Archiwa tagu: literatura rosyjska

Pelagia i biały buldog, Borys Akunin

Noir Sur Blanc, 2007

Liczba stron: 331

Powieści Akunina lubię, serwuję je sobie jako odtrutkę po ciężkich tygodniach i jako odskocznię od bardziej wymagających lektur. Akunin pisze zabawnie i wymyśla skomplikowane zagadki kryminalne, przy czym nieodmiennie dba o to, żeby było kilka zwrotów akcji, a cień podejrzenia padał co chwilę na innego bohatera. Podobnie było w tej powieści otwierającej cykl o Pelagii, mniszce obdarzonej darem obserwacji, wielkim intelektem oraz przenikliwością sądów.

Tym razem Pelagia zostaje wysłana do dworu zajmowanego przez krewną Mitrofaniusza, jej zwierzchnika obdarzonego przez lud wielką estymą. Sprawa wydaje się błaha – ktoś otruł jednego z białych buldogów należącego do niemłodej już wdowy. Pozostałe przy życiu dwa psy są jedyną pociechą staruszki, jej dumą i nadzieją na wyhodowanie unikalnej rasy. Kobieta bardzo przeżyła śmierć jednego z podopiecznych i przypłaciła ją załamaniem nerwowym. Pelagia ma za zadanie zbadać który z mieszkańców i bywalców dworu ma interes w tym, by zniszczyć psy, a przy okazji również zdrowie krewnej Mitrofaniusza. Osoby, które zastaje w dworze to cała plejada charakterów. Relacje między nimi wahają się od uwielbienia i miłości, po nienawiść, zazdrość i pogardę.

Wątek kryminalny przedni, skomplikowany i niełatwy do przewidzenia, chociaż potwornie było mi szkoda tych białych buldogów, które padały jak muchy zdybane przez okrutnego mordercę. Mimo tego można powiedzieć, że książkę wymęczyłam, a nie przeczytałam. Nie mogłam wdrożyć się w akcję, irytowały mnie długie dygresje, akapity naszpikowane rosyjskimi długimi nazwiskami nie do spamiętania oraz długaśne fragmenty życiorysów drugoplanowych bohaterów. Najbardziej jednak wkurzała mnie przyjęta przez autora konwencja, kiedy przerywał akcję, żeby opowiedzieć o jakimś innym zdarzeniu lub człowieku, na zasadzie: „A teraz cofnijmy się o pół roku i przyjrzyjmy Aleksiejowi Fiodorowiczowi”.

Szkoda, że nie trafiłam tą książką w odpowiedni czas i nastrój…

Cudza maska, Aleksandra Marinina (audiobook)

Biblioteka Akustyczna, 2013

Czas nagrania: 15 godz. 25 min.  Czyta Roch Siemianowski

Liczba stron: 480

Miałam kiedyś fazę na kupowanie książek Aleksandry Marininy. Mam większość z tych, które wydano w Polsce. Niestety, moja „faza” skończyła się na znoszeniu kolejnych tomów, na czytanie jakoś zabrakło mi czasu, motywacji, ochoty. Książki stoją i się kurzą, więc postanowiłam zrobić coś, co przełamałoby złą passę. Skoro czytanie Marininy zakończyło się fiaskiem, zanim jeszcze zaczęło, postanowiłam przechytrzyć mojego wewnętrznego lenia i … posłuchać książki tej autorki. I to był świetny pomysł!

„Cudza maska” to kryminał ze skomplikowaną i złożoną fabułą. Od początku śledzimy trzy równolegle rozwijające się historie. Wraz z major Kamieńską próbujemy rozwikłać zagadkę śmierci młodego, popularnego pisarza specjalizującego się w romansach. Zaglądamy do domu polityka starającego się dostać do parlamentu i obserwujemy relacje z jego żoną, która wróciła do domu po wypadku. Dodam, że relacje te są osobliwe i od razu wiadomo, że coś tu nie gra. Wreszcie jedziemy na widzenie do więzienia wraz z żoną osadzonego. Skazany, zamożny biznesmen, odsiaduje karę za zamordowanie swojego przyjaciela. Twierdzi, że jest niewinny i prosi żonę o wynajęcie prywatnego detektywa, aby znalazł dowody na jego niewinność.

Wszystkie trzy sprawy się łączą, ale w jaki sposób? Tego możemy się co najwyżej domyślać przez większość książki. Dopiero końcowe rozdziały odkrywają tajemnicę. Czytelnik natomiast robi wielkie oczy uświadamiając sobie jak misternie została skonstruowana fabuła powieści i jaki skomplikowany pomysł został przedstawiony w książce. Bo to, że podłość i chciwość biorą górę nad ludźmi jakoś szczególnie mnie nie dziwi, bo przecież te dwie cechy są motorem napędowym i stałym motywem powieści kryminalnych.

Moje obawy związane z tym, że mylić mi się będą nazwiska i postacie zostały rozwiane. Ale gdybym mogła mieć na coś wpływ, to skróciłabym nieco powieść – niektóre dygresje i wątki okazały się niepotrzebne i nic nie wnoszące do akcji książki, a jedynie spowalniało tempo wydarzeń, co dla mnie, człowieka niecierpliwego, było dość męczące. Tym bardziej, że w przypadku audiobooka nie można zajrzeć  20 stron dalej (niby przypadkiem) i zobaczyć w jakim kierunku potoczy się akcja 😉

O audiobooku:

Produkcje Biblioteki Akustycznej są gwarancją jakości. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek narzekała na niedbałą artykulację czy beznadziejnego lektora. W tym przypadku nagranie również zostało dopieszczone. A jak czyta Roch Siemianowski wiedzą nawet ci, którzy nie słuchają audiobooków.

Pieśń o poranku, Paullina Simons – niedoczytana

Świat Książki, 2013

Liczba stron: 688

Zazwyczaj kończę rozpoczęte książki, nawet gdy są trochę nudne. W przypadku tej pozycji, która liczy tak wiele stron, odpadłam w okolicach 200,  a kontynuowanie było ponad moje siły. Z wiadomych względów nie jestem w stanie omówić tej pozycji, wytłumaczę jednak, co mnie skłoniło do lektury i dlaczego w rezultacie przez nią nie przebrnęłam.

Z propozycją przeczytania i zrecenzowania „Pieśni o poranku” zwróciła się do mnie przedstawicielka wydawnictwa. W pierwszym odruchu zamierzałam zignorować email, jak wiele innych, w których proponowane są książki gatunków, których nie czytam. W tym przypadku znałam nazwisko autorki, przeczytałam mnóstwo recenzji jej cyklu o „Jeźdźcu miedzianym” i wiedziałam, że te wcześniejsze powieści ABSOLUTNIE NIE SĄ DLA MNIE. Romansów nie czytam, ponieważ nudzą mnie śmiertelnie. Żeby tylko nudziły – przez to, że wszystko jest tak przewidywalne i schematyczne, po prostu zaczynam irytować się naiwnością fabuły, autora, potencjalnych czytelników, całego świata.

W tym przypadku złapałam się na marketingowy haczyk:

„Pieśń o poranku” to poruszająca opowieść o miłości, zdradzie i trudnych życiowych wyborach. Larissa Stark ma wszystko, o czym tylko można zamarzyć – przystojnego, kochającego męża, trójkę wspaniałych dzieci i piękny dom na przedmieściach. Mogłoby się wydawać, że odnalazła się w roli przykładnej żony i oddanej matki. Jednak przypadkowe spotkanie z młodszym nieznajomym mężczyzną zupełnie odmienia jej życie. Larissa zaczyna kwestionować wszystko, w co do tej pory wierzyła. Zadaje sobie pytania, które wcześniej były nie do pomyślenia. Czy zdobędzie się na odważny krok w nieznane? Czy podąży za swoimi pragnieniami? Cokolwiek postanowi, ktoś zostanie zdradzony…

Po części kryminał, po części romans, po części dramat rodzinny – jednym słowem idealna książka.
Daily Mail

Wyróżniłam pogrubieniem to, co przykuło moją uwagę i co sprawiło, że ostatecznie zamówiłam książkę. Miałam nadzieję, że Paullina Simons odeszła nieco od wałkowanych przez lata schematów i postanowiła napisać powieść trzymającą w napięciu. Tym bardziej, że pierwsze rozdziały sugerują tajemnicze zaginięcie głównej bohaterki. Niestety, nie dowiedziałam się dlaczego zniknęła (i czy naprawdę zniknęła), ponieważ zaraz potem nastąpiła retrospekcja zdarzeń – czyli wszystko to, co w opisie. Poznanie młodszego od siebie mężczyzny, zauroczenie, kłamstwa i gorący romans. Wymiękłam przy scenach łóżkowych, nie wiem na ile stron się ciągnęły, ale ciągnęły się przeokrutnie.

Zresztą, jak wszystko w tej książce – dialogi rozdęte do monstrualnych rozmiarów, które o krok nie popychają akcji, opisy wyglądu bohaterki (jakbym widziała samą pisarkę), rytuały pielęgnacyjne, które zakonserwowały jej ciało, opisy codziennych zakupów! (stek, lody,) itp. Nie ma tu żadnego kryminału jest romans. Najbardziej łopatologiczny przypadek. Nuda. Nie mam siły czytać dalej.

Przedstawicielkę wydawnictwa przepraszam, rzadko zdarza mi się mylić w wyborach. To książka nie dla mnie, ale na pewno nie zawiedzie fanów Tatiany i Aleksandra.

Często porzucacie rozpoczęte książki? To pierwsza moja w tym roku, więc naprawdę pechowo wyszło.

Mistrz i Małgorzata, Michaił Bułhakow

Agora, 2012

Liczba stron: 431

Rzadko wracam do książek, które raz czytałam. Do „Mistrza i Małgorzaty” wróciłam po około 20 latach, uznając, że teraz spojrzę na tę historię z innego punktu widzenia. I żeby nie było wątpliwości „Mistrz i Małgorzata” nigdy nie był dla mnie pozycją kultową, obiektem czci i nieodzowną pozycją w podręcznej biblioteczce. Trudno mi przypomnieć sobie, co myślałam o tej książce czytając ją jako nastolatka, podejrzewam jednak, że samodzielnie nie udało mi się wówczas wyczytać ukrytych pod płaszczykiem fabuły aluzji do polityki rosyjskiej. Kto wie, zresztą, jakie miałam wydanie i czy nie było ocenzurowane? W wydaniu, które mam aktualnie, zaznaczone są wszystkie fragmenty, w które pierwotnie ingerowała cenzura.

Przyznam, że po tylu latach, po tysiącach przeczytanych książek i starannym omijaniu wszelkich ekranizacji dzieła Bułhakowa niewiele pamiętałam z akcji. Kiedy pogrążyłam się na nowo w lekturze, powracały do mnie echa zdarzeń – latanie na miotle i świni, rozterki Poncjusza Piłata, złośliwe psoty Behemota, osobliwy występ Wolanda w teatrze. Praktycznie nie pamiętałam wątku miłosnego między mistrzem i Małgorzatą, wypadły mi z głowy także wszelkie podchody jakie literaci czynili, aby objąć opuszczone mieszkanie po tragicznie zmarłym szefie związku.

Może za sprawą zakreśleń fragmentów, które nie podobały się cenzurze, wyraźnie teraz dostrzegłam to, co autor próbował pod płaszczykiem fantastyki przemycić w tej powieści. Tęsknota za wolnością przewija się w książce wielokrotnie, czy to w postępowaniu Małgorzaty, czy jej służącej. Znikający bez wieści ludzie, w powieści za sprawą Wolanda i jego świty, w rzeczywistości byli ofiarami represji i czystek. Korupcja i łapownictwo, chciwość i pazerność ludzi zostały opisane w wielu miejscach „Mistrza i Małgorzaty.”

Powieść nie stała się może moją ulubioną – były bowiem w niej fragmenty, które mnie nużyły, ale ponowne przeczytanie pozwoliło mi spojrzeć na opowiedzianą przez Bułhakowa historię z punktu widzenia osoby dorosłej, bardziej oczytanej, bardziej świadomej. Dlatego też nie żałuję ani jednej minuty, którą spędziłam nad tą powieścią.

Zdarza Wam się wracać po latach do książek? Czy może uważacie, że ponowne czytanie tego, co już się kiedyś poznało, mija się z celem i jest stratą czasu?

W mrok, Andriej Diakow (Uniwersum Metro 2033)

Insignis, 2012

Liczba stron: 430

Po ogromnym, pozytywnym zaskoczeniu jakie przeżyłam podczas lektury pierwszej części cyklu Diakowa, bez zwłoki sięgnęłam po drugi tom przygód stalkera Tarana i jego przybranego syna Gleba. Nie powiedziałabym, że spodobało mi się w Metrze, ale na pewno mocno oswoiłam się z tym wymyślonym, postapokaliptyczym światem. Dla przypomnienia – akcja książki dzieje się ok. 20 lat po zniszczeniu ziemi przez wojnę nuklearną. Ocaleni mieszkają pod ziemią zaludniając stacje metra i unikając wyjść na zamieszkałą przez zmutowane zwierzęta i napromieniowaną powierzchnię.

„W mrok” zaczyna się od wielkiego booom. Na oczach załogi pływającej platformy wiertniczej dochodzi do wybuchu atomowego, w wyniku którego unicestwiona zostaje dotychczas nieskażona wyspa, na którą rozpoczęto ewakuację ludzi z metra. Mieszkańcy metra postanawiają znaleźć winnego dywersji – zwołują obrady, na które przybywają przedstawiciele wszystkich najważniejszych grup zamieszkujących podziemia Petersburga. Uradzają żeby wysłać Tarana, jako niezależnego obserwatora, do zbadania poszczególnych stacji. Ten niechętnie przystaje na to żądanie. Tym bardziej, że okazuje się, że jego syn – Gleb znika z zajmowanego przez nich schronu. Myśli Tarana bardziej zajmuje kwestia poszukiwań Gleba niż misja, na którą go wysłano. Okazuje się jednak, że ojciec i syn często trafiają na swoje ślady, lecz nie mogą znowu się połączyć. Na drodze staje im wiele niebezpieczeństw.

W powieści śledzimy trasę Tarana i trasę Gleba podróżującego w towarzystwie nowej przyjaciółki, która ma zaprowadzić go w miejsce, o którym w metrze krążą legendy. Na ich drodze znowu pojawiają się zmutowane stwory i ludzie, którzy pozbyli się wszelkich zasad etycznych i moralnych. Bohaterowie nie wiedzą komu mogą wierzyć, a kto bezczelnie ich wykorzysta, oszuka i zostawi na pastwę losu. Dzięki ciągłym zwrotom akcji, scenom walki, opisom miejsc odwiedzanych przez stalkerów oraz humorowi, którym podszyte są dialogi pędzimy z Glebem i Taranem przez ponury świat metra. Nie dłuży nam się ta podróż ani przez jedną chwilę. A w walce dobra ze złem stajemy zawsze po właściwej stronie. Kibicujemy również tym, którzy nie utracili wiary w normalność i szansę znalezienia miejsc, w których życie na powierzchni ziemi jest wciąż możliwe.

Powoli staję się fanką Metro Uniwersum i Wam również polecam tę serię. Szczególnie jeśli uważacie, że nie lubicie fantastyki. Diakow pomoże Wam zmienić zdanie o tym gatunku literackim.