Zaprojektowane. Polski dizajn 2000-2013, Czesława Frejlich & Dominik Lisik

2+3D, 2014

Liczba stron: 343

Polski dizajn potrzebował czasu, by rozwinąć skrzydła. Potrzebował również przestrzeni oraz odbiorców o odpowiednio ukształtowanej świadomości, estetyce, ludzi gotowych zapłacić więcej za produkt unikatowy, zaprojektowany z dbałością o szczegóły, wyróżniający się wśród ogólnie dostępnych towarów. Po 2000 roku zaczęło się wreszcie coś dziać w tej dziedzinie sztuki, polski dizajn stał się rozpoznawalny, projektanci startowali w prestiżowych branżowych konkursach, z których przywozili nagrody. Niektórzy z nich rozpoczęli działalność na własny rachunek, inni współpracują z dużymi koncernami, które stawiają na jakość.

Autorzy tej publikacji prezentują przegląd najciekawszych przedmiotów użytkowych (mebli, lamp, naczyń, artykułów AGD). Jeden z rozdziałów poświęcony jest transportowi oraz przestrzeni publicznej, jeszcze inny eksperymentowi i przedmiotom bez określonej funkcji użytkowej, lecz cieszącym oko i dającym do myślenia. Całość uzupełniają i spinają rozmowy z 12 twórcami.

Rozmówcy podkreślają, że dizajn z Polsce dopiero raczkuje, niewielu twórców potrafi się utrzymać tylko z projektowania. Artyści najczęściej zmuszeni są wykonywać kilka pokrewnych zawodów- niektórzy zajmują się projektowaniem graficznym, inni sprzedażą i doradztwem, jeszcze inni są wykładowcami. Wszyscy dostrzegają pozytywne zmiany – otwartość odbiorców na nowe trendy, przedkładanie jakości i oryginalności nad cenę. Cieszą pozytywne przykłady z przestrzeni miejskiej dużych miast.  Paradoksalnie jednak nagrody w konkursach niekoniecznie przynoszą zyski.

Wydaje się też, że sprzęt, meble i dodatki produkowane niemasowo stały się bardziej przyjazne ludziom, zeszły z witryn galerii i znalazły miejsce w domach, gdzie mogą być normalnie użytkowane. Dzięki zamówieniom od prywatnych nabywców przestały być tylko dziełami sztuki. Popularność niektórych projektów zaskoczyła nawet ich twórców. Martwi jednak to, że wielu dużych producentów stawia na zagranicznych projektantów, nie inwestuje w dizajn i w ogóle nie ma działu projektowania oraz modelarni.

„Zaprojektowane” to książka do oglądania i do czytania. Opisane przedmioty zostały sfotografowane w ciekawych aranżacjach (zdjęcia Przemka Szuby), a ich projektanci  przedstawieni w zwięzłych biogramach. Rozmowy o sztuce, dizajnie i polskiej rzeczywistości otwierają perspektywę i doskonale ilustrują niedostatki i siłę tej dziedziny sztuki w szerszym kontekście. Doskonale się je czyta. Dla kogo jest to książka? Wbrew pozorom nie tylko dla ludzi z branży. Odnajdą się w niej wszyscy ci, którym nieobca jest estetyka przestrzeni i którzy lubią wiedzieć więcej o tym, jak powstają otaczające ich rzeczy.

Uporczywe upodobanie, Jerzy Stelmach

Wydawnictwo Bosz, 2013

Liczba stron: 200

Profesor prawa i filozof Jerzy Stelmach w „Zapiskach kolekcjonera”, bo tak brzmi podtytuł książki, przedstawia swoje przemyślenia o sztuce, tworzeniu kolekcji, roli marszandów, galerii, muzeów oraz sposobach kreowania popularności niektórych artystów. Książka ilustrowana jest reprodukcjami dzieł z kolekcji autora. Zawarte w tym wydaniu zapiski to uporządkowany zbiór, poparty bibliografią oraz życiowym doświadczeniem. Na pewno powinni ją przeczytać ci, którzy zamierzają stworzyć własną kolekcję dzieł sztuki – niekoniecznie traktując zawarte w niej wskazówki jako jedynie słuszne, ale po to, by na ich podstawie stworzyć swój własny kodeks postępowania.

„Kolekcjonowanie jest tak naprawdę próbą zrealizowania marzenia o nieskończoności.”

Autor wyraźnie rozgranicza kolekcjonowanie od zbieractwa. Kolekcjoner dobiera eksponaty według klucza, zbieracz często bierze wszystko jak leci.

„Nasze upodobanie winniśmy kształtować 'idąc za rzeczą’, a nie za 'twórcą tej rzeczy.’ W przeciwnym przypadku będziemy kwalifikować rzecz nie ze względu na jej piękno, estetyczną wartość, szczególność, odrębność, rzadkość, lecz ze względu na możność przypisania jej określonemu artyście. Coś nie jest piękne, wartościowe, odrębne i rzadkie , bo jest czyjegoś autorstwa, tylko dlatego, że takie jest.”

Każdemu, nawet najlepszemu artyście, malarzowi, pisarzowi, poecie, zdarzają się dzieła kiepskie. Zbieracze, kupujący jak leci (od razu przypomina mi się Helena Rubinstein, która wszystko kupowała hurtowo, łącznie w obrazami i rzeźbami) nie patrzą na obraz i często od razu trafia on do magazynu. Jest to zaprzeczeniem idei kolekcjonerstwa – dzieła sztuki są po to, by je podziwiać, cieszyć nimi oko, ich podstawowa wartość to wartość estetyczną. Nie można sprowadzać zakupu dzieła sztuki do samej lokaty pieniędzy, co podobno zdarza się dość często.

Poglądy autora na muzealnictwo są dość jednoznaczne. Eksponaty w muzeach występują w ogromnym zagęszczeniu. W największych i najbardziej znanych placówkach ogląda się je zerkając ponad głowami pędzących tłumów. W innych ekspozycja nie jest zmieniana przez dziesięciolecia, a w magazynach spoczywają zakupione dzieła, które mają marne szanse na ujrzenie światła dziennego. Jerzy Stelmach wyraża też swój pogląd na obcowanie ze sztuką w muzeach. Są to słowa, które wyjątkowo mocno do mnie trafiają:

„Sztuka nie jest dla każdego i nie jest, na miłość Boską, rzeczą ani do pośpiesznego 'zaliczania’, ani nadętej egzaltacji.”

Najlepsze w tej książce jest to, że są w niej fragmenty, z którymi można się nie zgodzić. W szczególności, pole do popisu w kontrargumentowaniu będą mieli miłośnicy sztuki postmodernistycznej, którą Jerzy Stelmach przyrównuje do śmietnika. Ja polemizowałabym z poglądami autora na fotografię. Lubię kiedy lektura pobudza mnie do myślenia, argumentowania, wymyślania przykładów. Lubię też mądre książki, przemyślane opinie. Ta książka zawiera to wszystko, czego oczekuję od pozycji tego gatunku.

Wojna na ściany, Banksy

Sine Qua Non, 2012

Liczba stron: 208

„Większość ludzi nie wykazuje inicjatywy, bo nikt nie każe im tego robić.”

Jeśli chodzi o inicjatywę, Banksy nie ma z nią większych problemów. Album, który właśnie trzymam w ręku jest na to niezbitym dowodem. Zamieszczone w nim obrazy i zdjęcia dokumentują rozwój Banksego jako artysty. Jego graffiti ewoluowało od robionych odręcznie wrzutów na pociągach i ścianach, do bardziej praktycznych szablonów, dzięki którym sam artysta miał większe szanse na uniknięcie aresztowania, ponieważ malowanie zajmowało znacznie mniej czasu. Od obrazów i napisów Banksy przeszedł do prowokacji – w wielu miastach „wyznaczył” obszary na graffiti, które bardzo szybko zapełniły się twórczością innych grafficiarzy.

„Lubię myśleć, że wciąż mam jaja, żeby w zachodniej demokracji anonimowym głosem przypominać o tym, w co nikt już nie wierzy, o takich rzeczach jak: pokój, sprawiedliwość i wolność.”

Chociaż Banksy znany jest z rozmaitych prowokacji oraz błyskotliwych rysunków ośmieszających i celnie wskazujących na winę i nieczyste sumienia polityków, międzynarodowych koncernów oraz społeczeństwa konsumpcyjnego, to największy rozgłos przyniosły mu działania, w którym wykazać się musiał sprytem większym niż potrzebny do osprejowania ściany pod osłoną nocy.

„Wszyscy artyści są gotowi na to, by cierpieć za swoją sztukę, czemu tak niewielu jest gotowych na to, by się nauczyć rysować?”

W przypadku Banksego podoba mi się przede wszystkim konsekwencja w tym, co robi oraz to, że wciąż się rozwija. Chociaż pozostaje artystą ulicy, udaje mu się również wedrzeć na salony oraz w miejsca, gdzie prawie nikt nie ma wstępu. Mam na myśli jego świetną, gorzko-zabawną akcję w zoo, gdzie na wybiegach dla zwierząt zostawił napisy typu: „Wypuśćcie nas, umieramy z nudów.” Mój nieodmienny podziw budzą obrazy namalowane na murze segregacyjnym między Izraelem a Palestyną. O śmiech przyprawiają zawieszane przez niego obrazy w galeriach sztuki i muzeach narodowych, które czasami niezauważone wisiały wśród ekspozycji przez kilka dni. Potem w wielu przypadkach zostały włączone do zbiorów sztuki współczesnej.

„Wojna na ściany” to świetny album, który przekrojowo pokazuje sztukę Banksego wraz z komentarzem odautorskim i kilkoma historyjkami z życia grafficiarza. Ta pięknie wydana książka powinna znaleźć się na półce każdego kogo choć raz uwiódł wrzut wykonany przez Banksego. Must-have dla wszystkich ceniących wolność artystycznego wyrazu.

 (Wszystkie cytaty pochodzą z książki.)

Uczta bogiń. Kobiety, sztuka i życie, Maria Poprzęcka

Agora, 2012

Liczba stron: 216

Maria Poprzęcka w swojej najnowszej książce postanowiła wyróżnić kilkanaście mniej lub bardziej znanych kobiecych postaci świata artystycznego. Za punkt wyjścia przyjęła instalację zwaną Dinner Party, która stworzyła Judy Chicago będąca ikoną feministek. Autorka stara się przedstawić takie artystki, których pozycja w świecie sztuki (być może) nie wynika bezpośrednio z ich osiągnięć, ale z pewnych układów. Niektóre z opisanych kobiet były żonami lub kochankami znanych malarzy, pisarzy i twórców wszelakich, inne, jak wiktoriańska „matrona” Margaret Cameron przeszły do historii za sprawą pewnych zbiegów okoliczności – w przypadku wymienionej fotografki są to portrety osób, które zapisały się w dziejach.

Czytając tę książkę miałam bardzo ambiwalentne odczucia odnośnie bohaterek esejów. Z jednej strony były to kobiety idące pod prąd swojej epoki, wyzwolone, bezpruderyjne zdobywczynie serc męskich i spojrzeń płci obojga. Z drugiej bezwolne przedmioty w rękach swoich mistrzów – znane głównie za sprawą swoich romansów i skandali obyczajowych, wtórne nawet w swojej sztuce, bo ślepo podążające ścieżką swojego mistrza, tak jak choćby Elizabeth Siddal – muza i modelka prerafaelitów.

Nieliczne artystki wyszły z cienia, pozostałym do polepszenia mniemania o sobie wystarczyło obracanie się w męskich kręgach surrealistów czy innych przedstawicieli awangardy artystycznej, którzy dość bezlitośnie obchodzili się ze swoimi muzami. Dwoistość kobiecej natury? Czy może zaślepienie? Nawet silna Dora Maar nie pozbierała się po związku z Picassem. Lee Miller całe życie dążyła do samozagłady jak ćma lecąca w ogień, stąd też nie dziwią jej ryzykowne zachowania, rozpustny tryb życia oraz iście męskie pasje, które zawiodły ją na front i do likwidowanych obozów koncentracyjnych. I chyba właśnie reporterskie fotografie tam zrobione przyczyniły się do jej sławy, romanse (nawet te z Man Rayem i innymi artystami) to tylko chwilowy news.

Zapewne każda z opisanych artystek znalazła swoich wielbicieli i krytyków. Nie mnie oceniać, która z nich miała autentyczny talent, a która głowę do interesów (bo i w ten sposób można nazwać ich romanse i związki). Mnie osobiście najbliższa stała się Georgia O’Keefe – całe życie wierna sobie i swoim wyborom, nie bazująca na skandalach obyczajowych, choć znana była także jako modelka fotograficznych aktów (i żona) Alfreda Stieglitza.

Warto przeczytać tę książkę od początku do końca, a potem wracać jeszcze do poszczególnych fragmentów, oglądać zamieszczone w niej reprodukcje zdjęć i dzieł artystek, poświęcić trochę czasu na znalezienie dodatkowych informacji o tych, które wydały się szczególnie warte uwagi. Warto również zastanowić się razem z autorką nad poruszoną przez nią kwestią niewielkiej (w porównaniu do męskich reprezentantów) liczby kobiet-artystek na przestrzeni dziejów. Bo nie zgodzimy się przecież z tym, że kobiety są mniej utalentowane? Gorąco polecam „Ucztę bogiń” ze względy na walory poznawcze oraz estetyczne.

Moje gawędy o sztuce, Bożena Fabiani

Świat Książki, 2012

Liczba stron: 366

Książkę czytałam jakieś 2-3 tygodnie. To do mnie zupełnie niepodobne, bo zazwyczaj poświęcam książce nie więcej niż 2-3 dni. W przypadku gawęd pani Fabiani wszystko okropnie się wydłużyło przez niefajne wydanie. A na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być w porządku – śliczna, twarda okładka, przyjazna oku czcionka, kolorowe wklejki z reprodukcjami obrazów…

Autorka opowiada o sztuce renesansu – obrazach, rzeźbach, freskach, nawet o dziełach jubilerskich. Jednak to nie wytwory rąk ludzkich znajdują się w centrum jej uwagi – punktem wyjścia do każdej z gawędy jest człowiek oraz uwarunkowania historyczne mające wpływ na jego życie i twórczość. Ze skrupulatnością godną historyka z trudno dostępnych materiałów źródłowych kompiluje opowieści, w których XVI- wieczni artyści wydają się niemal namacalni. Wiadomo, że archiwa są jakie są, wiele pism zaginęło, nie zachowały się płótna i rzeźby, a mimo to ze skrawków wiedzy Bożena Fabiani tka postaci artystów jak żywe. Niektóre fragmenty, jak choćby ten dobrze udokumentowany, dotyczący przesłuchania Veronese przez trybunał inkwizycji, czytałam na głos żebyśmy mogli się wspólnie w domu pośmiać z tupetu niepokornego twórcy.

Lektura tej książki usystematyzowała moją wiedzę na temat artystów renesansu tworzących we Włoszech, wskazała główne nurty, tematykę, odchylenia od stylu i cechy charakterystyczne dla poszczególnych artystów. Wymagała jednak ode mnie wielkiego zaangażowania. Wydawca nie zadbał o to, żeby zamieścić reprodukcje wszystkich omawianych przez autorkę dzieł sztuki. Co więcej, w każdej z ponad 30 gawęd omawia się od kilku do kilkunastu obrazów, a we wkładce mamy co najwyżej zdjęcie jednego z nich. W związku z tym, czytanie musiałam połączyć z wyszukiwaniem reprodukcji w internecie, co zajmowało sporo czasu i strasznie mnie rozpraszało. Nie potrafię czytać o obrazach i udawać przed samą sobą, że już wiem o co chodzi na podstawie samego opisu, zatem co chwilę odrywałam się od lektury żeby sprawdzić kolejne dzieło.

Dlatego jeśli planujecie lekturę tej pozycji (do czego zachęcam) zarezerwujcie sobie więcej czasu niż przeciętnie oraz dostęp do sieci lub albumów malarstwa – w przeciwnym razie prawie całe czytanie będzie pozbawione sensu, a wiedza o sztuce renesansu wleci Wam jednym okiem, a wyleci drugim.

 Misio dotrzymywał mi towarzystwa, ale on zachwycał się jakąś inną galerią – taką bardziej na swoim poziomie 😉