Archiwa tagu: obyczajowa

Kiedy będziemy deszczem, Dominika van Eijkelenborg

kiedy-bedziemy-deszczemWydawnictwo Kobiece, 2017

Liczba stron: 431

Kto mnie czyta, wie, że dość dużą niechęcią darzę powieści obyczajowe i romanse. Drażnią mnie schematy fabularne, przewidywalność i nadmiar słodyczy. Po książkę „Kiedy będziemy deszczem” sięgnęłam, ponieważ jest reklamowana jako thriller. I rzeczywiście już na samym początku dowiadujemy się, że holenderska policja prowadzi poszukiwania kobiety polskiego pochodzenia, matki dwojga małych dzieci, niepracującej żony, która wieczorem wyszła na spacer z psem i nie wróciła do domu. W komputerze potencjalnej ofiary znajdują mejle do koleżanki, pisane po polsku, więc sprowadzają tłumaczkę, która ma przełożyć ich treść. Policjanci spodziewają się, że znajdą w nich coś, co pomoże kobietę odnaleźć lub zakwalifikować jej zaginięcie jako ucieczkę.

Po kilkudziesięciu stronach ten wątek się urywa i następuje retrospekcja zdarzeń prowadzących do tego fatalnego wieczoru, kiedy zaginęła Inga. I tu zaczyna się coś, co jest dla mnie watą słowną. Opis jej życia z dwójką dzieci i wiecznie nieobecnym (ciałem lub duchem) mężem, który prowadzi… no wiadomo do czego, choć akurat tutaj sprawa się mocno komplikuje, bo wybranek jest dużo młodszy. I lecimy ze schematami – wychodzi na spacer z dziećmi i… kogo spotyka, gdy brakuje jej rąk do ogarnięcia dwójki rozbieganych dzieciaków? Spada jej łańcuch w rowerze i… kto jej pomaga? Przyczepia się do niej bezdomny pies i… kto jest specjalistą od tresury? Wątek z psem jest całkiem sympatyczny, choć chwilami miałam wrażenie, że autorka mocno bazowała na programach lub książkach Cesara Milana. Dopiero pod koniec znowu następuje zwrot akcji i z romansu przechodzimy w czas rzeczywisty zaginięcia i tutaj pojawia się mały dreszczyk emocji.

W związku z tym nie jestem zachwycona tą powieścią, tym bardziej, że tekst naszpikowany jest zdaniami w stylu wieszcza Coelho, kwieciste frazy i barokowe porównania kłują mnie w oczy. Nie przekonuje mnie zupełnie postać męża Ingi – żaden facet nie jest tak zajęty robotą, żeby nie zauważyć rywala pod nosem. To również typowe dla literatury obyczajowo-romansowej przerysowanie postaci. Uczciwie jednak przyznaję, że doczytałam książkę do samego końca i czytałam ją z zaciekawieniem, choć omiatałam kartki wypełnione watą słowną jedynie przelotnym spojrzeniem, żeby tylko zorientować się co i jak. Chciałam się dowiedzieć, jak to było z jej zniknięciem.

Wnioski?

Jeśli chcecie thrillera – omijać!

Jeśli lubicie powieści o miłości – czytać!

Jeśli lubicie powieści obyczajowe z wątkiem sensacyjnym – czytać!

Był sobie pies, W. Bruce Cameron

byl_sobie_piesWydawnictwo Kobiece, 2017

Liczba stron: 392

Uwielbiam czytać o zwierzętach i nienawidzę czytać o zwierzętach. Uwielbiam, bo są czarujące, mądre, zabawne. Nienawidzę, bo często ich historie kończą się powolnym umieraniem, a tego nie mogę znieść. „Był sobie pies” to taka opowieść, w której pies po śmierci odradza się w nowym ciele. Nie rozumie celu tej swoistej reinkarnacji dopóki nie dotrze do kresu swoich dni. Tytuł oryginalny dotyczy właśnie tego celu, do którego pies zmierza przez kilka wcieleń.

Świat oglądany oczami psa i przez niego opisywany jest o wiele prostszy – liczy się jedzenie, zabawa, dobre słowo od opiekuna. Wraz z kolejnymi wcieleniami Baileya śledzimy nie tylko jego przygody, lecz także losy rodziny, z którą przebywał najdłużej. Pies skupia się głównie na sobie, tylko mimochodem zauważając pewne zmiany – tatuś nie śpi w sypialni z mamusią, chłopiec wyjeżdża na dłużej, niby do szkoły, ale nie wraca przez wiele tygodni. Zwierzę wie, że coś się dzieje, ale nie zawsze umie je sobie wytłumaczyć. Czytelnik natomiast od razu łapie, co tam się naprawdę dzieje.

Kolejne wcielenia to również pretekst do opisania różnych losów psa – bezdomnego, mieszkającego w nielegalnym schronisku, przygarniętego przez kochającą rodzinę, kupionego na prezent dla jakiejś głupiej pindy, trzymanego na łańcuchu i zaniedbanego, pracującego w policji itp. Czasem serce się kraje, czasem wybuchamy śmiechem, a czasem z niepokojem śledzimy dalszy rozwój akcji.

Trzeba przyznać autorowi, że dobrze opanował sztukę przyciągania uwagi czytelnika. Czyniąc z psa głównego bohatera powieści sprawił, że nawet tacy cynicy jak ja, z uwagą czytają powieść obyczajową i czerpią z tego niebywałą satysfakcję. Wiele razy miałam ochotę wtulić się w psią sierść, poczuć dotyk chłodnego nosa i pewność, że ten przyjaciel nigdy mnie nie opuści (z własnej woli). Jeśli lubicie ciepłe opowieści o ludziach i zwierzętach, na pewno dobrze przyjmiecie tę książkę. Jeśli zwierzęta są wam obojętne i nie przeszkadza wam pies uwiązany na łańcuchu, nie czytajcie, szkoda waszego czasu. I tak nie zrozumiecie.

Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki), Anna Fryczkowska

szesc-kobiet-w-snieguBurda Książki, 2016

Liczba stron: 284

Czuję się nabrana. Książka, która na okładce ma plamy krwi, napis MUSIAŁA ZABIĆ JEDNA Z NICH oraz opis, z którego można wywnioskować, że dostaniemy klasyczną powieść kryminalną typu „zamknięty pokój”, okazała się dużym rozczarowaniem.

W śnieżny, styczniowy wieczór grupa koleżanek przyjeżdża na babskie spotkanie do Zuzi i jej nowego, eleganckiego domu położonego na bardzo, bardzo dalekich przedmieściach Warszawy. Nie wszystkie zaproszone dziewczyny mają odwagę przedzierać się przez śnieżycę, więc ostatecznie jest ich tylko sześć. Zanim jedna z nich zginie, dobrze poznajemy życie każdej z pań. Początek książki to charakterystyki postaci. Gdzie kto pracuje, jak jej się układa w związku, z kim sypia, jaka jest dla innych, ile znaczy dla niej kariera, z którą z dziewczyn się nie dogaduje. W pewnym momencie obawiałam się, że autorka scharakteryzuje w ten sposób tytułową sukę – z kim się ostatnio pogryzła, przed którym psem pręży ciałko itp.

Kiedy wreszcie jedna z kobiet umiera (nie z przyczyn naturalnych) okazuje się, że praktycznie każda coś ukrywa, każda z nich miała możliwość popełnienia zbrodni i motyw. Ale nie, akcja nie rusza z miejsca. Wracamy natomiast do charakterystyk, z tym, że teraz dowiadujemy się nieco więcej o bohaterkach. Oprócz tego mamy dużo biegania po schodach, niszczenia śladów, trzaskania drzwiami, trochę szlochów, obrażania się. W końcu zagadka zostaje rozwiązana, ale to jeszcze nie koniec. To, co dzieje się na końcu jest najciekawsze, ale, w moim odczuciu, nie ratuje tej książki.

Nazwanie tej książki kryminałem jest dość dużym nadużyciem. To powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym, aczkolwiek autorka skupiła się w niej na charakterystykach postaci, które, trzeba przyznać, wychodzą jej bardzo zgrabnie. Zabrakło natomiast nici łączących wszystko w jedną całość. Mnie większość powieści obyczajowych BARDZO nudzi. Nic w tym dziwnego, skoro w prawdziwym życiu nie interesuje mnie kto z kim i dlaczego, więc tym bardziej nie jestem zainteresowana taką tematyką w książkach. Jeśli jednak lubicie obyczajówki, książka może Wam się podobać, a wątek kryminalny nie powinien przeszkadzać.

Dziewczyna, którą kochałeś, Jojo Moyes

dziewczyna-ktora-kochalesMiędzy Słowami, 2017

Liczba stron: 512

Jak zapewne wiecie, nie przepadam za powieściami obyczajowymi ani tymi kierowanymi w szczególności do kobiet. Jojo Moyes jest jedną z nielicznych autorek tego gatunku, które nie tylko toleruję, ale również lubię. Gdybym jednak miała wybierać książkę na podstawie opisu i po okładce, na pewno ominęłabym ją szerokim łukiem. A szkoda, bo przeczytałam ją z przyjemnością, ponieważ porusza problem, który bardzo mnie interesuje.

Śledzimy równolegle historie dwóch kobiet – Sophie oraz Liv. Sophie jest Francuzką, wraz z siostrą prowadzi mały hotel w niewielkiej miejscowości na północy Francji. Trwa pierwsza wojna światowa, kraj okupowany jest przez Niemców. Panuje głód, ludzie są w bardzo złej kondycji psychicznej. Sophie i jej siostra tęsknią za mężami, którzy poszli na front i od długiego czasu nie kontaktowali się z domem. Na domiar złego komendant stacjonującego w mieście wojska każe im przygotowywać posiłki dla oficerów. To może postawić siostry w złym świetle. Chociaż nie mają wyjścia, bo z wrogiem się nie dyskutuje, boją się, że rodacy posądzą je o kolaborację. Komendantowi wpada w oko Sophie oraz przedstawiający ją obraz namalowany przez jej męża, ucznia Matisse’a.

Liv jest młodą wdową. Jej mąż był architektem, zbudował dla nich wspaniały dom, na który jej teraz nie stać. Zabijają ją rachunki, nie wie, co ma zrobić ze swoim życiem. Nadal mentalnie tkwi w czasach, gdy była żoną Davida. W wyjątkowo depresyjny wieczór poznaje w barze Paula. Między nimi jednak stanie obraz, ten sam, który sto lat wcześniej wisiał na ścianie hotelu Sophie, a teraz zdobi sypialnię Liv. Skąd się u niej wziął? Jaką przebył drogę?

Te dwa pytania na końcu poprzedniego akapitu są bardzo istotne. Spora część książki to opis procesu w sprawie restytucji zrabowanego dzieła sztuki. Jest to temat, który bardzo mnie interesuje (jeśli Ciebie również, przeczytaj TO i TO). Historia Sophie, która najbardziej w życiu pragnie dowiedzieć się, co dzieje się z jej mężem, oraz obraz francuskiego miasteczka okupowanego przez Niemców pokazują dramat wojny w miejscu, którego nie objęły właściwe działania wojenne. Najsmutniejsze jest to, że sąsiedzi odwracają się od sąsiadów wierząc w pomówienia. Takie zachowania doprowadziły do niejednej tragedii. Historia Liv i Paula mniej mnie interesowała, to typowy romans z przeszkodami (muszą być przeszkody, bo nie byłoby książki, o szczęśliwej miłości nie ma co pisać).

Tak, jestem usatysfakcjonowana. Wciągnęła mnie ta powieść, zaintrygowała historia obrazu oraz luki, jakie należało wypełnić, by prześledzić drogę, jaką przeszło dzieło w ciągu stu lat. Ta historia tak mnie pochłonęła, że starałam się nie zwracać uwagi na schematy typowe dla powieści obyczajowych, niemające żadnych podstaw zachowania niektórych bohaterów czy niewielkie prawdopodobieństwo zaistnienia tak wielu zbiegów okoliczności. To zupełnie inna książka niż najbardziej znana powieść Jojo Moyes „Zanim się pojawiłeś„, lecz jest równie ciekawa. Polecam.

Jedenaście dni w Berlinie, Hakan Nesser

jedenascie-dni-w-berlinieCzarna Owca, 2016

Liczba stron: 328

Hakan Nesser, jeden z moich ulubionych autorów kryminałów, tym razem napisał książkę, która kryminałem nie jest. „Jedenaście dni w Berlinie” to powieść obyczajowa, przesycona charakterystyczną dla tego autora sympatią dla bohatera.

Arne Murberg, wychowywany tylko przez ojca w małej, szwedzkiej miejscowości, w dzieciństwie przeżył niebezpieczny wypadek. Od tego czasu jest bardziej powolny, myślenie, czytanie, uczenie się sprawia mu trudność. Mimo to jest człowiekiem pogodnym, sympatycznym i uczynnym. Po śmierci ojca ten trzydziestoletni mężczyzna musi wypełnić misję – na łożu śmierci ojciec poprosił go o to, by odnalazł matkę, która tuż po jego urodzeniu uciekła z jakimś grajkiem do Berlina. Arne bierze do serca prośbę ojca, wuj i ciotka przygotowują go do tej misji, przestrzegając przed niebezpieczeństwami, ucząc korzystania z mapy i telefonu komórkowego. Po przybyciu do Berlina, okazuje się, że samodzielne życie jest trudniejsze, ale też bardziej ekscytujące. Wkrótce na jego drodze staje starszy pan, tytułujący się profesorem oraz kobieta na wózku inwalidzkim.

Nesser napisał ciepłą powieść o człowieku, który poza swoim, przyjaznym środowiskiem, musi zmierzyć się ze światem i zadbać o samego siebie. Pokonując kolejne trudności, zmuszając zastały umysł do intensywnej pracy, małymi kroczkami zyskuje coraz większą pewność siebie i samodzielność, choć nadal jest bardzo naiwny i łatwowierny. Daje się wmanewrować w dość nieprzyjemną sytuację i cudem wychodzi z tego cało. I do tego fragmentu muszę się przyczepić – nie pasowały mi te hipnozy i równoległa fabuła tocząca się kilkaset lat wcześniej. Jak dla mnie, jest to zapchajdziura. Czytając te rozdziały pragnęłam nie tylko, żeby się skończyły, lecz żeby w ogóle ich nie było, bo „zanieczyściły” mi taką ładną książkę. Oprócz tego jednego zabiegu fabularnego, „Jedenaście dni w Berlinie” jest książką niosącą pozytywne przesłanie, okraszoną szczyptą delikatnego humoru opowieścią o pokonywaniu swoich słabości i braniu się z życiem za rogi.