Świat realny, świat sekretny (Peter Gabriel), Maurycy Nowakowski

Anakonda, 2013

Liczba stron: 319

Chyba pierwszą biografią artysty na polskim rynku była ta autorstwa Piotra Kosińskiego i Zbigniewa Szałankiewicza. Fatalnie wydana (chyba na powielaczu) 70-stronicowa książeczka mimo słabości druku, cieszyła polskich fanów Petera Gabriela, którzy mieli wtedy ograniczone możliwości dotarcia do płyt, a co dopiero do informacji na temat swojego idola. Dopiero w 1994 roku ukazał się przekład autoryzowanej biografii, pióra Spencera Brighta oryginalnie wydanej w 1988r. Na kolejną książkę przyszło czekać bardzo długo.

W międzyczasie Peter Gabriel zawitał na poznański stadion Lecha, rzekłszy do zebranych: (trzeba kliknąć w zdjęcie, żeby posłuchać)

To wydarzenie mogło stać się przyczynkiem do tego, aby drukiem ukazało się coś więcej niż wywiad czy artykuł o artyście. Niestety, zabrakło chętnych. Dopiero osiem lat później Maurycy  Nowakowski zmierzył się z tematem opisania twórczych i życiowych zmagań Petera Gabriela w formie książkowej.

Po biografie muzyków w pierwszym rzędzie sięgają fani, których wiedza na ogół jest spora, a ich oczekiwania też małe nie są. Przede wszystkim chcą jednak swoją wiedzę pogłębić.

„Świat realny, świat sekretny” interesująco przedstawia nam młodego, ambitnego, ale naiwnego jeszcze chłopaka, poszukującego swojego muzycznego „ja”. Okazał się nim śpiew, a nie perkusja, jak Peter Gabriel początkowo przypuszczał. Będąc w zespole Genesis, Gabriel był w stałym związku z dziewczyną i musiał godzić muzykę z miłością, co nie jest sprawą łatwą. Zespół też nie wsparł go w ciężkich chwilach. Kiedy nie wiadomo było, czy jego córeczka przeżyje, koledzy wymagali większego zaangażowania się w nagranie płyty. Byłoby dziwne gdyby Gabriel pozostał w tym zespole.

Okres Genesis czyta się świetnie, moja obawa, że autor jest fanem zespołu i będzie pisał same pochlebstwa zarówno o Genesis jak i o Gabrielu szybko minęła. Niestety, część opisująca solową drogę Gabriela jest słabsza. Oczywiście są tam informacje o płytach i trasach koncertowych itd., ale zdarzenia mniejsze niż trasa czy płyta są ignorowane jakby się nie wydarzyły, np. udział Gabriela w nagraniach innych artystów (Deep Forest,  Afro Celt System czy wielu innych).

Drażni też niekonsekwencja autora, który zaakcentował, że Gabriel we wczesnych latach nagrał dwa utwory do filmów, ale te z późniejszych lat pominął. Podobnie ma się sprawa z wątkiem interaktywnym. Xplora 1 została opisana, ale zabrakło miejsca dla EVE – multimedialnej gry i internetowego Full Moon Club, czy na nowo zmiksowanego utworu dla potrzeb  gry „Myst II”.

Rzecz, która mnie bardzo zdziwiła to opis płyty „Birdy”. Autor zarzuca Gabrielowi, że poszedł na łatwiznę, bo wykorzystał istniejące już utwory do muzycznegozilustrowania filmu. Biografie, które mam na półce mówią, że  to reżyser przyszedł z naszkicowanym pomysłem wykorzystania swoich ulubionych utworów Petera Gabriela i chciał z nich coś jeszcze wycisnąć. Są jeszcze inne drobne błędy jak świecąca marynarka, która pojawiła się podczas trasy ale w innych latach 🙂

Niestety, autor opisuje niemal każdy utwór z każdej płyty, zarówno w warstwie tekstowej jak i muzycznej. Służy to raczej do zwiększenia objętości książki. Niewiele dowiemy się z tego, że gitara w tej i tej sekundzie zabrzmiała tak a potem inaczej. Oczywiście warto w kontekście całej płyty opisać kulisy powstawania jakiegoś utworu jak chociażby „Games without Frontiers”.

Nowakowski do opisów używa swoich ulubionych sformułowań i odnoszę wrażenie, że muzyka Gabriela jest bardzo….punktująca.

Szkoda, że autor nie rozwinął też „wątku polskiego”  np. Gabriel na liście przebojów trójki (nie tylko Anglosasi mieli swoje listy), czy płyty wydanej przez Polskie Nagrania. Fotografia z poznańskiego koncertu widnieje w książeczce DVD Growing Up. Podczas koncertu na stadionie Lecha żartowano żeśmy teraz Francuzi, bo koncertowa koszulka ma błąd i Poznań umiejscowiono we Francji. Nagrodę za „Pokojowego człowieka roku” odbierał Gabriel z rąk Lecha Wałęsy. To małe rzeczy ale cieszą, bo przecież „nasze”. Żałuję, że ich zabrakło, z pewnością ucieszyłyby oko i duszę.

Podsumowując nie jest to książka ani słaba, ani świetna, ale po przeczytaniu odczuwam niedosyt wiedzy. Szkoda, że zabrakło wisienki na torcie 🙂

Tym czasem o(d)tworzę księgę miłości:

Robert Smith. The Cure, Richard Carman

Anakonda, 2013

Liczba stron: 242

Twórczość zespołu The Cure  jest ze mną od tak dawna, że po prostu stała się częścią mojego życia, bo kto raz został „kjurem” pozostaje nim do końca. Co więcej, jest to moje własne odkrycie – nikt mi nie puścił żadnych nagrań zespołu, żaden znajomy z czasów nastoletnich nie słuchał The Cure. Po prostu wpadła mi w ucho piosenka, zafascynował wygląd lidera. Piosenką tą był Love Song, a ja miałam 15 lat. Jasne, że grupa ma fanów, którzy kibicują im od lat siedemdziesiątych, ale zapewne niewielu wśród nich mieszkańców Polski, którzy w PRL nie mieli dostępu do nowości muzycznych. Ale ciekawi mnie czy czyta to ktoś, kto podobnie jak ja, poznał swojego męża/ żonę za sprawą wspólnej fascynacji The Cure? Dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, że ta grupa wpłynęła na moje życie.

Nietrudno się domyślić, że biografia Roberta Smitha nie była dla mnie niczym odkrywczym. Podczas lektury kojarzyłam każdego z przewijających się przez zespół muzyków, płyty, poszczególne utwory i wiele fragmentów biografii lidera. A mimo to nie uważam, że straciłam czas na czytanie. W sytuacji, kiedy od lat nie ukazały się żadne nowe nagrania, zespół koncentruje rzadko i daleko, cieszyłam się, że mogę znowu przez kilka godzin pobyć „kjurówną”, chociażby siedząc na własnym fotelu.

Przyznam również, że w pewnym momencie zostałam zaskoczona. Nie pamiętałam, nie kojarzyłam, nie wiedziałam, a może wyrzuciłam z pamięci fakt, że zespół, w którym równolegle udzielał się Robert Smith – The Banshees znany z ekscentrycznej wokalistki Siouxie – był swego czasu bardziej popularny niż The Cure. W związku z czym bycie muzykiem w tej formacji, przynosiło Robertowi zaszczyt. A ja dałabym sobie rękę uciąć, że to on zaszczycił ich swoim udziałem w nagraniach i trasach koncertowych. Moja pamięć zapewne została wypaczona przez moją niską opinię o The Banshees.

Autor biografii, sam będący fanem The Cure i rówieśnikiem Roberta Smitha opierał się na informacjach znajdowanych w prasie i innych biografiach zespołu. Dlatego też zabrakło informacji pozazespołowych i bardziej osobistych. Smith jest osobą stroniącą od kolorowych magazynów i talk show’ów. Jego stan rodzinny jest ustabilizowany i niezmienny od czasów, kiedy miał kilkanaście lat. W showbiznesie istnieje tylko za sprawą swoich dokonań artystycznych. Zapewne niechętnie współpracuje z biografami. A ja mimo tego miałabym ochotę przeczytać więcej jego wypowiedzi, niż wypowiedzi krytyków muzycznych o jego płytach.

Warto wspomnieć, że autor biografii wielokrotnie wspomina o zamiłowaniu Smitha do literatury. Wiele tekstów piosenek powstało za sprawą inspiracji literackich, część z nich już znałam, niektóre były dla mnie nowe. (Tak, chcę przeczytać te książki). Ponadto podkreśla wielokrotnie, że Smith jest jednym z najlepszych tekściarzy, a siła piosenek opiera się w dużym stopniu na tekstach. Zgadzam się z tym w stu procentach.

W treść książki wkradły się jakieś drobne przeinaczenia, mało miejsca poświęcono działaniom pozamuzycznym, jak na przykład procesowi z Lolem Tolhurstem, ale ogólnie dobrze mi zrobiło przeczytanie książki o Robercie i jego zespole. Przeżyłam powrót do przeszłości. Przypomniałam sobie dawno niesłuchane płyty, wspomniałam odległe lata, pełne niecierpliwości oczekiwanie na premiery kolejnych płyt, wzruszenia na koncertach, emocje związane ze słuchaniem piosenek i poznawaniem tekstów. Warto przeczytać, nawet jeśli do tej pory nie znaliście za dobrze The Cure i ocenialiście zespół po image’u muzyków. Pod makijażem i rozczochranymi włosami kryją się skromni ale kreatywni ludzie, którym warto przyjrzeć się bliżej.

Martin Gore, Dennis Plauk & Andre Bosse

Anakonda, 2013

Liczba stron: 213

Po biografii wokalisty Depeche Mode przyszła kolej na głównego kompozytora i autora tekstów, bez którego zespołu by nie było. Kim jest Martin Gore, człowiek o wielu twarzach? Najstarsi fani pamiętają jeszcze blondwłosego cherubina stojącego nieśmiało za syntezatorem. Kilka lat później, w fazie berlińskiej Gore zmienił się nie do poznania – eksperymentuje z mrocznym makijażem, pojawia się w czarnych skórach i chętnie pożycza fatałaszki z szafy swojej dziewczyny. Późniejszy „image” jest nieco bardziej stonowany, choć nie zawsze konwencjonalny i grzeczny.

Tekściarzem i kompozytorem został z przypadku. Spokój i opanowanie uczyniły z niego główny filar i ostoję zespołu. Martin Gore jest przykładem stereotypowego Anglika – powściągliwy, zamknięty w sobie, wycofany, nie rozmawiający o swoich uczuciach, komunikujący się za pomocą półsylab. Brakuje mu również asertywności. Małomówność i introwertyzm znikają jak ręką odjął, kiedy Gore wyluzuje się za pomocą alkoholu. Zmienia się wówczas w duszę towarzystwa – głośnego awanturnika, którego nie jeden raz pacyfikowała policja podczas tras promocyjnych. Podobno Gore odciął się od alkoholu, kiedy uświadomił sobie, że picie stało się dla niego problemem.

Biografia, którą przeczytałam, koncentruje się na Martinie, jednakże przestawia również koleje losu zespołu, istnienie którego w dużym stopniu zależy od tego, czy zmobilizuje innych członków do pracy nad nowymi płytami i czy przygotuje na nie materiał. Przez długi czas Martin Gore postrzegany był przez pozostałych członków zespołu jako despota, niedopuszczający innych do procesu tworzenia. To okazało się sporym problemem dla Gahana, który nie chciał być jedynie kolejnym instrumentem w zespole – instrumentem do śpiewania cudzych tekstów i melodii. Z kolei Alan Wilder wciąż czuł się niedoceniany przez Gore’a – mimo wielu lat w zespole i setek godzin spędzonych samotnie w studio nad szlifowaniem pomysłów nadal nie czuł się pełnoprawnym i docenianym członkiem Depeche Mode. Autorzy biografii stawiają tezę, iż winę za te nieporozumienia należy przypisać małomówności i powściągliwości Gore’a, który niezdolny był do rozmów o uczuciach, a nie jego złej woli.

Trudno mi powiedzieć czy jakoś bardziej polubiłam tego człowieka, na pewno poznałam go trochę lepiej. Zrozumiałam też dlaczego nie podobały mi się dokonania zespołu z pierwszych lat działalności i w jaki sposób dojrzewanie członków Depeche Mode wpłynęło na muzykę oraz wzajemne układy. Krótko mówiąc – dopóki zespół był dla nich jedynym punktem odniesienia, dopóki zachłystywali się sławą, pieniędzmi i możliwościami jakie otworzyły się przed nimi odsuwali się od siebie i popadali w swoje uzależnienia. Dopiero jako ludzie dojrzali zrozumieli, że zespół to firma i że trudno o lepszych przyjaciół niż sprawdzeni koledzy z zespołu. Mam nadzieję, że takie status quo utrzyma się z korzyścią dla Depeche Mode i dla ich fanów. Warto przeczytać!

Whitney, którą znałem, Bebe Winans (audiobook)

Anakonda, 2012

Czas nagrania: 5 godz. 40 min. Czyta Wojciech Żołądkowicz

Liczba stron: 232

Whitney Houston nie kojarzy mi się najlepiej. Niestety, w pamięci pozostała mi zniszczona twarz z opadającymi, raczej nie na skutek zmęczenia, powiekami. Osoba przegrana, która roztrwoniła swoje życie. Chętnie sięgnęłam po książkę napisaną przez przyjaciela i producenta niektórych piosenek Whitney – nie po to by szukać kolejnych skandali, ale po to, by przekonać się jaka naprawdę była ta gwiazda i co spowodowało jej upadek z tak wysoka.

Bebe Winans nie napisał typowej biografii. Ta książka jest zapisem chwil spędzonych z Whitney, próbą uchwycenia jej codzienności wypełnionej radością, zwątpieniem i chwilami chwały. Winans opowiada o Whitney z czułością, jak starszy brat, który próbował ją wspierać chronić i przestrzegać i który pozwolił jej żyć własnym życiem i dokonywać wyborów. Wspomina te dobre momenty, kiedy Whitney dokazywała jak mała dziewczynka ciesząc się każdą minutą spędzaną z bliskimi a nie w blasku fleszy. Wspomina także wywiady i posunięcia, które nie przyniosły piosenkarce niczego dobrego. Winans nie krytykuje, raczej ubolewa.

Autor jest producentem muzycznym oraz muzykiem gospel, co niestety słychać na każdym kroku. Nieustanie truje o religijności, miłości do Boga, bożej łasce, itp. Na mnie to działa jak płachta na byka. Od razu mam ochotę walczyć na argumenty. Jednak jak poczytałam sobie o niezbyt pobożnych ekscesach w życiu autora, jego słowa o religijności budziły we mnie już tylko ironiczny śmiech i straciły wiarygodność. Nie przekreśliłam oczywiście wszystkiego, co napisał, bo choć czasami jego słowa trąciły o banał, wydawały się słuszne. Zgadzam się z tym, co mówił o wytwórniach muzycznych, sławie, życiu na świeczniku i ogromnych oczekiwaniach wobec artysty płynących z każdej strony.

Rodzi się we mnie także jeszcze inne pytanie, na ile książka jest próbą uporządkowania swoich uczuć po śmierci przyjaciółki, a na ile próbą wyszarpnięcia dla siebie paru dolarów ze znanego nazwiska.

W każdym razie książka skłoniła mnie do kilku refleksji i pozwoliła spojrzeć na Whitney trochę bardziej przychylnie. Obejrzałam sobie też kilka wywiadów, posłuchałam piosenek – i tych świadczących o niebywałych umiejętnościach Whitney i tych będących dowodem na to, że styl życia odcisnął się na jej głosie i wyglądzie. Czasu nie zmarnowałam i książkę mimo pseudoreligijnego pierdu-pierdu polecam.

O audiobooku:

Niestety bez zdjęć, ale zajmuje mało miejsca na półce 🙂 Wojciech Żołądkowicz już wcześniej coś mi czytał. Tak jak wtedy, teraz również podobał mi się jego spokojny głos.

Metallica. Wczesne lata i rozkwit metalu, Neil Daniels

Anakonda, 2012

Liczba stron: 223

Mój stosunek do Metalliki jest całkowicie neutralny. Nie jestem i nigdy nie byłam fanką metalowego grania, ale potrafię docenić zespoły, które od lat utrzymują się na rynku muzycznym nie schodząc na psy, nie podlizując się pop publiczności i nie bazując na skandalach. Nie jestem także całkowitą ignorantką – wiem z jakich muzyków składa się zespół, znam tytuły ich płyt i niektóre utwory, umiem rozpoznać fana metalu 😉 Sięgając po tę książkę liczyłam na to, że dowiem się więcej o początkach Metalliki (zgodnie z tytułem) i zgłębię fenomen ich nieprzemijającej popularności.

Autor tej publikacji koncentruje się na powstaniu zespołu na początku lat osiemdziesiątych i opisuje jego rozwój przez następną dekadę. Bierze pod lupę cztery pierwsze płyty Metalliki i dowodzi dlaczego są one przełomowe dla rozwoju grupy oraz całego gatunku muzycznego zwanego thrash metalem. Wiedza Neila Danielsa o Metallice jest naprawdę imponująca, a kolekcja materiałów, z których korzystał podczas pisania tej książki zapewne budzi zazdrość i pożądanie fanów zespołu. Książka opowiada o inspiracjach muzycznych i literackich Ulricha i Hetfielda, muzykach, którzy przewinęli się przez zespół oraz przeogromnym wpływie tragicznie zmarłego basisty (Cliffa Burtona) na kształt pierwszych płyt.

Biografia Metalliki jest ciekawą pozycją skierowaną do fanów zespołu. Mnie chwilami nudziły szczegółowe opisy poszczególnych utworów, riffów i technicznych aspektów nagrywania płyt. Przytłaczały mnie również często i gęsto przytaczane nazwiska muzyków, którzy inspirowali się Metallicą i którzy byli inspiracją dla zespołu. Nie kręciły mnie również przytaczane setlisty z pierwszych tras koncertowych. No i przede wszystkim irytowało mnie gdybanie jaki wpływ miałby Burton na brzmienie płyt nagranych po jego śmierci. Rozumiem jednak, że są to sprawy istotne dla fanów, którzy znają każdą nutę i brzmienie wszystkich instrumentów na każdym krążku Metalliki.

Dodam jeszcze, że nie znajdziecie tu niedyskrecji dotyczących prywatnego życia członków zespołu, nie ma tu ani słowa o ich dziewczynach, żonach czy jakichkolwiek związkach. Jedyny związek, o którym mowa, to destrukcyjna miłość Hetfilda do alkoholu. Równie niewiele informacji znajdziecie o ekscesach i rock’and’rollowym zachowaniu członków zespołu na trasach. Z jednej strony to zaleta, z drugiej strony trochę brakuje w książce luzu i odejścia od technicznych aspektów funkcjonowania Metalliki. Jednakże należy przyznać, że autor rzetelnie wywiązał się z obietnicy złożonej w podtytule i szeroko rozwinął temat wczesnych lat metalu nie ograniczając się tylko do Metalliki.

Zastanawiam się jak książkę oceniają fani zespołu, bo na 100% będą mieć inne spojrzenie na jej treść. Znacie już tę pozycję? Co o niej sądzicie?