Archiwa tagu: literatura walijska

Jedna księżycowa noc, Caradog Prichard

jedna-ksiezycow-nocWydawnictwo Officyna, 2017

Liczba stron: 223

Tłumaczenie: Marta Listewnik

To pierwsza książka przetłumaczona na polski z języka walijskiego. To jedno zdanie było dla mnie wystarczającą rekomendacją. Informacja o tym, że w środku książki autor na chwilę przerzuca się z prozy na poemat nieco studziła mój zapał. Obawiałam się również tego, że opowieść o małym, biednym miasteczku okaże się mało strawna. Okazuje się, że bardzo się myliłam. Mogłabym przeczytać jeszcze ze dwa razy tyle, żeby nasycić się stylem i treścią.

Caradog Prichard zamieścił w swojej jedynej powieści wątki autobiograficzne. Literaturoznawcy twierdzą, że jest to próba rozliczenia się z trudną przeszłością naznaczoną chorobą matki. I coś w tym jest. Opowiadana przez kilkuletniego chłopca historia to obraz życia w małym walijskim miasteczku w okresie pierwszej wojny światowej. Przygody paczki przyjaciół, te zabawne i te o dramatycznym przebiegu, są spisane niechronologicznie, ponieważ jedna historia przechodzi w drugą, jakbyśmy naprawdę słuchali rozgadanego dziesięciolatka.

Życie nie oszczędzało jego rodziny i jego sąsiadów. Młodzi i starsi wyjeżdżali na wojnę i rzadko z niej wracali. Chłopak po skończeniu kilku klas szkoły nie miał żadnej innej opcji poza zaciągnięciem się do wojska i na wojnę i pracą w kamieniołomie. Dzieciństwo upływało na ciągłym zagłuszaniu głodu i martwieniu się o to, czy mama będzie miała z czego przygotować posiłek. Nie było pracy, zapomoga starczała do połowy tygodnia. Matkę chłopca ratowało to, że w odległości kilku (może kilkunastu) kilometrów mieszkali krewni, którzy mieli gospodarstwo, więc powodziło im się lepiej. Do nędzy panującej w domu dochodzi strach o to, że jeśli coś się stanie mamie, chłopak zostanie sam. A mama daje podstawy do tego, by się o nią obawiać – często płacze, zdarza jej się chorować tygodniami. Ten tragiczny obraz rozchmurzają opisy wygłupów, przyjaźni między chłopcami, wędrówek po górzystej okolicy, obserwacji życia w miasteczku, które karmi się plotkami.

Warto odnotować dość charakterystyczny styl narracji, do którego łatwo przywyknąć, a także tłumaczenie nazw własnych. Co prawda, zwykle się tego nie robi, jednak w tym przypadku tłumaczka postanowiła przełożyć na polski nazwy miejsc, przydomki osób, itp. I słusznie, tym bardziej, że przydomki zwykle określają funkcję, jaką dana osoba pełni w społeczności. Połączenie nowatorskiego stylu z tematyką wspomnieniową i historyczną daje naprawdę świetny efekt. Jedyne, co mi się nie podobało to zakończenie. Nie dlatego, że było słabe, wręcz przeciwnie, było moce, aż za mocne. Po prostu nie tak to sobie wyobrażałam i życzyłam bohaterowi innego losu. Bardzo dobra książka. Przeczytajcie, dzielcie się wrażeniami – niech będzie o nie głośno!