Archiwa tagu: o muzyce

Biała księga Kultu. Biała księga Kazika, Wiesław Weiss

Kilka tygodni temu na księgarnianych półkach pojawiły się dwie bardzo grube, bardzo ciężkie i bardzo ciekawe książki. Stoją w dziale biografii lub muzyki. I są zafoliowane. Jak wiecie z tytułu posta mowa o książkach wydawnictwa Kosmos Kosmos – Białej księdze Kultu i Białej księdze Kazika.

Takie wydawnictwa to marzenie każdego fana muzyki – przekrojowe, bogato ilustrowane zdjęciami z prywatnych archiwów muzyków, dogłębne, ukazujące idoli takimi, jakimi są. Od kilkunastu dni wertuję, przeglądam, czytam, tu akapit, tam rozdział. Pamiętając o Waszej entuzjastycznej reakcji, gdy pokazałam okładki w mediach społecznościowych, postanowiłam zabrać was w głąb książek i pokazać, co znajduje się pod folią, jako że w księgarni raczej nie sprawdzicie wnętrza książek. (I dobrze, nie chciałabym, żeby ktoś wymemłał egzemplarze, które mają trafić do klientów).

Po kliknięciu zdjęcia się powiększą.

W księdze Kazika jest płyta z utworami odnalezionymi – słuchaliśmy z przyjemnością. Niektóre kawałki bardzo nas śmieszyły.

Kazik mówi nie tylko o muzyce. Jedzenie też lubi!

Sporo jest o idolach i inspiracjach.

Także o kulturze szeroko pojętej – książkach, filmach.

Swoich płytach i ludziach, z którymi współpracował.

Także o nagraniach rozproszonych – kompozycjach i piosenkach wykorzystanych w filmach i telewizji.

Biała księga Kultu ma podtytuł, który mówi prawie wszystko. Prawie, bo to również opowieść o ludziach, którzy tworzyli te piosenki.

Obie książki to materiał na kilkutygodniowe czytanie i słuchanie – bo uwierzcie, nie da się czytać o piosenkach, nie wyciągając z półki odpowiednich płyt. Pomimo tego, że znam dorobek zespołu, to muszę wspierać się płytami, żeby jeszcze lepiej wniknąć w te księgi. Kult prawie od trzech dekad obecny na rynku ma bogatą historię i dyskografię, a także barwne opowieści, którymi dzieli się w książce. Kazik, bez którego Kultu by nie było, opowiada o sobie, swoim dzieciństwie, dorosłości, pomysłach na życie, inspiracjach, zainteresowaniach, rodzinie.  Tematów w obu książkach jest tak wiele, że nie sposób ich wymienić. Samo oglądanie obrazków, zajmie pół dnia!

Mam wiele różnych biografii artystów w domu. Na ogół czegoś mi w nich brakuje, po przeczytaniu zostaje niedosyt. A te dwie książki w stu procentach spełniają moje oczekiwania, pod względem estetycznym i merytorycznym. Must-have dla każdego fana!

Biała księga. Kazik – Wiesław Weiss

liczba stron: 450

Biała księga. Kult – Wiesław Weiss

liczba stron: 608

Voo Voo. Dzień dobry wieczór, Piotr Metz

voo-vooAgora, 2016

Liczba stron: 328

Voo Voo wzięło nazwę się od inicjałów Wojciecha Waglewskiego, jednak nieoczywista pisownia sprawia, że łatwo pomylić ją z voo doo. Dodając do tego wizualną oprawę grupy i „darcie japy” w niezrozumiałym języku przez Mateusza Pospieszalskiego, można założyć, że istotnie to zespół szamanów. Zapewne potrafiło to niektórych zniechęcić do kupienia płyt, czy obejrzenia koncertu. Jednak z drugiej strony Voo Voo ma w sobie coś tajemniczego, nieoczywistego, energię, która sprawia, ze długo czujemy ciarki na plecach. Piotr Metz, dziennikarz muzyczny, radiowiec, fan The Beatles, potrafiący swoimi radiowymi audycjami przykuć mnie do odbiornika, co nie jest łatwe, postanowił zmierzyć się z biografią Voo Voo. Podzielił książkę na cztery części – wywiady z każdym z obecnych muzyków z zespołu. Wszystkie te ciekawe opowieści w jakimś momencie splatają się ze sobą, przedstawiając nam Voo Voo od środka.

wagl

Waglewski spytany kiedyś przez dziennikarza, kogo chciałby mieć w swoim zespole, odpowiedział, że nikogo, bo ma samych najlepszych. Parafrazując fragment piosenki Wagla, jest to prawda najprawdziwsza z prawd. Waglewski, podobnie jak Lech Janerka, nie pcha się na listy przebojów, nie podlizuje fanom ani ludziom z branży. Jest artystą chodzącym ścieżkami swojej własnej wrażliwości, co przekłada się na niebanalność w warstwie tekstowej i muzycznej, stanowiącą jego wielką siłę. Pomimo że jest znakomitym gitarzystą, na koncertach nie epatuje słuchaczy solówkami, bez których inni nie potrafią żyć. Ma swoją publiczność, która dopisuje na koncertach, a jednak, jak sam zauważa, do zespołu przylgnęła łatka „ludyczności”. Wspólne śpiewanie z publicznością łobi jabi zaczęło zespół trochę męczyć. Szamański wizerunek ciążyć. Dlatego też zmienił się image Wagla. Mogliśmy go zobaczyć w hipsterskich okularkach i z długą brodą, co moim zdaniem, jest wpływem jego synów – Fisza i Emade.

Wrażliwość muzyczna czwórki muzyków powoduje, że „sound” zespołu jest oryginalny, wokalizy „Matełki”, jak i jego styl gry na saksofonach, są nie do podrobienia. Niestety zespół doświadczył tragedii, która pomimo całego dorobku postawiła jego przyszłość w niepewnym świetle. Śmierć Piotra Żyżelewicza, znakomitego perkusisty, świetnego kolegi, sprawiła, że Waglewski z kolegami rozważali rozwiązanie zespołu.. Szczęśliwie dla nas grupa nie miała czasu na myślenie, a miejsce Stopki, jak nazywali go koledzy, zajął Michał Bryndal.

Autor książki umiejętnie zadaje pytania każdemu z artystów, dzięki czemu obraz grupy staje się pełny. Oczywiście najwięcej do powiedzenia mieli Waglewski i Pospieszalski, ale bardzo ciekawe jest to, czym podzielił się z nami basista Karim Martusewicz. Z książki  dowiemy m.in. z czym borykał się Waglewski w czasach, kiedy płytę można było wydać raz na dwa lata i jaką drogę przebył Karim, by stać się profesjonalnym muzykiem i częścią historii jaką jest Voo Voo. Materiał uzupełniają liczne fotografie. Całość jest zajmująca, odświeżająca, warta przeczytania. POLECAM!

Peter Gabriel. Biografia, Daryl Easlea

In Rock, 2014

Liczba stron: 424

Jeszcze przed majowym koncertem Petera Gabriela w Łodzi, który odbył się podczas trasy „Back To Front 2014”, wydawnictwo In Rock wypuściło biografię tego artysty, sprawiając fanom miłą niespodziankę. Na domowej półce z biografiami muzyków te wydane przez InRock zajmują ważne miejsce, są rzetelne i ciekawie napisane. Zastanawiałam się czy i ta książka sprosta oczekiwaniom.

Patrząc na dokonania Petera Gabriela wydaje się, że wszystko, za co się wziął, przyszło mu bardzo łatwo. To oczywiście pozory, bo na swoją pozycję bardzo ciężko pracował. Trzeba też przyznać, że sukces, który osiągnął, nie zmienił go w nadętą gwiazdę. Gabriel zawsze tworzy rzeczy ambitne, będąc w zgodzie z samym sobą, dlatego też nigdy nie wiemy jaki kierunek obierze na następnej płycie. Możemy mieć jednak pewność, że zrobi ją najlepiej jak to możliwe. Podobnie jest z koncertami. Za czasów Genesis, by lepiej zilustrować teksty piosenek, przeistaczał się w różne postacie: kobietę w czerwonej sukni z głową lisa, czy też w nietoperza. Jako starszy pan potrafił jeździć po scenie na rowerze, a nawet chodzić do góry nogami. Do dziś jego koncerty to niemal dzieła sztuki.

Peter Gabriel jest człowiekiem nieśmiałym, ale bardzo uroczym, nie pozbawionym humoru i potrafiącym śmiać się z siebie. Podczas dowcipów, które robiono sobie w studio, wywieziono go na ulicę przywiązanego taśmą do fotela na kółkach. Gabriel niezrażony ruszył przed siebie odpychając się nogami. Gabriel znany jest z tego, że bardzo wolno pracuje nad swoimi albumami, irytuje tym nie tylko swoich fanów, ale i współpracowników. Różnie próbowano sobie z tym radzić. Podczas pracy nad jednym z albumów, producent zamknął artystę w stodole, której drzwi zabił gwoździami. Gabriel bardzo szybko się wtedy uwinął  z napisaniem tekstów do gotowych już utworów. Innym razem dopiero wisząc przyklejony do głośnika wykrzesał z siebie taki wokal,  o jaki chodziło.

Biorąc pod uwagę wielopłaszczyznowość jego twórczych działań i projektów, w które się angażuje, łatwo dostrzec, że doba jest dla niego zdecydowanie za krótka. W końcu artysta ma też swoje życie prywatne i rodzinę, z którą chce spędzać czas. Gdy to wszystko już sobie poukładamy, wybaczymy mu, że tyle trzeba czekać na nową płytę.

Autor książki solidnie przygotował się do niełatwego zadania opisania przebiegu kariery Petera Gabriela. Choć wyczuwa się jego sympatię do artysty, nie idealizuje go ani nie krytykuje. Przedstawia nam sylwetkę muzyka w sposób czytelny i z humorem, przez co lektura jest czystą przyjemnością. Drobne błędy, które przytrafiły się autorowi są mało istotne (np. mylna data wybuchu reaktora w Czarnobylu) czy dostrzegalne tylko przez fanów artysty (utwór In Your Eyes nie znalazł się na żadnej wersji singla Sledgehammer). Jedyną rzeczą, która mnie denerwowała podczas lektury, to nadużywanie wyrazów „kawałek” i „krążek” –  można odnieść wrażenie, że Gabriel tak naprawdę jest hokeistą. Trzeba jednak przyznać, że tłumacze stanęli na wysokości zadania, książkę dobrze się czyta, a przypisy rozświetlają zawiłości kwestii technicznych, w których nie każdy musi się orientować. Polecam!

AutobiogRAPia vol. 1, Liroy

Wydawnictwo Anakonda, 2013

Liczba stron: 232

Wzięta do rąk na chwilę, żeby ją przekartkować, powąchać, zobaczyć co w sobie kryje, sami wiecie jak to jest. AutobiogRAPia będzie musiała poczekać, pomyślałam, bo czytam dwie inne, „bardziej znanych” artystów: florecisty pilotującego jumbo-jety i faceta, który po 10 latach w końcu wydał nową płytę. Liroy nie jest muzykiem, którego twórczość jest mi bliżej znana. Nie ma go pod literką L na moim regale z płytami, nie mam też pamiątkowych biletów z jego koncertów. Niemniej to Bruce Dickinson i David Bowie musieli poczekać, aż odłożę przeczytaną biografię polskiego rapera.

Co nietypowe i pomysłowe zarazem to to, że w książce są tylko dwie fotografie. Na początku biografii patrzy na nas kilkuletni Piotr Marzec, który sam jeszcze nie wie kim zostanie jak będzie duży. Na końcu książki spogląda na nas artysta, muzyk, raper, po prostu – Liroy, czyli facet, który dopiął swego.

Jego dzieciństwo nie było łatwe, ojciec alkoholik często znęcał się nad rodziną. Jak można się domyślić w domu się nie przelewało, zaczęły się drobne kradzieże i ucieczki z domu. Mimo tego, że Liroy nie unika trudnych tematów, to z książki bije optymizm i spora dawka humoru. Trzeba jednak przyznać, że Piotr Marzec miał w życiu bardzo dużo farta. Przykłady? Jako ośmiolatek poszedł do przychodni, żeby symulując chorobę dostać zwolnienie ze szkoły. Okazało się że w trybie natychmiastowym trafił na stół operacyjny. Zwykłe wyłganie się od szkoły uratowało mu życie. Udało mu się też nie trafić do poprawczaka, w którym jego muzyczne marzenia niemal na pewno by się posypały. Książka obfituje w wiele zabawnych historyjek, ale jedna rozśmiesza mnie do łez pomimo grozy sytuacji. Na początku stanu wojennego mały Piotrek wraz z kumplem postanowili wyjść na ulicę i udając partyzantów, walczyć z komuchami. Miał im w tym pomóc prawdziwy pistolet, który ojciec kolegi ukrył w domu!

Książka pokazuje nam zmagania młodego chłopaka, który jako pierwszy zaczął tworzyć rap po polsku. Wiedział, że ta muzyka niesie w sobie dotychczas nieodkryte jeszcze u nas możliwości wyrażenia siebie. Liroy krok po kroku uparcie rozpowszechniał rap, najpierw na dzielnicy, potem w mieście i w kraju. Od początku znał swoją wartość i szedł przed siebie. Pomimo różnych trudności, nie złamał się. Dostrzegł go sam Ice T, co było dla niego niemal jak namaszczenie. Książka kończy się w momencie ukazania się debiutanckiej płyty Liroya, a jej zwieńczeniem jest występ przed wspomnianym Ice T i Body Count. Teraz, gdy Liroy zaistniał już w naszym show biznesie, zapewne najciekawsze dopiero przed nami.

Autobiografia napisana jest językiem potocznym, chwilami wulgarnym, ale dzięki temu, odnosimy wrażenie, jakbyśmy słuchali opowiadającego Liroya. Gdyby język został wygładzony, zaistniałoby w moim umyśle podejrzenie, że książkę napisał ktoś inny. Przyznaję, że czyta się ją wyśmienicie i bardzo szybko, aż za szybko… To niesamowite, że znając raptem kilka utworów Liroya, nie mogę się doczekać drugiej części jego biografii.

Depeche Mode. Monument, Dennis Burmeister & Sascha Lange

Wydawnictwo Anakonda, 2013

Liczba stron: 424

OMG! Taka książka jest spełnieniem marzeń każdego fana! Fana przez duże F, takiego, który jest z zespołem od lat, ale i takiego przyszywanego jak ja, który z zespołem jest stosunkowo krótko. Ja też mogłabym być taką fanką DM, która od dziecka wycinała plakaty, wywiady i plotki o zespole z niemieckiego Bravo i korespondowała w fanclubami w Europie, jednak moje najwcześniejsze muzyczne fascynacje potoczyły się w nieco innym kierunku. Przy wcześniejszych omówieniach książek o DM wspominałam swoją depeszową historię, w związku z czym nie będę się powtarzać. Grunt to wiedzieć, że DM bardzo lubię, kupuję płyty, single, filmy, staram się jeździć na koncerty i przede wszystkim często słucham ich piosenek. „Monument” – album o zespole przyjęłam więc z otwartymi ramionami.

Zanim w ogóle zaczęłam go czytać, ze trzy razy obejrzałam obrazki, kilka razy go przewertowałam, ze sto razy zachwyciłam się jakością wydania oraz ilością zawartych w albumie materiałów. Całość prezentuje się naprawdę oszałamiająco. Znalazłam jedną tylko wadę – „Monumentu” nie da się czytać na leżąco, bo można nabawić się siniaków na brzuchu. Album swoje waży 😉

Autorami „Monumentu” są dwaj fani Depeche Mode, kolekcjonerzy materiałów związanych z zespołem, pochodzący z NRD, stąd dużo w tekście odniesień do nieciekawej sytuacji fanów muzyki mieszkających w Europie Wschodniej przed zburzeniem muru berlińskiego. Jest to coś, z czym my, 30 i 40-latkowie z Polski możemy się całkowicie identyfikować i wspominać czasy przegrywanych kaset i Bravo. Jednak album nie jest tylko nostalgicznym wspomnieniem dawnych czasów, lecz przede wszystkim ilustrowanym katalogiem kolejnych płyt, singli, krążków promocyjnych, gadżetów rozprowadzanych wraz z płytami itp. W rozdziałach będących tytułami kolejnych albumów znajdują się zdjęcia materiałów promocyjnych, w tym również okładek magazynów, ważnych artykułów prasowych oraz ujęć z koncertów.

Zdjęciom towarzyszy oczywiście tekst – skrócona biografia zespołu obejmująca proces powstawania kolejnych płyt, kryzysy w grupie, muzyczne losy członków, którzy odeszli z DM, solowe projekty Martina i Dave’a. Materiał ten przeplatany jest wywiadami z osobami związanymi z zespołem. Sporo miejsca poświęca się pierwszemu koncertowi DM w Berlinie Wschodnim, który władze chciały wykorzystać w celach propagandowych. Autorzy skupiają się również na zasługach wytwórni Mute, fotografach i reżyserach teledysków oraz fanach, bez których DM nie byłby takim samym zespołem.

Fenomen potocznie zwanych „depeszów”, czyli fanów zespołu, to rzecz niebywała i niepowtarzalna. To, że tak wielu ludzi przez tak długi czas nieodmiennie identyfikuje się ze swoją ulubioną grupą, nie zważając na inne muzyczne mody i style, jest spełnieniem marzeń każdego artysty. „Monument” pokazuje w jaki sposób członkowie DM utrzymywali kontakty z fanami i jak ważni byli dla nich słuchacze. Dość powiedzieć, że oficjalną stronę zespołu założył i z ramienia wytwórni prowadzi ich fan. Szacunek do fanów procentuje i zwraca się z nawiązką.

„Monument” to must-have dla wszystkich, którzy uważają się za fanów Depeche Mode – zapewniam, że dostarczy Wam mnóstwa wrażeń estetycznych, pobudzi wspomnienia, pomoże zorientować się w tym, czego brakuje w Waszej depeszowej kolekcji i pięknie będzie wyglądał na półce.