Archiwa tagu: literatura polska

Śmierć czeskiego psa, Janusz Rudnicki

smierc-czeskiego-psaWAB, 2017

Liczba stron: 208

Czytałam ebooka z wydania sprzed kilku lat, lecz mniemam, że treść nie uległa zmianie w najnowszym wydaniu, którego okładką posłużyłam się w tym wpisie. Janusza Rudnickiego uwielbiam od chwili, gdy przeczytałam „Życiorystę„. Na nieszczęście autor nie wydaje książek zbyt często, więc dawkuję sobie to, co wydał w przeszłości. Zwykle więc sięgam po niego, gdy mam słabszy nastrój, bo nikt tak jak Rudnicki nie potrafi mnie rozweselić. I nikt tak pięknie nie kurwuje.

Ten tom składa się z kilku opowiadań, z których najbardziej zapadły mi w pamięć dwa plus jedno, którego treści aż tak dobrze nie pamiętam, ale Rudnicki wspaniale w nim przeklina opowiadając o współpasażerach w pociągu oraz perypetiach na festiwalu filmowym. Opowiadanie o czeskim psie opiera się na zbiegach okoliczności, które prowadzą do niejednej tragedii, z której cało wychodzi tylko narrator. Natomiast opowiadanie o człowieku, który na całą noc utknął na wyciągu krzesełkowym z gromnicą, którą chciał zapalić na szczycie góry, sprawiło, że dosłownie popłakałam się ze śmiechu. Pozostałe teksty są również świetne.

Druga część książki to teksty napisane w oparciu o przeczytane biografie, podobne do tych, które później znalazły się w „Życioryście” pierwszym (drugi właśnie się ukazał!). Będę się powtarzać, ale uwielbiam jak Rudnicki czyta za mnie książki i potem je opowiada. Jest cudownie analityczny, uszczypliwy i trafnie komentuje postępowanie bohaterów, o których pisze.

Inteligentna, zabawna lektura, która trafnie komentuje rzeczywistość jednocześnie pozostawiając pole wyobraźni. Nie dla tych, których rażą wulgaryzmy w książkach. Ja je uwielbiam w wykonaniu tego pisarza.

Kiedy będziemy deszczem, Dominika van Eijkelenborg

kiedy-bedziemy-deszczemWydawnictwo Kobiece, 2017

Liczba stron: 431

Kto mnie czyta, wie, że dość dużą niechęcią darzę powieści obyczajowe i romanse. Drażnią mnie schematy fabularne, przewidywalność i nadmiar słodyczy. Po książkę „Kiedy będziemy deszczem” sięgnęłam, ponieważ jest reklamowana jako thriller. I rzeczywiście już na samym początku dowiadujemy się, że holenderska policja prowadzi poszukiwania kobiety polskiego pochodzenia, matki dwojga małych dzieci, niepracującej żony, która wieczorem wyszła na spacer z psem i nie wróciła do domu. W komputerze potencjalnej ofiary znajdują mejle do koleżanki, pisane po polsku, więc sprowadzają tłumaczkę, która ma przełożyć ich treść. Policjanci spodziewają się, że znajdą w nich coś, co pomoże kobietę odnaleźć lub zakwalifikować jej zaginięcie jako ucieczkę.

Po kilkudziesięciu stronach ten wątek się urywa i następuje retrospekcja zdarzeń prowadzących do tego fatalnego wieczoru, kiedy zaginęła Inga. I tu zaczyna się coś, co jest dla mnie watą słowną. Opis jej życia z dwójką dzieci i wiecznie nieobecnym (ciałem lub duchem) mężem, który prowadzi… no wiadomo do czego, choć akurat tutaj sprawa się mocno komplikuje, bo wybranek jest dużo młodszy. I lecimy ze schematami – wychodzi na spacer z dziećmi i… kogo spotyka, gdy brakuje jej rąk do ogarnięcia dwójki rozbieganych dzieciaków? Spada jej łańcuch w rowerze i… kto jej pomaga? Przyczepia się do niej bezdomny pies i… kto jest specjalistą od tresury? Wątek z psem jest całkiem sympatyczny, choć chwilami miałam wrażenie, że autorka mocno bazowała na programach lub książkach Cesara Milana. Dopiero pod koniec znowu następuje zwrot akcji i z romansu przechodzimy w czas rzeczywisty zaginięcia i tutaj pojawia się mały dreszczyk emocji.

W związku z tym nie jestem zachwycona tą powieścią, tym bardziej, że tekst naszpikowany jest zdaniami w stylu wieszcza Coelho, kwieciste frazy i barokowe porównania kłują mnie w oczy. Nie przekonuje mnie zupełnie postać męża Ingi – żaden facet nie jest tak zajęty robotą, żeby nie zauważyć rywala pod nosem. To również typowe dla literatury obyczajowo-romansowej przerysowanie postaci. Uczciwie jednak przyznaję, że doczytałam książkę do samego końca i czytałam ją z zaciekawieniem, choć omiatałam kartki wypełnione watą słowną jedynie przelotnym spojrzeniem, żeby tylko zorientować się co i jak. Chciałam się dowiedzieć, jak to było z jej zniknięciem.

Wnioski?

Jeśli chcecie thrillera – omijać!

Jeśli lubicie powieści o miłości – czytać!

Jeśli lubicie powieści obyczajowe z wątkiem sensacyjnym – czytać!

Dizajn tamtych czasów, Wojciech Grabowski

dizajn-tamtych-czasowNisza, 2017

Liczba stron: 128

Polskie wzornictwo z lat PRL-u przeżywa ostatnio swój comeback. Pojawiają się książki, z których możemy dowiedzieć się, jakie sprzęty i meble warto zachować ze względu na ich rosnącą wartość oraz niepowtarzalny wygląd. Pisze się też o projektantach. Ta publikacja ma nieco odmienny charakter – w 15 opowieściach o rzeczach zapamiętanych z dzieciństwa autor opowiada o sobie i ówczesnym świecie.

Junkers, motorynka, radio z pokrętłami i skalą zatrzymującą się na egzotycznie brzmiących nazwach miast, charakterystyczne linie tramwajów i autobusów i syrenki z drzwiami otwierającymi się „pod wiatr”. Te przedmioty i kilka innych towarzyszyły autorowi w dzieciństwie i wczesnej młodości. Zapewne zwróciliście uwagę na przewagę wehikułów – to najwyraźniej najbardziej go kręciło, gdy był dzieckiem, a mnie, szczerze mówiąc, nieco to przeszkadzało, bo akurat pojazdy to całkowicie nie moja bajka. Sprawę jednak ratują naprawdę ciekawe historie ukazujące dziecięcy zachwyt światem, a także lęki, ciekawość i pasję poznawczą. Jednocześnie ponownie (lub po raz pierwszy, w zależności od wieku) patrzymy na świat jakiego już nie ma.

Ilekroć czytam tego typu książki zastanawiam się nad tym, co sprawia, że tak wiele osób z sentymentem opowiada o czasach, które nie były ani spokojne, ani ładne, ani szczęśliwe. Wydaje mi się, że to kwestia działania czasu, zacierają się kontury wspomnień, nie pamiętamy, że nie było czego włożyć do garnka, że sprzęt działał kiepsko i trzeba było go ciągle naprawiać, w telewizji były dwa programy, a radio zagłuszało zachodnie stacje. Dla osoby, która wtedy była dzieckiem, są to czasy względnej beztroski, poznawania świata, a pamięć przechowuje to, co nas zachwycało, a nie to, co irytowało. Stąd nawet braki w dostawie prądu autor teraz wspomina z sentymentem, choć kilkadziesiąt lat temu zapewne domownicy wkurzali się na nagłe zaciemnienie i wyrwanie z popołudniowo-wieczornej rutyny.

Ciekawe i ładnie napisane, spodoba się tym, którzy pamiętają tamten okres, a także tym, którzy lubią niebanalne opowieści o czasach dzieciństwa.

Ścigając marzenia. W pogoni za złotem, Andrzej Śliwa

scigajac-marzenia-w-pogoni-za-zlotemWydawnictwo Poligraf, 2016

Liczba stron: 243

Jakiś czas temu pisałam o pierwszej książce Andrzeja Śliwy opowiadającej o jego rozlicznych przygodach przeżytych podczas zawodowych wyjazdów w najodleglejsze zakątki ziemi, gdzie wraz z zespołem naukowców prowadził badania geologiczne. W tej książce autor skupia się na złocie. Złocie, które od wieków jest przedmiotem uwielbienia wielu ludzi, co więcej, tysiące zaraziły się tzw. gorączką złota i dla niego porzuciły swoje dotychczasowe życie. Z różnym skutkiem.

Snuta przez autora opowieść nie skupia się tylko na tym, co przez lata było (i jak mniemam, cały czas jest) jego zawodowym przedmiotem badań, choć to jest również bardzo ciekawe. Tym bardziej, że opowiedziane zostało w taki sposób, by nie odstraszać laika fachowymi terminami. Poszukiwanie nowych złóż, badania, jakie należy wykonać, by stwierdzić, czy znalezione złoże opłaca się eksploatować, warunki, jakie muszą zostać spełnione, by złoto mogło się wykształcić w skałach – wszystko to jest punktem wyjścia do dalszych opowieści.

W książce znajdziemy również historie opisujące gorączki złota, które elektryzowały cały świat. Czy mieliście pojęcie, że to nie jest termin z przeszłości? Nadal pojawiają się doniesienia o dużych złożach i budzą w ludziach pierwotne instynkty. Autor przytacza historie znalezienia wielkich samorodków, opowiada o życiu w kolonii poszukiwaczy złota, sporo miejsca poświęca również współczesnym nielegalnym kopaczom, którzy zawsze pojawiają się w miejscach badanych przez geologów i zabierają się za przesiewanie ziemi zanim na teren wkroczą licencjonowane firmy. Pisze też o oszustwach i szwindlach na wielką skalę, a także o konkwistadorach, starożytnych wydobywcach i grabieży złota w ubiegłych wiekach.

Andrzej Śliwa ma niewątpliwie bardzo dużą wiedzę i w przeciwieństwie do wielu fachowców, potrafi o swojej pracy opowiadać tak, że trafia do czytelników nie posiadających żadnej wiedzy w temacie.  Jest gawędziarzem, który od czasu do czasu wtrąca zabawną anegdotę lub którąś ze swoich licznych przygód. Pisze zajmująco, chociaż pisarzem nie jest. Lubię czytać jego książki, bo przybliżają mi świat od zupełnie innej strony, mówią o geologii tak, że gdybym miała wybierać studia, to rozważałabym studiowanie tego kierunku. I chciałabym być najlepsza, żeby podróżować, prowadzić badania na wszystkich kontynentach i przeżywać szalone przygody.

I jeszcze na koniec ciekawostka dla kinomaniaków. Wkrótce na ekrany kin wejdzie film pt: „Gold”, w którym gra Matthew McConaughey. Jedna z opisanych przez Andrzeja Śliwę sensacyjnych historii ze świata geologów, poszukiwaczy złota, dotyczy właśnie tego, o czym jest ten film. To zbieg okoliczności, ale jak miły dla autora i czytelników jego książki.

Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP, Patryk Pleskot

przekretZnak Horyzont, 2017

Liczba stron: 384

Czasem fajnie sobie przypomnieć sprawy i (wątpliwych) celebrytów sprzed lat, tak pomyślałam biorąc się za czytanie tej książki. Okazało się, że oprócz nazwisk mi znanych, autor opisał takich oszustów, o których wcześniej nie słyszałam, bo ich działalność przypadła na okres, kiedy nie było mnie na świecie lub wtedy, gdy bardziej interesowali mnie chłopcy niż śledzenie wiadomości z kraju i ze świata.

Część bohaterów tej książki już nie żyje, inni się ukrywają, jeden z nich nadal robi interesy, choć szczyt jego popularności już dawno minął. Zebrane w książce historie opowiadają o ludziach, którzy przede wszystkim chcieli zaistnieć, wyróżnić się, wyrwać ze swojego zwykle wiejskiego środowiska i zrobić coś wielkiego. Wielkiego, czyli w ich mniemaniu, przynoszącego pieniądze, szacunek, choćby przelotny, lub sławę. Wszystkim się to udało w pewnym zakresie. Anastazja Potocka przez łóżko wkręciła się w świat wielkiej polityki i wydała skandalizującą książkę. Kalibabka, zwany polskim Casanovą, opisywany był w gazetach, jego podboje i oszustwa stały się kanwą popularnego serialu o Tulipanie. Fałszywe franki Czesława Bojarskiego osiągają na aukcjach niesamowite ceny, a sprawą Zdzisława Najmordzkiego, mistrza ucieczek, żyła cała Polska.

To książka nie roszcząca sobie prawa do psychologicznej analizy przyczyn zachowania oszustów. Skupia się raczej na czynach, kilkakrotnie tylko zwracając uwagę na powtarzające się schematy lub cechy charakteru typowe dla opisywanych oszustów. To, z czego zasłynęli poszczególni bohaterowie, to niejednokrotnie kanwa do serialu lub pełnometrażowego filmu. Ich akcje były tak niewiarygodne, że gdyby nie zostały im udowodnione w sądzie, trudno byłoby w nie uwierzyć. Nabierali się wszyscy – od prostych ludzi, z którymi chyba było najłatwiej, po polityków i milicję/policję. Co więcej, niektórzy urzędnicy skompromitowali się tak bardzo, że nawet niszczyli obciążające ich dokumenty, żeby przypadkiem nie wyszło na jaw, że dali się owinąć oszustowi wokół palca.

Z siedmiu życiorysów tylko dwa, te związane ze światem polityki, wydały mi się mniej ciekawe, stąd zakładam z dużym przekonaniem, że każdy znajdzie w tej książce coś, co go zainteresuje. Jest napisana z niewielką ilością przypisów, jako że ma charakter popularnonaukowy, lecz ma stuprocentowe oparcie w faktach. Autor pisze zajmująco, chwilami nawet posługując się humorem (szczególnie w komentarzach do poszczególnych przekrętów żerujących na naiwności). Czyta się to doskonale – dla starszych będzie to pewnie przypomnienie afer, jakimi żyła Polska, dla młodszych odkrycie, że czasami prawdziwe życie pisze lepsze historie niż hollywoodzkie produkcje filmowe.