Archiwa tagu: literatura polska

Nie zdążę, Olga Gitkiewicz

Dowody Na Istnienie, 2019

Wpis powstał we współpracy z Virtualo.

Cztery lata dojazdu do liceum, trzy lata na studia licencjackie, dziesięć lat mieszkania w dużym mieście bez samochodu w rodzinie, brak prawa jazdy. To ja, człowiek, który jeździ komunikacją miejską, pociągami, autokarami, w ostateczności taksówką. Człowiek, który dużo może powiedzieć o zbiorczej komunikacji. Człowiek, który na własne oczy doświadczył niewygód, który musiał zmywać się z udanej imprezy, by zdążyć wrócić przed nocą do domu i nieraz czekał na zimnie lub upale na autobus, który nie wyjechał w trasę. O takich ludziach między innymi pisze Olga Gitkiewicz w reportażu „Nie zdążę”.

Autorka bierze pod lupę transport zbiorczy, autobusy, PKS-y, kolej. Pokazuje jak druzgocący wpływ na komunikację miały przemiany ustrojowe na początku lat 90. XX wieku. PKP podzieliło się wówczas na niezliczone spółki, które zajmowały się obsługą tylko wycinka połączeń. Trasy, które nie przynosiły spodziewanych zysków, zamykano, a nawet celowo działano tak, by zniechęcić ludzi do korzystania z pociągów i w rezultacie zlikwidować połączenia, zostawiając na głowach podróżnych problem np. dojazdu do pracy. Wielu przesiadło się w samochody, ale to tylko pogłębiło wykluczenie komunikacyjne tych, którzy z różnych powodów nie siedli za kółkiem.

Dla mnie najbardziej znienawidzoną formą transportu osobowego są tzw. busiki. Furgonetki przerobione w taki sposób, by upakować w nie jak najwięcej podróżnych. Rzecz mało znana w dużych miastach, lecz na porządku dziennym w mniejszych miejscowościach, gdzie nie działają linie autobusowe. Wiele razy nie miałam wyboru i musiałam podróżować w taki sposób, co najczęściej było koszmarnym przeżyciem. Począwszy od zaduchu, ciasnoty, smrodu spalin, przez niedziałające wycieraczki w deszczu, aż po kierowcę, który minął się z powołaniem i zamiast do samochodu rajdowego, wsiadł do przewożącego pasażerów busika. Olga Gitkiewicz dokłada swoje obserwacje, na przykład wspomina o braku aktualnych rozkładów jazdy lub ich całkowitej nieczytelności.

Ta analiza stanu komunikacji zbiorczej w Polsce jest dla mnie strasznie przygnębiająca, bo doskonale rozumiem rozgoryczenie ludzi odciętych od atrakcji, pracy, szkół. To książka dla nich, lecz także dla tych, którzy absolutnie nie zdają sobie sprawy z problemu, ponieważ od lat nie skorzystali z komunikacji miejskiej i zbiorowej, od lat nie skasowali biletu, bo nawet do sklepu na rogu jadą samochodem. To także książka dla mojej pani fryzjerki, która po zrobieniu prawa jazdy uważa, że piesi mają za dużo praw. I dla aspirujących polityków, którzy chcieliby naprawdę coś zmienić w kraju. Wystarczy spojrzeć za granicę południową, by przekonać się, że można. Czytajcie!

Książka w formie ebooka do nabycia tutaj.

6 książek z imieniem w tytule

Są wakacje. Dużo czytam. Pomyślałam, że fajnie będzie czytać według jakiegoś porządku, stąd pomysł na tygodniowe wyzwania, w których udział biorą również moi znajomi z Instagrama. Dotychczas czytaliśmy: książki z imieniem lub nazwiskiem w tytule, książki z miejscem w tytule, książki ze zwierzęciem i książki z liczbą lub cyfrą.

Dzisiaj kilka słów o przeczytanych przeze mnie książkach z imieniem.

Lanny – Max Porter

Zysk i S-ka, 2019

Liczba stron: 220

Tłumaczenie:

To był znak z nieba! Gdy tylko ogłosiłam tygodniowe wyzwanie, dostałam od wydawnictwa propozycję napisania blurba (polecanki na okładkę) do książki pt: „Lanny”. Cóż to była za cudowna lektura. Nie mogłam się oderwać w nocy, a gdy pokonał mnie sen, rano pierwsze co zrobiłam do skończyłam lekturę. Lanny jest kilkuletnim chłopcem, który wraz z rodzicami przeprowadził się do podlondyńskiej wioski. Jego ojciec pracuje w firmie w Londynie, matka pisze książkę. Lanny natomiast korzysta z przestrzeni i natury. Snuje się po wsi i otaczających ją lasach. Czasem do siebie mówi, ale jego dziwactwo nie przysparza mu wrogów, ludzie raczej patrzą na niego z zaciekawieniem. Inne dzieci go lubią, choć w samej wsi nie ma zbyt wielu przyjaciół. Jednym z nich jest starszy artysta, który zgodził się przyjąć chłopca na lekcję rysunku. Między nimi rodzi się swoista więź. Niestety, pewnego dnia dochodzi do tragedii.

W „Lannym” zwraca uwagę nietypowa narracja oraz narastające poczucie zagrożenia. Zagrożenia, które nie przychodzi z zewnątrz, lecz jest częścią krajobrazu, natury, wsi. Tak jak pojawiający się na kartach powieści stwór, Praszczur Łuskiewnik, symbolizujący upływ czasu. Pisarstwo Potera skojarzyło mi się z niepokojącą prozą Jona McGregora. To niezapomniana książką, którą czytałam z duszą na ramieniu.

Amelia i Kuba. Mi się podoba – Rafał Kosik

Powergraph, 2019

Liczba stron: 252

Jedna z moich ulubionych, sprawdzonych serii dla dzieci. Amelia i Kuba mieszkają na zamkniętym osiedlu wraz z rodzeństwem i rodzicami. Młodsza siostra Kuby pragnie mieć zwierzątko, psa, kota, wiewiórkę, cokolwiek, co nie jest płazem, gadem ani rybą. Niestety, dziewczynka jest uczulona na sierść. Pewnego dnia jednak dostrzega w schronisku zabiedzonego kundla, który jest niemal łysy. Koniecznie musi przekonać rodziców do jego adopcji! Rusza lawina nieprawdopodobnych zdarzeń.

Te książki są naprawdę zabawne i niegłupie. Subtelnie uczą przez śmiech. Pokazują świat dorosłych i dzieci trochę w krzywym zwierciadle i są fajnie ilustrowane. Polecam każdą z nich! Ja jestem ich wielką fanką.

Gdzie jesteś, Bernadette? – Maria Semple

W.A.B., 2019

Liczba stron: 368

Tłumaczenie: Maciej Potulny

Chciałam przeczytać tę książkę od kilku lat, odkąd pojawiło się w Polsce pierwsze tłumaczenie tej powieści. Jakoś nigdy się nie złożyło. Ale gdy dostałam nowe, filmowe wydanie, pomyślałam, że czas na dobrą zabawę. Niestety, bardzo się myliłam. Humoru w tej książce jest tyle co kot napłakał, no chyba, że kogoś śmieszy, jak bohaterka nazywa swoje sąsiadki gzami. Tytułowa Bernadette jest znerwicowaną, cierpiącą na agorafobię zamożną kobietą, która tak nie lubi interakcji z obcymi, że do załatwiania najprostszych spraw wynajmuje asystentkę z zagranicy, z którą kontaktuje się mailowo. Gdy córka Bernadette kończy szkołę z wyróżnieniem, proponuje, by w nagrodę cała rodzina udała się na Antarktydę. Dla Bernadette to spełnienie koszmaru – ona i rejs statkiem w obcymi ludźmi? Od tej pory zaczyna jeszcze bardziej bzikować.

Nuda, suchary i strata czasu. Już chyba lepiej iść do kina, bo i bilet tańszy od książki i nawet jak film będzie do niczego, to trwa krócej niż przeczytanie tej książki.

Halina. Dziś już nie ma takich kobiet – Anna Kamińska

Wydawnictwo Literackie, 2019

Liczba stron: 468

Nie ma lepszej biografki od Anny Kamińskiej – z każdej historii zrobi opowieść, od której nie można się oderwać. „Halina” to biografia polskiej himalaistki Haliny Kruger-Syrokomskiej, która swego czasu rywalizowała z Wandą Rutkiewicz. To historia o pasji i oddaniu, opowieść o kobiecie, która znalazła swoje miejsce w górach, a życie na nizinach było dla niej tylko przygrywką. Ta książka to nie tylko zapis osiągnięć w najwyższych górach, lecz także opowieść o życiu młodych ludzi we wczesnym PRL, wyjazdach do Zakopanego, przyjaźniach, romansach. Czyta się jak złoto. Z jednej strony nie chciałam kończyć, bo wiedziałam, jaki był koniec i że nastąpił stanowczo za szybko, z drugiej strony nie dało się zwolnić, bo słowa same mnie niosły. Koniecznie czytajcie.

Artemizja – Nathalie Ferlut, Tamia Baudoiun

Marginesy, 2019

Liczba stron: 96

Tłumaczenie: Olga Mysłowska

Komiksowa biografia siedemnastowiecznej malarki Artemizji Gentileschi, która nie miała szans w świecie sztuki zdominowanym przez mężczyzn. Jako córka malarza i jedyne jego dziecko przejawiające jakikolwiek talent malarski, była wykorzystywana przez ojca do mieszania farb, robienia podmalówek i pozowania do obrazów. Sama również malowała, ale nie mogła wystawiać ani sprzedawać obrazów pod swoim nazwiskiem, ponieważ w tym okresie było to niezgodne z prawem. Jej los staje się jeszcze żałośniejszy, gdy wpada w oko pewnemu malarzowi, który pod pozorem udzielania jej lekcji, wykorzystuje pozbawioną praw dziewczynę… To książka o walce o siebie, o wyboistej drodze do sukcesu i o podłości świata mężczyzn. Poruszająca, przejmująco smutna, lecz niosąca przesłanie, że warto mimo wszystko walczyć.

Pani Stefa – Magdalena Kicińska

Wydawnictwo Czarne, 2015

Liczba stron: 272

Stefania Wilczyńska to niemal zapomniana prawa ręka Janusza Korczaka, która wraz z nim prowadziła domy dla sierot w Warszawie. Zajmowała się w nich dosłownie wszystkim, bez niej, jej pomysłów, innowacji, silnej, lecz czułej ręki nic by się nie udało. Korczak był od zabaw i idei, Wilczyńska od rozwiązywania codziennych problemów. Jak niewiele o niej wiadomo świadczy fakt, że wiele stron tej książki to przedruk listów, które wymieniała ze swoją przyjaciółką i wychowanką z Izreala. Twardych faktów autorka nie znalazła zbyt wiele. Dzieci, którymi się opiekowała, w większości nie przeżyły wojny, a te które żyją, niewiele potrafią powiedzieć o pani Stefie. Były małe, a ona po prostu była na swoim stanowisku. Jedne pamiętają ją jako sprawiedliwą, inne wręcz przeciwnie. Pamięć dziecka działa nieco inaczej, a po tylu latach trudno dowiedzieć się czegoś pewnego.

Według mnie nie było dość materiałów na całą książkę. Przez to wydała mi się niepotrzebnie rozdęta, jakby niedobór faktów autorka próbowała zasklepić zgadywaniem, cytatami z listów, opisami nieistniejących miejsc. Trochę zawód, trochę współczucie dla Magdaleny Kicińskiej, że praca nad książką okazała się tak trudna i niewdzięczna.

Do końca świata, Tomasz Maruszewski

Prószyński i S-ka, 2019

Liczba stron: 256

Książka Maruszewskiego była dla mnie wielką niewiadomą. W zasadzie przyjęłam ją do recenzji tylko dzięki rekomendacji Jarka Czechowicza z Krytycznym okiem. Autor jest debiutantem, a opis brzmi bardzo tajemniczo i w zasadzie nie udziela odpowiedzi na to, o czym jest ta powieść, więc normalnie nie zaryzykowałabym swojego czasu.

Gdybym miała odpowiedzieć jednym słowem, o czym jest „Do końca świata”, chyba zdecydowałabym się na „żałobę”, bo w niej pogrążony jest główny bohater, opłakujący swoją Madzię, z którą przeżył wiele lat, wychował syna i budował firmę. Poznajemy go w dniu, gdy dzięki synowi i przyjacielowi wstaje z łóżka po kilku tygodniach rozpaczy i depresji. To jednocześnie moment, gdy zaczyna budować swój świat na gruzach dawnego życia i próbuje naprawić to, co zepsuł przez lata nieuwagi, lekceważenia potrzeb żony, pracoholizmu. Jego odnowa ma w sobie coś z szaleństwa, chociaż czytelnik z początku nie wie, dlaczego zachowanie bohatera jest dziwne, domyśla się, że odbiega ono od normy po reakcjach współpracowników, rodziny i przyjaciół tego pogrążonego w żałobie człowieka .

Książka byłaby zwykłą opowieścią o miłości, gdyby nie fakt, iż autor kilka razy zaskakuje czytelnika, powoli odkrywając wszystkie karty tej historii. Jak normalnie nie czytam, bo nudzę się przy książkach o miłości, (czy to szczęśliwej, czy nieszczęśliwej) tutaj nie miałam problemu z czytaniem, ponieważ skupiałam się na żałobie, smutku i ich PRZYCZYNACH niż na samym wątku miłosnym.

Warto też wspomnieć o języku, jakim napisana jest ta książka – z początku wydał mi się przekombinowany, niepotrzebnie skłaniający się ku liryce. Jednak ostatecznie uważam, że dzięki nieoczywistym sformułowaniom powieść zyskała otoczkę surrealizmu i tajemniczości. Maruszewski chętnie eksperymentuje z gatunkami wprowadzając do fabuły elementy science fiction, porusza się na granicy romansu i książki psychologicznej. Dzięki tej niejednoznaczności wyróżnia się na plus. Widzę potencjał.

Toksyczność, Jarosław Czechowicz

Prószyński i S-ka, 2019

Liczba stron: 256

Z czym kojarzy mi się tytuł? Z toksyną, która podstępnie zatruwa organizm, sączy się, ogarnia coraz większy obszar. A jeśli toksyczność dotyczy rodziny? Jeśli jej źródłem jest ten, kto powinien dbać o dobrostan swoich bliskich?

Janina pochodzi z wiejskiej, niezamożnej rodziny, jest najstarszą siostrą. Rodzina jest uboga w dobra materialne i uczucia. Znienawidzony przez nią ojciec dużo pije i dopuszcza się przemocy fizycznej i psychicznej wobec bliskich. Gdy w tragicznym wypadku umiera matka, Janina opuszcza dom i zaczyna życie na własny rachunek. Wyrywa się z przemocowego domu, znajduje dobrą pracę, dokształca się i wiedzie jej się coraz lepiej. Wszystko zaczyna się układać, wychodzi za mąż, rodzi dziecko, ale… wciąż czuje, że czegoś jej brakuje w życiu. Stabilizacja jest dla niej stagnacją, wobec czego marazm próbuje zabić w jedyny znany sobie sposób – imprezując i pijąc coraz więcej. Picie szybko wymyka jej się spod kontroli. Jak to możliwe, że w ciągu kilku lat zmieniła się na podobieństwo swojego ojca? Jak może spojrzeć sobie w twarz? Jak pogodzić ideały z chorobą alkoholową? Jak zająć się rodziną, kiedy ciągi alkoholowe są coraz dłuższe? Jak spojrzeć w oczy dzieciom, które całymi dniami pozostawione są bez opieki?

Pierwszoosobowa relacja skupia się na punkcie widzenia Janiny. Zaglądamy do jej głowy, widzimy pokrętne motywacje i próby wytłumaczenia swojego zachowania. Jesteśmy świadkami różnych wydarzeń w jej życiu, upodlenia i odbicia się od dna, nienawiści, pogardy, ambiwalentnych uczuć w stosunku do swojego starszego dziecka, przelotnych i stałych związków, a przede wszystkim ciągów alkoholowych.

To strasznie trudna lektura. Przede wszystkim boli krzywda dzieci, ale również upadek Janiny, której od początku bardzo kibicujemy w próbach wyrwania się z toksycznego środowiska. Serce boli, gdy zalicza upadek za upadkiem. Po niedługim czasie współczucie przeradza się w złość na nią. Trudno pogodzić się z zaniedbaniem dzieci, piciem w ciąży, bezsensownymi, absurdalnymi decyzjami. W zasadzie niemal do końca nie miałam cierpliwości i empatii w stosunku do tej toksycznej kobiety.

Przez długi czas brakowało mi spojrzenia z boku na tę rodzinę, opinii kogoś, kto pozostaje poza marginesem. Dopiero pod koniec autor dopuścił do głosu dzieci Janiny i jej koleżankę, co pomogło spojrzeć na wydarzenia opisane w książce z nieco innej perspektywy. Ich głosy nie wnoszą zbyt wielu informacji, dowiadujemy się jednak, co o matce sądzą dorosłe już dzieci, jak naznaczyło ich dzieciństwo z niewydolną wychowawczo matką. I czy toksyna nadal drąży tę rodzinę.

To niezwykle poruszająca, trudna w odbiorze książka. Nie ze względu na język i styl, bo ten jest prosty, opowieść snuta jest przez prostą kobietę, lecz przez drastyczne treści, sceny, z których nie można się otrząsnąć, brud, który na nas zostaje. Jednocześnie, jest to książka ważna. Nie wiem bowiem, czy istnieje w Polsce jakaś rodzina, w której nie ma czynnego lub biernego alkoholika. Warto zajrzeć pod zewnętrzną warstwę problemu, dotrzeć do toksyny drążącej najbliższych osoby uzależnionej. Najstraszniejsze jest jednak to, że została zainspirowana faktami z życia autora. Czytajcie! Koniecznie!

M jak morderca. Karol Kot – wampir z Krakowa, Przemysław Semczuk

Świat Książki, 2019

Liczba stron: 288

O tym nastoletnim mordercy wiedziałam sporo przed lekturą tej książki. I jeśli sądzicie, że z tego powodu nudziłam się podczas czytania, to bardzo się mylicie! Autor obalił kilka hipotez, rozjaśnił niektóre wątki, a przede wszystkim, uporządkował wszystko, co było wiadomo o Karolu Kocie, a także wygrzebał sprawy, które dotychczas były mało znane.

Miejscem zbrodniczej działalności Kota był Kraków. Chłopak, choć dopiero niedawno stał się pełnoletni, stopniowo doskonalił się w sztuce zabijania i był coraz skuteczniejszy i coraz bardziej żądny krwi. Jego fascynacja śmiercią, krwią i nożami doprowadziła do tragedii, postawiła służby w stan najwyższej gotowości i zasiała strach wśród mieszkańców. Autor tego reportażu zagląda za drzwi mieszkania rodziny Kotów, stara się pokazać panujące tam zasady, miejsce Karola w rodzinie i ukazuje… dulszczyznę duszącą wszelkie przejawy samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków. Bardzo poruszające, wręcz mrożące krew w żyłach są układy panujące w klubie sportowym, do którego należał morderczy maturzysta. Najbardziej jednak poruszył mnie wywiad z siostrą młodocianego mordercy. Tak mało się mówi o tym, jakich spustoszeń w życiu bliskich dokonuje morderca, jak daleko pada jego cień i jak długo nie można otrząsnąć się z… No właśnie nie wiem, może poczucia winy, może lęku. To byłby świetny temat do zbadania przez reporterów.

Przemysław Semczuk opisuje również swoją drogę do zdobycia materiałów do książki. Opisy biurokratycznych przeszkód i sposobów ich obejścia mogłyby żywcem zostać przeniesione do kabaretu. Dzięki swojej skrupulatności, wielokrotnemu sprawdzaniu faktów, podważaniu ogólnie przyjętych prawd, Semczuk obnażył kłamstwa i przeinaczenia, podważył wiarygodność niektórych przekazów krążących w mediach i zrekonstruował przebieg zbrodni, procesu oraz uwięzienia Karola Kota. Wnioski, do jakich doszedł, są bardziej zatrważające niż owiany legendą obraz zabijającego maturzysty. Lektura obowiązkowa dla każdego, kto ceni true crime na wysokim poziomie.