Archiwa tagu: opowiadania

Syreny z Broadmoor, Jan Krasnowolski

syreny-z-broadmoorŚwiat Książki, 2017

Liczba stron: 272

Syreny z Broadmoor wyją raz w tygodniu, w ten sposób kontroluje się ich działanie. To ważne, żeby były sprawne, bo są systemem wczesnego ostrzegania dla mieszkańców okolicznych wsi. Gdyby włączyły się o innej niż ustalona godzinie, oznaczałoby to, że ludzie powinni zachować ostrożność, schować się w domach, ukryć dzieci. Bo Broadmoor jest zakładem psychiatrycznym dla szczególnie niebezpiecznych przestępców. Rzadko zdarzają się stamtąd ucieczki, ale zwykle niosą za sobą tragiczne konsekwencje. W Broadmoor znalazł się jeden z bohaterów tego zbioru opowiadań opartych na faktach. Wszystkie teksty są sfabularyzowaną wersją wydarzeń o charakterze kryminalnym, w których brali udział Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii.

Po otwarciu granic Polacy szturmem podbijali rynek angielski, wielu zadomowiło się w nowym miejscu, niektórzy nie potrafili się dostosować, jeszcze inni, licząc na anonimowość, kontynuowali w nowym miejscu swoją nielegalną działalność. Całkiem spore grono zapisało się w annałach kryminalistyki jako ofiary i jako sprawcy. Jan Krasnowolski śledził sprawy kryminalne z udziałem rodaków i bazując na faktach stworzył ten fabularyzowany zbiór opowiadań. W większości przypadków, oprócz tych najbardziej znanych i bulwersujących, zmienił personalia bohaterów.

O czym przeczytamy w książce? O Polaku pozostającym w związku z Angielką, który postanowił zamordować swoją przyszłą żonę, żeby zgarnąć ubezpieczenie, o matce i jej konkubencie głodzących dziecko i porażce systemu opieki społecznej, o studentce zamordowanej na terenie kościoła, o ojcu rodziny, który z zazdrości o żonę zabił sześć osób, o studencie, który pobił i zgwałcił Angielkę, o aktach bezsensownej przemocy. Niektóre ze spraw były bardzo głośne i w Polsce i w Anglii, o innych nigdy nie słyszałam, ale może dlatego, że nie czytuję gazet ekscytujących się tragediami.

Książka na pewno spodoba się miłośnikom nowego trendu w literaturze, polegającego na fabularyzowaniu prawdziwych historii o charakterze kryminalnym. Opowiadania, oprócz jednego, są niezbyt długie, skupiają się nie tylko na tym, co się wydarzyło, lecz również próbują pokazać tło zdarzeń. Ukazują człowieka uwikłanego w pewne okoliczności, na które albo nie ma wpływu, albo nie chce mieć wpływu, bo łatwiej płynąć z prądem niż pod prąd. Motywy popełnienia opisanych przestępstw są różne, autor dość jasno wskazuje na nie, choć oczywiście ani on, ani czytelnik nie może mieć pewności, co miał w głowie morderca, gwałciciel czy oprawca dziecka. Mocna rzecz! Polecam.

Śmierć czeskiego psa, Janusz Rudnicki

smierc-czeskiego-psaWAB, 2017

Liczba stron: 208

Czytałam ebooka z wydania sprzed kilku lat, lecz mniemam, że treść nie uległa zmianie w najnowszym wydaniu, którego okładką posłużyłam się w tym wpisie. Janusza Rudnickiego uwielbiam od chwili, gdy przeczytałam „Życiorystę„. Na nieszczęście autor nie wydaje książek zbyt często, więc dawkuję sobie to, co wydał w przeszłości. Zwykle więc sięgam po niego, gdy mam słabszy nastrój, bo nikt tak jak Rudnicki nie potrafi mnie rozweselić. I nikt tak pięknie nie kurwuje.

Ten tom składa się z kilku opowiadań, z których najbardziej zapadły mi w pamięć dwa plus jedno, którego treści aż tak dobrze nie pamiętam, ale Rudnicki wspaniale w nim przeklina opowiadając o współpasażerach w pociągu oraz perypetiach na festiwalu filmowym. Opowiadanie o czeskim psie opiera się na zbiegach okoliczności, które prowadzą do niejednej tragedii, z której cało wychodzi tylko narrator. Natomiast opowiadanie o człowieku, który na całą noc utknął na wyciągu krzesełkowym z gromnicą, którą chciał zapalić na szczycie góry, sprawiło, że dosłownie popłakałam się ze śmiechu. Pozostałe teksty są również świetne.

Druga część książki to teksty napisane w oparciu o przeczytane biografie, podobne do tych, które później znalazły się w „Życioryście” pierwszym (drugi właśnie się ukazał!). Będę się powtarzać, ale uwielbiam jak Rudnicki czyta za mnie książki i potem je opowiada. Jest cudownie analityczny, uszczypliwy i trafnie komentuje postępowanie bohaterów, o których pisze.

Inteligentna, zabawna lektura, która trafnie komentuje rzeczywistość jednocześnie pozostawiając pole wyobraźni. Nie dla tych, których rażą wulgaryzmy w książkach. Ja je uwielbiam w wykonaniu tego pisarza.

3 kryminały na długie wieczory

Długie, ciemne dni zwykle sprawiają, że szukam jakiejś odskoczni do wszechobecnej szarości. Dobrym sposobem na miłe spędzenie wieczoru jest towarzyszenie fikcyjnym bohaterom w śledztwie, czyli lektura kryminałów. Dziś napiszę o trzech książkach, które pomogą Wam dotrwać do wipunkt-borkmanaosny.

Punkt Borkmanna – Hakan Nesser

Nesser należy do moich ulubieńców, choć oczywiście nie każda jego książka podoba mi się w takim samym stopniu. „Punkt Borkmanna” opowiada o śledztwie, jakie Van Veeteren prowadzi w miejscowości, w pobliżu której spędzał urlop. Został tam zaproszony jako specjalista, ponieważ miejscowa policja nie radzi sobie z wykryciem sprawcy kilku morderstw popełnionych za pomocą siekiery. Nikt nie umie znaleźć związku pomiędzy ofiarami – narkomanem i dilerem, bogatym pośrednikiem nieruchomości, lekarzem. No i nie ma żadnych podejrzanych.

Akcja toczy się dość wolno, irytuje brak tropów i podejrzanych, niewiele się dzieje. Van Veeteren też już ma dosyć, czeka na kolejny ruch mordercy. Czytelnik czeka, żeby wreszcie akcja ruszyła do przodu. Może nie jest porywająco, ale całkiem ciekawie i zaskakująco (oczywiście jeśli wcześniej nie domyślicie się kto i dlaczego zabijał). Fałszywych tropów nie ma za dużo, a powieść utrzymana jest w dusznym klimacie wczesnej jesieni.

Kukułcze jajo – Michał Łowicz

Mkukulcze-jajoichał Łowicz dał się poznać jako autor wciągających kryminałów, o których pisałam TUTAJ. W trzeciej książce jego autorstwa zmienia się główny śledczy, zmienia się również sposób narracji. Od samego początku śledzimy dwa wątki, które zazębiają się dopiero pod koniec książki. Recepcjonistka hotelu podczas porannej przebieżki jest świadkiem tragicznego w skutkach wypadku samochodowego, z którego uratowało się tylko małe dziecko. Na skutek nieporozumień dziecko zostaje u niej. Dziewczyna nie wie, co ma robić. Na domiar złego w hotelu, gdzie pracuje, znaleziono martwego gościa narodowości niemieckiej. Równolegle śledzimy działania kilkuosobowej szajki, która zamierza dokonać przeszukania starych, poniemieckich szybów w Górach Sowich. Główni zainteresowani są pozbawieni wszelkich skrupułów i dosłownie po trupach dążą do celu. Trzeba tęgiej policyjnej głowy, żeby się we wszystkim połapać. Na szczęście komisarz Kwiatek ma czas i cierpliwość.

Książka nieco irytująca, szczególnie w części dotyczącej niechcianego dziecka i opieki nad nim (jakby podczas redakcji nie przeczytała jej żadna kobieta-matka). Część o plądrowaniu szybów zamkniętej kopalni ma w sobie o wiele większy potencjał i bardziej przypomina powieść sensacyjną, co podkręca tempo i uatrakcyjnia akcję. Temat zostawionego przez Niemców niezbadanego bogactwa w polskich górach wypływa co jakiś czas, a ta książka idealnie wpisuje się w gorączkę wywołaną pogłoskami o złotym pociągu.  Ciekawe.

Pan Przypadek i mediaktorzy – Jacek Getner

pan-przypadek-i-mediaktorzyPan Przypadek pojawia się regularnie na Czytam, bo lubię. Polubiłam tego bohatera za przenikliwość, zgryźliwość i poczucie humoru. Tym razem Przypadek zajmuje się przedstawicielami mediów – ci już wcześniej zostali potraktowani przez niego w sposób niezbyt łagodny. Teraz ich misją jest zniszczenie reputacji samozwańczego detektywa. Na rozkaz właściciela stacji przygotowują program, który obnaży jego tajemnice i ostatecznie zniszczy ich wroga. Po drodze popełniają jednak wiele błędów, które Jacek skrupulatnie wypunktowuje znowu zdobywając przewagę.

W tych przygodach Przypadek zdaje się być nieobecny duchem – dużo dzieje się w jego życiu prywatnym. Miałam wrażenie, że przechodzi jakąś metamorfozę, bo nie do końca jest sobą. Opowiadania zawarte w tej części są bardziej ponure, brak w nich iskry humoru, wiele rzeczy dzieje się bez udziału Przypadka. W każdym razie autor tym razem obnaża działania mediów, pokazuje ile warta jest wolność dziennikarzy i opisuje mechanizmy powstawania programów telewizyjnych. Czekam na dalszy ciąg z nadzieją, że autor powróci do pierwotnej, lżejszej formuły.

A Wy z jakimi książkami odliczacie czas do wiosny? Może namówiłam Was na sięgniecie po któryś z tych kryminałów?

Przez rzekę, Andrzej Stasiuk

przez-rzeke andrzej stasiukCzarne, 2001

Liczba stron: 146

Niedawno ukazała się najnowsza książka Stasiuka. Jeszcze jej nie kupiłam, bo napisano o niej, że jest wyznaniem miłości do samochodów (czy coś w tym stylu). Nie bardzo mnie kręci motoryzacja, więc pomyślałam, że tę książkę mogę sobie odpuścić, ale jakoś tak zatęskniłam za prozą autora. Zdjęłam więc z półki książkę, która wydawała się pewniakiem – stary, dobry Stasiuk.

Trzy pierwsze opowiadania o chodzeniu do kościoła, na religię i do biblioteki to rzeczywiście to, co lubię, z czym mogę się częściowo identyfikować. Początek tomu był obiecujący i spodziewałam się, że dalszy ciąg będzie podobny. Niestety. Z opowiadania na opowiadanie było gorzej. Reszta tego tomu została poświęcona specyficznej afirmacji życia – chlaniu, pieprzeniu, rzyganiu i włóczeniu się pieszo i samochodem. Najwięcej jest picia i tego, co z nim związane, całego brudu życia i produktów ubocznych metabolizmu. O seksie mogłabym poczytać, ale nie takim paskudnym, puszczalskim, przypłotowym i zaśmietnikowym. Czytanie o życiu w drodze też nie jest najgorsze, ale nie… tutaj nie zagrało, może przez krótką formę, może przez podkreślanie tego, co złe, brudne, beznadziejne.

Nie jestem znawcą literatury, nie studiowałam literaturoznawstwa, lecz przeczytałam w życiu więcej książek niż niejeden absolwent tego kierunku, więc się wypowiem i niech się dzieje co chce. Dla mnie te opowiadania to połączenie Pilcha i Bukowskiego. Refleksyjnego Stasiuka jest mało. Książka była nominowana do Nagrody Nike i tak sobie myślę, że musiał to być rok wyjątkowo ubogi w książki,  że akurat ten zbiór został wyróżniony. Albo w jury zasiadało wówczas wielu dużych chłopców, których wciąż jarało picie w przydrożnych barach-spelunach i wydalanie, jeżdżenie rozpadającym się autem i pieprzenie z kim popadnie. Tematy zastępcze większości aspirujących literatów. Jedynie językowo ładnie, ale aż głupio o tym pisać, gdy już się przejechałam po tej książce.

Ślady, Jakub Małecki

ślady

SQN, 2016

Liczba stron: 304

Tytuł „Ślady”, w środku wiele czarno-białych map, duże, wyróżniające się tytuły poszczególnych rozdziałów, czy może opowiadań. Pierwszy i ostatni tytuł taki sam: „Mój” – swoista klamra spinająca całą książkę. I ta niezwykła okładka. O czym to będzie? Czy Małecki znowu mnie zaskoczy?

W „Moim” mówi śmierć. Mówi o swoim, o człowieku, do którego jakimś zrządzeniem losu czy ręką boską została przypisana. Wie o nim wszystko, wie, gdzie powinna się naleźć, żeby zakończyć jego życie w z góry określonym momencie. Koniec świata nigdy nie jest taki sam, choć w przypadku każdej osoby został on zdeterminowany w chwili narodzin, podobnie jak jej losy. Ten, który ginie na początku książki, Tadeusz, pozostawia swoje ślady – w umysłach, sercach, genach.

Kolejne rozdziały tropią ślady Tadeusza wśród osób, które go pamiętają, krewnych, mieszkańców tej samej wsi, którzy z czasem rozjechali się po Polsce. Akcja opowiadań rozciąga się na przestrzeni kilkudziesięciu lat – od czasów przedwojennych po współczesne. Gdy przyjrzymy się bohaterom poszczególnych opowiadań dostrzeżemy w każdym z nich jakąś skazę. W każdym drzemie jakaś wada lub nieuświadamiane zło, smutek, rozpacz. Nie ma tu ludzi spełnionych, szczęśliwych, spokojnych, są za to zrozpaczeni, nienasyceni, niepewni, przygnębieni, dręczeni. Co jednak charakterystyczne dla całego tomu, to fakt, iż o bohaterach nie mówi się jak o dziwadłach, nie ma tu wyśmiewania ich zachowań, nawet jeśli są dziwaczne i odstają od normy. Autor pochyla się nad nimi, żeby ich zrozumieć, żeby pokazać, jaką drogę przeszli oraz po to, by otoczyć ich bezgraniczną tolerancją i zrozumieniem. Nie ma tu elementu oceny i wartościowania – na równi stoi kobieta, która po tragicznej śmierci męża i syna chodzi na miejsce wypadku i zbiera truchła rozjechanych przez auta zwierząt oraz alkoholik powoli pogrążający się w odmętach szaleństwa.

Gdy wracam do tytułu, wciąż stawiam sobie pytanie, czy chodzi w nim o ślady, jakie zostawiamy na ziemi czy też o te, które zostają w nas. Wydaje mi się, że po lekturze książki nie da się tego rozstrzygnąć, bo jedne i drugie zdają się tak samo istotne. Ważna, głęboka książka, w której lekkość narracji silnie kontrastuje z wagą poruszanych problemów. Warto!