchowisk przetrwała w archiwach radiowych i domowych. Szczęśliwie dla nas, czytelników, trafiły do dobrego wydawnictwa i kilkadziesiąt lat po śmierci autora zostały wydane z należnym im szacunkiem.

Już kilka pierwszych opowiadań daje nam przedsmak tego, co czeka dalej. Utwory są bardzo realistyczne i nacechowane pesymistyczną wizją świata. Nic dziwnego, Kummer był krytyczny w stosunku do ustroju PRL-u, pisał tak jak dyktowało mu serce, a nie jak od niego oczekiwano. Opowiadania ułożono w tomie tematycznie – płynnie przechodzimy z jednego tematu w inny. Najpierw czytamy o stosunkach w rodzinach oraz w szkole – na linii nauczyciel – uczeń. Później autor skupia się na losach osób, które przeżyły wojnę – te najbardziej poruszające teksty dotyczą człowieka, który przeżył rozstrzelanie i wydobył się spod sterty ciał (są dwie wersje – obie doskonałe). Kummer przez chwilę koncentruje się na niechcianej ciąży i poświęca jej dwa teksty – w jednym młodzi rodzice chcą sprzedać noworodka bezdzietnej parze, w drugim dziewczyna pragnie dokonać aborcji. Następnie czytamy o więzieniu – bezsensownych pracach społecznych, udręce, nudzie, układach w celi.

W większości opowiadań na pierwszy plan wybija się brak nadziei, uwikłanie człowieka w czas i okoliczności, refleksja i gorycz poznania. Kummer pisze odważnie, prosto, porusza tematy uniwersalne. Chwilami jego styl kojarzył mi się z Hemingwayem (potem doczytałam, że był dla niego mistrzem), chwilami z Markiem Hłasko (podobne postrzeganie świata i bezkompromisowość), końcowa mini-powieść to nawiązanie do Kafki – człowiek obwożony po pegeerach w klatce kojarzy się i z „Metamorfozą” i z „Procesem”. Te moje skojarzenia to nie są zarzuty o nadmierne wzorowanie się, lecz podziw dla stylu, tematyki i odwagi poruszania takich tematów w czasach, gdy groziło za to więzienie. Jaka szkoda, że Kummer nie zdążył rozwinąć skrzydeł, że to w zasadzie wszystko, co po sobie pozostawił. Chciałabym więcej, bo im mniej przede mną było kartek, tym bardziej zwalniałam, żeby mieć go na dłużej. Szczęśliwie mam egzemplarz na półce i mam pewność, że na którejkolwiek stronie otworzę, wkroczę w pasjonującą opowieść. POLECAM!