Archiwa tagu: o rosji

Czarnobyl. Spowiedź reportera, Igor Kostin

Albatros, 2006

Liczba stron: 240

Trudno przejść obojętnie koło książki, która ma taką okładkę. Jedna fotografia, a tak wiele mówi o tym, czego można spodziewać się w środku. Jedna fotografia, a opowiada całą wstrząsającą historię o tym, jak usuwano skutki tragedii, która wydarzyła się w Czarnobylu 26 kwietnia 1986 roku.

Po kolei jednak…

Autor książki jest fotoreporterem. Gdy wybuchł reaktor atomowy w Czarnobylu pracował dla redakcji prasowej Nowosti. Nad miejsce katastrofy poleciał po raz pierwszy wraz z załogą helikoptera rano, zaraz po wybuchu. Ze zrobionych wówczas zdjęć wyszło tylko jedno, ujęcie elektrowni jądrowej z góry. Wszystkie pozostałe klatki filmu zostały prześwietlone – zniszczyło je wysokie promieniowanie.

Kostin wracał na miejsce tragedii wiele razy – obserwował i udokumentował na fotografiach prace przy zabezpieczaniu reaktora i budowie sarkofagu. Codzienny trud dozymetrystów, sprowadzonych do Czarnobyla żołnierzy i robotników został utrwalony na jego kliszach. I w większości przypadków był to jedyny zaszczyt i wyróżnienie jakie spotkało tych ludzi – ofiary systemu. Skomplikowane urządzenia sprowadzone na miejsce wybuchu okazały się zawodne – wysokie promieniowanie w krótkim czasie rujnowało podzespoły. Miejsce oczyszczano zatem przy użyciu tzw. robotów biologicznych, czyli ludzi. Człowiek mógł przebywać na dachu reaktora, gdzie promieniowanie było najwyższe, nie dłużej niż 40 sekund, a i tak w tym czasie pochłaniał większą dawkę promieniowania niż przez całe życie.

„Widziałem ludzi, którzy gołymi rękami przenosili bryły radioaktywnego grafitu. Coś takiego wydarzyło się pierwszy raz w historii. Sądzę, że było to możliwe tylko w tym kraju, gdzie życie jednego człowieka nie ma żadnej wartości. Dowodem jest to, że władze pozwoliły im ginąć. Nikt nigdy nie przywołał Wani, Pieti, Wołodi i nie zapytał jak się czuje, czy czegoś nie potrzebuje. Gorzej, pozbawiono ich świadczeń i przywilejów. Może uznano, że te roboty, tak jak koty mają nie jedno życie, ale siedem… Po zejściu z dachu dyskretnie się ulatniali, z tymi swoimi poczciwymi spojrzeniami i uśmiechami. Kiedy bohaterowie nie mają imion, traktuje się ich tak, jakby w ogóle nie istnieli. Więc zniknęli.”

Kostin wychodzi dalej – pokazuje próby zatuszowania katastrofy, pochody pierwszomajowe w pobliskim Kijowie, kiedy promieniowanie było najwyższe, niespieszną ewakuację, słabą kontrolę miejsc, które prze wiele kolejnych lat nie powinny być zamieszkałe ani eksploatowane. Po latach powraca w okolice Czarnobyla – fotografuje miejsca i ludzi. Dokumentuje śmiertelne żniwo choroby popromiennej. Sam długo się leczy w szpitalu w Moskwie. Jest obecny na procesie osób, które skazane zostały za spowodowanie katastrofy.

„Spowiedź reportera” to w głównej mierze album fotograficzny. Jednak każda fotografia jest skrupulatnie opisana, a poszczególne rozdziały zaczynają się od poruszających, bo osobistych wspomnień Igora Kostina. Książka chwyta za serce…

I ja pamiętam maj, kiedy ogłoszono w Polsce informację o wybuchu w Czarnobylu. Pamiętam jak zgromadzono dzieci w szkole i podawano brunatną wstrętną substancję – płyn Lugola. Jednak moje wspomnienia zatarł czas. By odświeżyć sobie tamte czasy wybraliśmy się do biblioteki, by przejrzeć gazety z tamtych dni. Pierwsze informacje o wybuchu pojawiły się w wydaniach pierwszomajowych – były to krótkie artykuliki małą czcionką ze wszystkich sił starające się umniejszyć rozmiar i znaczenie katastrofy.

Pierwsza wzmianka w Trybunie Ludu to artykuł w dolnej części na pierwszej stronie „Komunikat Rady Ministrów Związku Radzieckiego”

Artykuł w powiększeniu:

Tabela pomiarów skażeń w Polsce. Wysokość promieniowania nie zagrażała zdrowiu ani życiu Polaków. Była śmiertelna w promieniu wielu kilometrów od wybuchu, wg Kostina skutki odczuwane są jeszcze do dziś na Ukrainie i Białorusi.

W Życiu Warszawy wiadomość nie była co prawda tak ważna jak pierwszomajowe pochody, ale pojawiła się na bardziej eksponowanym miejscu niż w Trybunie.

Artykuł z Życia Warszawy w powiększeniu:

W Głosie Wielkopolskim pojawiła się wiadomość o pomiarach promieniowania – niewiele miejsca poświęcono samemu wybuchowi. Nikt też nie spekuluje na temat przyczyn ani skutków katastrofy czarnobylskiej.

 

Mordercy w mauzoleach, Jeffrey Tayler

Carta Blanca, 2011

Liczba stron: 410

Jeffrey Tayler jest Amerykaninem od kilkunastu lat mieszkającym w Rosji. Jest również dziennikarzem i podróżnikiem. Wydaje książki ze swoich podróży po świecie. Podróż, o której mowa w tej książce, rozpoczęła się wiosną 2006 roku w Moskwie, a skończyła jesienią w Pekinie. Tayler przejechał trasę na wschód korzystając z różnych środków transportu, pociągów, taksówek, autobusów i zatrzymując się w miejscach, które z różnych powodów chciał bliżej poznać. Nie była to jego pierwsza podróż w tamte rejony, ale pierwsza tak szczegółowo udokumentowana.

Tyler stara się jak najwięcej rozmawiać ze swoimi przewodnikami, osobami, które go goszczą oraz przygodnymi towarzyszami podróży. Posługuje się językiem rosyjskim, tureckim i chińskim. Interesują go poglądy mieszkańców byłych republik Związku Radzieckiego, na temat przemian w latach dziewięćdziesiątych, rządów Putina oraz spuścizny kulturowej danego regionu.

Z wielu zanotowanych rozmów i obserwacji wyłania się smutny i trochę przerażający obraz mieszkańca Rosji. Prawie wszyscy tęsknią za czasami ZSRR, kiedy to państwo gwarantowało jako taki dobrobyt, a przynajmniej nie było widać rażących różnic w stanie posiadania – wszyscy mieli takie samo nic. Teraz biedni, którzy stanowią znaczną większość społeczeństwa pomstują na tych, którzy dorobili się majątków korzystając na reformach wprowadzonych przez Jelcyna.

„Sowieci zaszczepili nam wszystkim przekonanie, że pensja się należy, czy się pracuje, czy nie. Jesteśmy za leniwi, żeby sie odrodzić, bo to oznacza pracę. Nikomu się nie chce pracować.”

To jeden z nielicznych rozsądnych i zdolnych do oceny głosów. Większość głównie narzeka, pomstuje na swój los, krytykuje Busha i chwali Putina oraz Stalina, który gdzie się nie obejrzeć uznawany jest za bohatera narodowego.

„Stalin zrobił, co musiał. Żeby się zjednoczyć, Rosja potrzebuje silnego władcy.”

Tayler komentuje to w następujący sposób:

’W kontekście Rosji silny władca zawsze, bez wyjątku, oznacza siedzącego na tronie zabójcę, który w imię racji stanu likwiduje wszystkich ośmielających się sprzeciwiać narzuconej przez niego polityce, często bezsensownej i szkodliwej.”

Stąd też tytuł książki – mordercy czczeni są w mauzoleach w Moskwie, Pekinie i na terytorium Mongolii Wewnętrznej, gdzie znajduje się symboliczne mauzoleum Czyngis-chana.

Wstrząsnęła mną jeszcze jedna wspólna cecha wszystkich bez wyjątku rozmówców Tylera – nienawiść na tle etnicznym. Mieszkające obok siebie narody (często sztucznie przeszczepione na dany grunt) wzajemnie sobą pogardzają. Aż dziw, że Rosją nie wstrząsają coraz to nowe wojny domowe.

Jak żyć w takim kraju? Rosjanie dostosowują się do warunków, które pośrednio sami sobie stworzyli. Najlepszym sposobem na znieczulenie jest alkohol, spożywany przez wszystkich i wszędzie. Następnie – łapownictwo. W Rosji niczego się nie załatwi bez łapówki, a nawet odrobina władzy predysponuje człowieka do sięgania po pieniądze innych. I jeszcze poczucie humoru i podchodzenie do życia z humorem:

„… jedyne podejście, jeśli chce się zachować zdrowie psychiczne w kraju, w którym wszelka nadzieja na reformy zgasła, ludzie bogaci to oszuści i złodzieje, ludzie ubodzy – gamonie i nieudacznicy, a oszustwo jest zinstytucjonalizowane.”

Jednak tak naprawdę nie ma się z czego śmiać. Mnie nie było do śmiechu. Książka dużo mnie nauczyła i wskazała problemy, o których nie miałam większego pojęcia. Polecam!

Wyspa kanibali, Nicolas Werth

Znak literanova, 2011

Liczba stron: 290

Lata trzydzieste w Związku Radzieckim przebiegały bardzo burzliwie. Wpływ na procesy społeczne wówczas zachodzące miała przede wszystkim polityka Stalina narzucająca rolnikom powszechną kolektywizację, wysokie normy produkcji przekraczające ich możliwości oraz proces oczyszczania dużych miast z „elementów zdeklasowanych i szkodliwych społecznie”. Kto zaliczał się do tego niechlubnego grona? Przede wszystkim tzw. kułacy, którzy wywodzili się głównie z byłych posiadaczy ziemskich, osoby zajmujące się handlem, osoby bez stałego meldunku, byli przestępcy, włóczędzy, żebracy. Wszystkie te osoby przymusowo wywożone były na tereny Syberii, by osiedlać nieprzyjazne okolice. Nie trzeba dodawać chyba, iż tak ogromne przedsięwzięcie było skazane na porażkę.

Przesiedleńcom nie zapewniono najbardziej niezbędnych narzędzi, żywności, ciepłych ubrań. Spiętrzały się problemy logistyczne w obozach pośrednich, z których wysyłano transporty w głąb kraju.  Na skutek zaniedbań wiele osób zapadało na choroby, umierało z głodu, chłodu i wycieńczenia. Ci, którzy dotarli na miejsce przeznaczenia byli albo zbyt słabi by zająć się stawianiem baraków i organizowaniem obozowiska w środku lasu, albo też brakowało im do tego motywacji. Wielu próbowało uciec, inni koczowali w ziemiankach, licząc na opiekę państwa, które skazało ich na pobyt w syberyjskiej tajdze. Służby odpowiedzialne na miejscu za logistykę i wyposażenie osiedleńców w niezbędny sprzęt były niezbyt liczne, brakowało im autorytetu, naglił czas, kolejne przybywające z Moskwy i Leningradu transporty z tysiącami wygnańców zawężały pole działania. Wszystko to złożyło się na przyczyny tragedii, do której doszło na wyspie Nazino – od 1933 roku nazywanej Wyspą Kanibali.

Grupa ponad 6 tysięcy osób została przewieziona na niewielką wyspę na rzece Ob bez odpowiedniego zaopatrzenia w żywność, leki, ciepłe ubrania czy sprzęt niezbędny do postawienia baraków zapewniających dach nad głową. Spadająca poniżej zera temperatura, brak dostępu do żywności, nieudolność strażników oraz szerząca się anarchia doprowadziły do zachowań nieludzkich na wyspie. Oprócz aktów kanibalizmu, do których dopuszczali się wycieńczeni ludzie, dochodziło do samosądów, a także nadużywania władzy przez wyposażonych w karabiny i pistolety nielicznych strażników.

W czasie lektury nie sposób nie myśleć o nieludzkiej machinie władzy, która nie dość, że wysysała z ludzi wszystkie siły i środki, to jeszcze dopuszczała do sytuacji, w których życie człowieka nie miało najmniejszego znaczenia. Najważniejsze w tym kraju były i są normy, które należy wykonać, a najlepiej przekroczyć. Absurdalne i horrendalne są fragmenty dotyczące odgórnie narzuconych norm dotyczących likwidacji „elementów niepożądanych”. Nadgorliwi wykonawcy egzekucji częstokroć zwracali się do przełożonych z prośbą o zwiększenie norm. Podobnie było w przypadku oczyszczania miast z niechcianych tam mieszkańców – aby sprostać normom organizowano regularne łapanki, w wyniku których deportowano dzieci, przyjezdnych, czy osoby, które nie zabrały ze sobą dokumentu potwierdzającego tożsamość. Człowiek w ZSRR nie znaczył wiele, na pewno nawet w połowie nie był tak ważny jak górnolotne a niewykonalne plany polityków. To smutna ale prawdziwa książka, rzetelnie udokumentowana pod względem historycznym. Obnaża mechanizmy władzy, pokazuje w jaki sposób budowane było imperium radzieckie i pośrednio wskazuje przyczyny upadku Związku Radzieckiego.

W oblężonym Leningradzie, Aleś Adamowicz & Danił Granin

Bellona, 2011

Liczba stron: 201

Odkąd przeczytałam rewelacyjne „Madonny Leningradu”, w których sporo miejsca zajmuje wątek dotyczący życia w oblężonym mieście, chciałam dotrzeć do jakiejś książki pokazującej ten sam okres, ale z punktu widzenia historyka. Okazja nadarzyła się po dość długim czasie. Bellona niedawno wydała książkę, w której autorzy zebrali wspomnienia osób mieszkających w Leningradzie w 1941 i 1942 roku, kiedy to miasto odcięte było od reszty kraju.

Historykom udało się dotrzeć do trzech dzienników prowadzonych przez leningradczyków w najtrudniejszym okresie wojny. Ludzie ci nie znali się ani nie wiedzieli o swoim istnieniu, każde z nich pragnęło zostawić ślad po sobie i po czasach, których być może nikt nie będzie po wojnie pamiętał.

Gieorgij Kniaziew był wówczas dojrzałym, pięćdziesięcioletnim mężczyzną, naukowcem poruszającym się na wózku inwalidzkim. Prawie przez cały czas trwania blokady Leningradu pracował w Archiwach Państwowych i z pomocą coraz bardziej zmiejszającej się grupy ludzi dbał o zbiory, pracował naukowo i starał się dać świadectwo wydarzeniom z życia jego małej rodziny oraz znajomych.

Jura Riabinkin miał 16 lat, mieszkał z mamą i sporo młodszą siostrą. Początkowo chodził do szkoły, jednak gdy głód stał się bardziej dotkliwy nauka stała się zbyt trudna dla niego. Jura opisuje codzienne życie młodego człowieka, stanie w niekończących się kolejkach, nadzieję, na ewakuację z miasta oraz warty polegające na alarmowaniu mieszkańców o upadku bomb zapalających w pobliżu budynków mieszkalnych i użyteczności publicznej.

Lidia Ochapkina spisała swoje wspomnienia już po zakończeniu okupacji miasta. Pisała z potrzeby serca. Lidia, żona żołnierza, pozostała w Leningradzie z dwójką małych dzieci. Opisuje jak trudno było zapewnić im opiekę oraz zdobywać żywność. Wspomina chwile, gdy została okradziona z kartek na żywność przez współlokatorkę oraz bezradność matki, która obserwuje jak nikną jej dzieci.

Fragmenty dzienników trzech głównych bohaterów uzupełnione są wspomnieniami innych ludzi, mieszkańców miasta. Obraz, jaki sie wyłania z tych opowieści, wcale nie jest rezygnacją ani poddaniem, choć tego właśnie spodziewałabym się po takiej lekturze. Przeciwnie, zapiski tych trojga ludzi tchną nadzieją na poprawę losu, na przetrwanie i wyjazd z miasta. Nadzieja ta podtrzymywała wycieńczonych ludzi przy życiu. Jednakże wielu z nich nie doczekało ani ewakuacji ani nawet nadejścia wiosny – okrutnie niskie temperatury, racjonowanie żywności i jej niedostępność zabiły setki tysięcy ludzi w zamkniętym mieście. Czytanie tych wspomnień uzupełniło mój obraz blokady Leningradu, pokazało życie w odciętym mieście z punktu widzenia jego mieszkańców. A nieliczne wyjaśnienia faktów przez historyków tylko uzmysłowiły skalę problemu.

Wysadzić Rosję, Aleksander Litwinienko & Jurij Felsztinski

Rebis, 2007

Liczba stron: 351

Rosja i jej bieżące problemy nie leżą w zakresie moich najważniejszych zainteresowań. Z literatury beletrystycznej, pobieżnego oglądania i czytania wiadomości ze świata wiem mniej więcej, co tam się dzieje, choć dotychczas nie wnikałam szczegółowo w przyczyny i skutki konfliktów na wschodzie. Książkę tę dostałam z poleceniem przeczytania i zastanowienia się nad jej treścią. Co też uczyniłam. Przyznam też, że nazwisko zamordowanego kilka lat temu autora tego dokumentu Aleksandra Litwinienki podziałało zachęcająco.

Litwinienko naraził się władzom Rosji po tym jak odmówił wykonania rozkazu zabicia jednego z przedsiębiorców, który stał się niewygodny dla władz Rosji. Uznając rozkaz za niezgodny z prawem zwołał konferencję prasową i poinformował o nielegalnej działalności organu powstałego na podwalinach byłego KGB o nazwie Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB). W ten sposób naraził życie swoje i swojej rodziny. Udało mu się uciec do Anglii lecz nie pożył tam długo, po kilku latach niewygodny świadek niechlubnych wydarzeń w Rosji został otruty polonem. Zanim jednak do tego doszło Litwinienko i Felsztinski napisali książkę „Wysadzić Rosję”, której publikacja została zakazana w ich ojczyźnie, ponieważ demaskowała przestępczą działalność prowadzoną na wielką skalę przez FSB.

Autorzy dowodzą, iż zamachy terrorystyczne, które miały miejsce w Rosji w 1994 i 1999 roku zostały przeprowadzone przez FSB i przypisane Czeczenom, choć żadne śledztwo nie udowodniło udziału Czeczenów w tych przestępstwach. Udaremniony, dzięki czujności mieszkańców, zamach na blok mieszkalny w Riazaniu w 1999 roku potwierdził fakt, iż FSB sama podkładała ładunki wybuchowe. Nieudolne i ośmieszające tłumaczenia najwyższych przedstawicieli władz wykazały ponad wszelką wątpliwość zaangażowanie FSB w zamachach. Co chciano osiągnąć? Zemścić się na Czeczenii za odmowę zapłacenia wielomilionowej łapówki oraz zdestabilizować proces demokratyzacji Rosji, który nie leżał w interesach rządzących.

Książka jest zapisem wielu potwierdzonych zbrodni systemu na ludziach – setki niewinnych obywateli zginęło w wybuchach bomb, biznesmeni zmuszani są do płacenia ogromnych haraczy, przestępcy przyjmowani są w szeregi FSB i awansowani do stopnia generałów. Organizacja ta jest państwem w państwie i w zasadzie nie podlega żadnemu prawu. Próby zreformowania FSB lub chociażby oczyszczenia jej szeregów przyniosły fiasko, a na uczciwych oficerów, którzy sprzeciwili się dotychczasowej działalności wydano wyroki śmierci.

Książka nie jest mistrzostwem świata jeśli chodzi o styl pisania, to raczej reportaż obfitujący w nazwiska, daty, miejsca. Mimo tego jest wstrząsająca, ponieważ dobitnie pokazuje jak niewiele warte jest życie ludzkie w kraju, który graniczy z Polską, jak władza i przynależność do służb bezpieczeństwa korumpuje i demoralizuje, jak elity rządzące cenzurują media i wykorzystują podległe sobie służby do wprowadzania rządów bandycko-policyjnych. Mimo upadku komunizmu naród rosyjski w dalszym ciągu nie może zakosztować demokratycznych swobód i musi znosić reżim wprowadzony przez Putina i podległą mu FSB.