Archiwa tagu: opowiadania

Opowiem Ci o zbrodni

Kompania Mediowa, 2018

Liczba stron: 280

Ostatnio ukazuje się dużo książek, w  których autorzy próbują sfabularyzować jakieś tragiczne zdarzenie lub działalność mordercy. Zwykle w jednej książce dostajemy jedną taką historię. „Opowiem Ci o zbrodni” zawiera sześć opowiadań napisanych przez sześciu, a w zasadzie siedmiu autorów, bo Kuźmińscy działają w duecie. Każdy z nich dostał od pomysłodawców wybraną sprawę, akta i czas na ich przetrawienie. Ponadto pisarze wystąpili w programie o tym samym tytule, który ma premierę 17 października w Crime+Investigation Polsat, można rzucić okiem na fragmenty prezentowane na YouTube.

Opowiedziane historie to zarówno sprawy znane mi z mediów lub literatury, jak i historie, o których słyszałam po raz pierwszy. Wszystkie czytałam z takim samym, dużym zainteresowaniem, bo chociaż wiedziałam, kto i jak zabił, to ciekawe było spojrzenie z innej strony, przefiltrowanie faktów przez wrażliwość piszącego. Strasznie denerwowałam się czytając pierwsze opowiadanie, to, w którym Katarzyna Bonda opowiada o bezsensownym, okrutnym zabójstwie maturzysty sprzed kilkunastu lat. Nie dałam rady przeczytać tego przed snem, moja wyobraźnia, wyobraźnia matki dziecka w tym samym wieku, dała mi popalić tak, że na dwa dni odłożyłam książkę. Co ciekawe, Bonda już wcześniej znała tę sprawę i rozmawiała z kobietą, która odsiaduje wyrok za to morderstwo. Przeczytacie o tym w „Polskich morderczyniach„. Kuźmińscy natomiast opowiedzieli o zdarzeniu, które na zawsze zapisało się w annałach kryminalistyki, czyli o zbrodni w Zrębinie popełnionej na oczach kilkudziesięciu ludzi i wyjaśnionej dopiero po latach. Więcej można przeczytać u Wiesława Łuki, na którego autorzy również się powołują. Wydaje mi się, że Katarzyna Puzyńska wzięła na warsztat zabójstwo, o którym pisał Orbitowski w „Innej duszy„, ale głowy nie dam, bo powieść Orbitowskiego skupia się na osobie sprawcy, a nie ma przebiegu zbrodni, którą analizuje autorka „Motylka”.

Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie, która z opowieści zrobiła na mnie największe wrażenie, wybrałabym tę napisaną przez Martę Guzowską, która skrupulatnie odtwarza przebieg zbrodni i cały czas ma w pamięci ofiary. Pisze o nich tak, że widzimy je oczami wyobraźni i na pewno szybko o nich nie zapomnimy. Przy okazji wykorzystuje swoje doświadczenie z pracy przy wykopaliskach archeologicznych, które niewiele różnią się od prac przy wydobyciu zakopanych zwłok. Bardzo ciekawie napisali Brejdygant oraz Chmielarz, ten drugi nietypowo wplótł do opowieści samego siebie, jak zastanawia się nad motywami zabójczyni, jej życiem i stawia sobie pytania, na które prawdopodobnie nikt już nie zna odpowiedzi. Brejdygant natomiast przedstawia dwa punkty widzenia, zabójcy i ścigających go stróżów prawa. Próbuje wniknąć w umysł człowieka, który postanawia, że kogoś zabije i z determinacją realizuje swój plan.

Żałuję trochę, że nie obejrzę programu (brak tv), cieszę się jednak, że miałam okazję przeczytać tę książkę. Należę do tych, których fascynuje praca śledcza, a jednocześnie intryguje mnie co ma w głowie człowiek podnoszący rękę na innego człowieka. Zachęcam Was do lektury. Tematy ciężkie, natomiast wykonanie przez topowych polskich pisarzy powieści kryminalnych jest na najwyższym poziomie, ze zrozumieniem tematu, z próbą zgłębienia umysłu zabójców i oddania sprawiedliwości ich ofiarom.

Niewinność księdza Browna, G. K. Chesterton

niewinnosc-ksiedza-brownaFronda, 2017

Liczba stron: 320

Tłumaczenie: Magda Sobolewska

Chesterton żył w tych samych czasach co Arthur Conan Doyle, i chociaż to ten drugi spopularyzował opowiadanie kryminalne, to Chesterton tworząc postać księdza Browna ugruntował pozycję kryminału w Anglii. Poczciwy, niepozorny ksiądz w mig rozwiązuje zagadki kryminalne, podobnie jak Sherlock posługując się tylko swoim intelektem.

W pierwszych opowiadaniach ściera się z jednym z największych oszustów działających w Europie – słynnym Flambeau, który mimo imponującej postury potrafi wtopić się w tłum i przeprowadzić najbardziej bezczelne akcje. Pojawia się też postać francuskiego detektywa, który próbuje ująć przestępcę, jednak ten bohater szybko się nudzi autorowi i kończy marnie. Za to Flambeau wchodzi na drogę cnoty i służy społeczeństwu ścigając przestępców. Niewiele wiadomo o jego sukcesach, ponieważ wszystkie zagadki kryminalne pojawiające się w tym tomie rozwiązuje za niego jego przyjaciel Brown.

Z czym musi mierzyć się ta para detektywów? Z tropieniem oszustów i złodziei oraz z okrutnymi morderstwami – nie wzdrygają się na widok obciętych głów, ofiar, które spadły z wysokości ani wyciekających mózgów. Brown do każdej sprawy podchodzi z otwartą głową i nie odrzuca żadnej, nawet najbardziej nieprawdopodobnej hipotezy, przede wszystkim jednak zwraca uwagę na szczegóły, które każdy inny człowiek na pewno by przeoczył lub potraktował jako nieistotne. Przysłuchując się krokom na korytarzu zdemaskował złodzieja, wskazał mordercę skupiając się na nietypowym formacie kartki papieru,  odtworzył przebieg historycznego zdarzenia analizując tropy rozrzucone w wielu opowieściach.

To książka takiego typu jak opowieści Conan Doyle’a – czytelnik nie ma szans na rozszyfrowanie zagadki, bo albo ma za mało danych, albo brakuje mu wyobraźni. Może jedynie podziwiać kunszt książkowego detektywa-amatora, który składa w całość to, co wydaje się nie do złożenia. Jednocześnie czyta się te opowiadania bardzo przyjemnie. Polecam!

Miasteczko w Islandii, Gudmundur Andri Thorsson

miasteczko-w-islandiiWielka Litera, 2017

Liczba stron: 190

Tłumaczenie: Jacek Godek

Małe miasteczka  są miejscem, w którym można czuć się bezpiecznie – każdy każdego zna, sąsiedzi mają się nawzajem na oku, nikt nie jest anonimowy. Z drugiej strony, taka ciągła obserwacja, brak prywatności mogą być obciążające. Tym bardziej, że życie innych jest często tematem rozmów prowadzonych półgłosem lub całkiem otwarcie.

W tej książce opisano jedno popołudnie z życia miasteczka – oglądamy je oczami mieszkańców kilku domów. Nicią łączącą wszystkie historie jest przejeżdżająca rowerem dyrygentka miejscowego chóru, zmierzająca na próbę przed wieczornym występem. Kobieta z różnych powodów przyciąga wszystkie spojrzenia – później okazuje się, że jest jedną z osób z najbardziej skomplikowaną i tragiczną przeszłością. Zanim jednak dotrzemy do miejsca, gdzie czeka na nas opowieść o niej, przysłuchujemy się rozmowom wielu ludzi. Wiele osób porusza temat kryzysu finansowego, na jaki narazili kraj bankowcy, a który odbił się na praktycznie każdym aspekcie życia w Islandii. Obserwujemy nieszczęśliwie zakochanych, zawiedzionych, zrozpaczonych, opuszczonych, pozbawionych nadziei. W zasadzie w każdym mieszkańcu miasteczka jest jakaś zadra, jakiś niezaleczony ból. W związku z tym „Miasteczko w Islandii” to nie jest sielska czytanka, lecz raczej smutny obraz kondycji człowieka.

Podczas lektury miałam skojarzenia z „Olive Kitteridge” autorstwa Elizabeth Strout, która w podobny sposób przedstawiła problemy miasteczka. U islandzkiego pisarza zabrakło mi jednak czegoś, co mocniej scaliłoby obraz mieszkańców, czegoś charakterystycznego dla każdego z nich, czegoś, co odróżniałoby poszczególnych, pojawiających się na krótką chwilę bohaterów. Nie jest to zatem książka, która na długo zapisze się w pamięci, raczej taki przerywnik między innymi lekturami, dzięki któremu spędzimy wieczór dumając nad uniwersalnością ludzkich problemów.

Z góry widać tylko nic, Arek Borowik

z-gory-widac-tylko-nicWydawnictwo Dobra Literatura, 2017

Liczba stron: 400

Wszystko zaczyna się od pewnego typa – każdy takiego zna, nikt za nim nie przepada. Człowiek ten od lat pracuje na tym samym stanowisku, a jedyne, co opanował do perfekcji, to unikanie obowiązków. Biurko w biurze służył mu do chowania się przed przełożonymi, czasami zastępuje poduszkę. Pewnego dnia miarka się przebiera – Strawiński zostaje wezwany do gabinetu szefa. Chwyta się ostatniej deski ratunku i w zamian za kolejną szansę proponuje mu opowieść. A opowiadać umie jak mało kto.

Historie, które serwuje swojemu szefowi nawiązują do znanych baśni – o złotej rybce, Czerwonym Kapturku, sierotce Marysi i siedmiu krasnoludkach. Tę baśniowość dostrzega się dopiero później, ponieważ na pierwszy plan wysuwają się opowieści o ludzkich słabościach, pragnieniach, namiętnościach.

Poznajemy młodą aktorkę i jej męża pisarza. Ledwie wiążą koniec z końcem, marzą o sukcesie, wzajemnie się wspierają. Wszystko zmienia się w dniu, gdy mężczyzna ratuje tonącego chłopca. Okazuje się, że ocalił życie syna multimilionera, który obiecuje mu dozgonną wdzięczność i pomoc. W kolejnym opowiadaniu jesteśmy również świadkami toksycznych relacji pomiędzy matką i córką. Matka zarzuca córce, że nie umiała utrzymać przy sobie mężczyzny, kipią emocje. Wszystko to w obecności wnuczki. Dziewczynka zapłaci wysoką cenę za nieodpowiedzialność starszych kobiet. Ostatnia, najdłuższa opowieść rozbita jest na kilka części – ukazuje okrutny świat oraz świat, który można sobie obrzydzić niepohamowaną, chorobliwą zazdrością.

Każda z tych opowieści mogłaby zostać rozwinięta w powieść lub zekranizowana. Autor dotychczas pisał scenariusze filmów i seriali telewizyjnych, nic dziwnego, że w jego debiutanckiej książce uwypukla się filmowość kadrów i scen. Niezwykle ciekawe okazało się sięgnięcie do baśni, przełożenie ich na język współczesny i odegranie ich ponownie w miejskiej scenerii. Archetypiczne postawy ludzkie (zazdrość, chciwość, zemsta) są wdzięcznym tematem literackim, a Borowikowi dzięki odrobinie baśniowości udało się uniknąć płycizn i banału. Świetna książka dla tych, którzy lubią znane historie opowiedziane na nowo, lubią być zaskakiwani, pozwalają zaszaleć swojej wyobraźni, szukają w książkach czegoś świeżego. Polecam.

Opowiadania i słuchowiska. Klatka, Kazimierz Kummer

opowiadania-i-sluchowiska-kummerWydawnictwo Episteme, 2015

Liczba stron: 509

Nazwisko tego pisarza zupełnie nic mi nie mówiło, ale dałam namówić się na lekturę, gdyż zapewniano mnie, że to świetna, choć zapomniana literatura. Zaskoczyły mnie gabaryty i grubość tej książki – nie spodziewałam się, że Kummer stworzył tak wiele. Jak się później okazało za życia opublikował ułamek z tego, większość opowiadań i słuchowisk przetrwała w archiwach radiowych i domowych. Szczęśliwie dla nas, czytelników, trafiły do dobrego wydawnictwa i kilkadziesiąt lat po śmierci autora zostały wydane z należnym im szacunkiem.

Już kilka pierwszych opowiadań daje nam przedsmak tego, co czeka dalej. Utwory są bardzo realistyczne i nacechowane pesymistyczną wizją świata. Nic dziwnego, Kummer był krytyczny w stosunku do ustroju PRL-u, pisał tak jak dyktowało mu serce, a nie jak od niego oczekiwano. Opowiadania ułożono w tomie tematycznie – płynnie przechodzimy z jednego tematu w inny. Najpierw czytamy o stosunkach w rodzinach oraz w szkole – na linii nauczyciel – uczeń. Później autor skupia się na losach osób, które przeżyły wojnę – te najbardziej poruszające teksty dotyczą człowieka, który przeżył rozstrzelanie i wydobył się spod sterty ciał (są dwie wersje – obie doskonałe). Kummer przez chwilę koncentruje się na niechcianej ciąży i poświęca jej dwa teksty – w jednym młodzi rodzice chcą sprzedać noworodka bezdzietnej parze, w drugim dziewczyna pragnie dokonać aborcji. Następnie czytamy o więzieniu – bezsensownych pracach społecznych, udręce, nudzie, układach w celi.

W większości opowiadań na pierwszy plan wybija się brak nadziei, uwikłanie człowieka w czas i okoliczności, refleksja i gorycz poznania. Kummer pisze odważnie, prosto, porusza tematy uniwersalne. Chwilami jego styl kojarzył mi się z Hemingwayem (potem doczytałam, że był dla niego mistrzem), chwilami z Markiem Hłasko (podobne postrzeganie świata i bezkompromisowość), końcowa mini-powieść to nawiązanie do Kafki – człowiek obwożony po pegeerach w klatce kojarzy się i z „Metamorfozą” i z „Procesem”. Te moje skojarzenia to nie są zarzuty o nadmierne wzorowanie się, lecz podziw dla stylu, tematyki i odwagi poruszania takich tematów w czasach, gdy groziło za to więzienie. Jaka szkoda, że Kummer nie zdążył rozwinąć skrzydeł, że to w zasadzie wszystko, co po sobie pozostawił. Chciałabym więcej, bo im mniej przede mną było kartek, tym bardziej zwalniałam, żeby mieć go na dłużej. Szczęśliwie mam egzemplarz na półce i mam pewność, że na którejkolwiek stronie otworzę, wkroczę w pasjonującą opowieść. POLECAM!