Archiwa tagu: opowiadania

Linie kodu kreskowego, Krisztina Toth

linie kodu kreskowego krisztina tothKsiążkowe Klimaty, 2016

Liczba stron: 225

Kod kreskowy. Nie ma w nim nic zaskakującego. Tak naprawdę to w ogóle nie zwracamy na niego uwagi, chyba że akurat zapomnimy zważyć owoców i trzeba zawrócić od kasy do wagi. A jednak dla nas, wychowanych w czasach komuny, kod kreskowy był powiewem Zachodu. Czymś magicznym, co znajdowało się na przedmiotach i produktach spożywczych pochodzących z lepszego świata. Piętnaście zawartych  tomie opowiadań nawiązuje tytułami do kodów kreskowych, choć tematycznie obejmują znacznie większy obszar doznań.

Krisztina Tóth pisze o dziewczynkach, dziewczynach i kobietach. Przedstawia fragment ich życia, który wiele mówi o samej bohaterce i o otaczającym ją świecie. Dziewczynki bywają zazdrosne, szczególnie gdy chodzi o chłopaka. Gorzej gdy zazdrość i zawiść ma swoje źródło w czymś innym, na co nikt nie ma wpływu. Jedna z bohaterek gości swoją rówieśniczkę ze Stanów Zjednoczonych. Z początku jest nią zafascynowana, potem przelewa na nią całą gorycz związaną z uświadomieniem sobie różnicy, jaka jest między nimi. Dodajmy, że różnicy, na którą przecież żadna z dziewczyn nie ma wpływu. Po prostu urodziły się w innych krajach.

W tomie znajduje się również opowiadanie opisujące warunki życia małej dziewczynki będącej pod opieką babci. Nikt z dorosłych nie przejmuje się losem dziecka wychowywanego w nieprawdopodobnym brudzie, biedzie, w towarzystwie osób, które pod swoją opieką nie powinny mieć nawet zdechłej myszy. Jest i historia wzorowej uczennicy, która w nagrodę za dobre stopnie wyjeżdża na obóz pionierów. I jest to jedno z najgorszych doświadczeń w jej życiu, porównywalne do przebywania w obozie pracy lub gdzieś na zesłaniu.

Dorosłe kobiety z opowiadań Tóth to często oszukiwane żony lub porzucone kochanki, które nie potrafią poradzić sobie z uczuciami. Pozują na twarde, podczas gdy naprawdę sypią się i próbują zmierzyć ze swoimi lękami.  Mnie drażniły, choć jednocześnie trochę fascynowały w swoim zaślepieniu i skupieniu na jednym temacie. W opowiadaniach o kobietach na dalszy plan schodzi tło społeczne, w tych o dzieciach i nastolatkach przebija szara, komunistyczna rzeczywistość zamkniętego kraju, smutek ubóstwa, tęsknota za barwnym światem, którego namiastką jest kolorowy piórnik zamykany na magnes lub zwykły kod kreskowy na opakowaniu produktu.

Nie wszystkie opowiadania mi się podobały, niektóre od razu po przeczytaniu umknęły mi z głowy, lecz kilka utkwiło mi w pamięci. Warto porównać swoje dziecięce doświadczenia z tymi opisanymi przez węgierską pisarkę. Nasze kraje łączy przeszłość, której sami byśmy nie wybrali, ale czy mamy podobne wspomnienia? Zachęcam!

Drobne występki w czasach obfitości, Matthew Kneale

drobne wystepki w czasach obfitosci matthew knealeWiatr od Morza, 2015

Liczba stron: 280

Ten zbiór opowiadań to wiadro zimnej wody na głowy mieszkańców krajów rozwiniętych, to upomnienie i przypomnienie, że nie można kierować się odmienną etyką w stosunku do „obcych”.

Kim są ci obcy? To zazwyczaj mieszkańcy krajów rozwijających się, często ubożsi materialnie od ludzi z zachodu. Na drodze do wzajemnego porozumienia stają nie tylko bariery językowe i kulturowe, lecz również zwykłe uprzedzenia. Czasami problemem jest szowinizm lub chorobliwa zazdrość.

Przeczytałam te opowiadania kilka tygodni temu, zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie, kilka z nich zapisało mi się w pamięci. Poruszyła mnie  historia o rodzinie, która wyjeżdża na daleki wschód na wakacje. Przy okazji matka planuje odwiedzić firmę zainteresowaną jej wyrobami biżuteryjnymi, zabiera więc ze sobą szkatułkę z precjozami. Na chińskiej prowincji przybysze z dalekiego kraju wzbudzają duże zainteresowanie. Przykleja się do nich młody chłopak – z jednej strony cieszy ich jego obecność, z drugiej ciągła atencja młodzieńca, z którym nie mogą się porozumieć, doprowadza ich do szału. Pewnego dnia odkrywają, że zniknęła szkatułka z biżuterią. Podejrzenie pada na uganiającego się za nimi chłopaka.

Drugie opowiadanie dotyczy zazdrości. Amerykanin przywozi sobie żonę z egzotycznych wczasów. Kobieta jest piękna, mówi po angielsku, pragnie się wyrwać z biedy. Jej rodzina ubija targu z narzeczonym i zezwala na zawarcie ślubu. Sielanka zmienia się w dramat, gdy para przybywa do Stanów. Dziewczyna nigdy nie była w dużym mieście, nie potrafi sama się poruszać po okolicy – nie ma prawa jazdy, a na przedmieściach nie sposób nigdzie dojść na piechotę. Pragnie się usamodzielnić, lecz jej próby podsycają zazdrość małżonka, który ma obsesję na punkcie zdrady. Dziewczyna biedę wśród swoich zamienia na niewolę w obcym kraju.

Jeśli czasem zdarza Wam się czuć zadowolenie ze swojego życia i cieszycie się, że los sprawił, że jesteście Europejczykami, powinniście dla ochłody przeczytać kilka opowiadań z tego zbioru. Niektóre mają siłę wymierzonego policzka, inne palą wstydem gdzieś we wnętrzu. Podczas lektury człowiek wrażliwy będzie wstydził się za to, że ma biały kolor skóry, dach nad głową i wolność wyboru. Bohaterowie książki ze swojej wolności korzystają samolubnie i zachowawczo. Autor zgrabnie punktuje zadufanie, krótkowzroczność i niecne występki ludzi zachodu w stosunku do mniej uprzywilejowanych narodów. Poruszające, oburzające, wkurzające i zapadające w pamięć. Lektura obowiązkowa.

W drodze nad Morze Żółte, Nic Pizzolatto

w drodze nad morze żółteMarginesy, 2016

Liczba stron: 288

Powieść Pizzolatto „Galveston” zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie, dawno nie czytałam czegoś tak oszczędnego w słowach, a jednocześnie niosącego tak wiele treści. Okazało się, że opowiadania zawarte w „W drodze nad Morze Żółte” są równie dobre i mroczne. Nie sposób zakończyć lektury wzruszeniem ramion.

Bohaterami tych historii są zwykle młodzi mężczyźni zagubieni w życiu, niedopasowani do środowiska, w którym mieszkają, tęskniący za czym, czego zwykle nie mogą dostać. Jest wśród nich ten, który igra ze śmiercią, a że jest subtelny, robi to w sposób zawoalowany, uprawiając skoki BASE. Jest i taki, który marzy o stworzeniu czegoś wielkiego, co przetrwa dłużej niż jego pokolenie, lecz ostatecznie dzieło ze szkła, któremu poświęca wiele tygodni, skażone jest wydarzeniami, w które naiwnie się uwikłał. Jest też nastolatek spotykający się od czasu do czasu z ojcem, który nagle z przerażeniem uświadamia sobie, że robi się podobny do tego przegranego, pierdołowatego nieudacznika.

Trudno mówić o optymistycznych zakończeniach opowiadań zawartych w tym w zbiorze. Jeśli nie kończą się tragicznie, to zazwyczaj zwieńczeniem opowiadanej historii jest moment objawienia, zrozumienia mechanizmów i zdarzeń, które złożyły się na sytuację bohatera. A raczej anty-bohatera, człowieka z niewielkim doświadczeniem życiowym, lecz z góry skazanego na porażkę. Na jego pech składa się wiele czynników – prowincjonalne, zapyziałe miasteczko, brak perspektyw na jakikolwiek rozwój, wąskie horyzonty osób z najbliższego otoczenia, marazm i przyjmowanie życia, jakim jest.

Pizzolatto łączy liryczny nastrój z brutalnością opisywanych zdarzeń. W kilku zdaniach tworzy klimat, wystarczy mu jedno, żeby zasugerować rozwój wypadków. Dzięki temu, że niewiele mówi wprost, zostawiając czytelnikowi pole do interpretacji, wciąga go w niebezpieczną grę, wikła w fabułę i nie daje zapomnieć o bohaterach.

Prawdziwe, przygnębiające i cholernie dobre.

Wigilijne psy i inne opowieści, Łukasz Orbitowski

Wigilijne psy i inne opowiadania Łukasz OrbitowskiSQN, 2016

Liczba stron: 477

Zeszłoroczny laureat Paszportów Polityki nadal jest na fali wznoszącej. W związku z niegasnącą popularnością autora wydawnictw SQN wznowiło jego zbiór opowiadań wydany na początku pisarskiej kariery. Zawarte w nim opowiadania przeszły mały lifting, dodano też jakieś nowe teksty. W wydaniu elektronicznym znajdziemy dodatkowe opowiadanie nieuwzględnione w wydaniu papierowym (natknęłam się na nie przypadkiem, bo żonglowałam obiema wersjami).

Orbitowski rozwiązuje tajemnicę nieśmiertelności wskrzeszając niedawno zmarłego homoseksualistę i wplątuje zupełnie niedobraną parę w sam środek afery kryminalno-okultystycznej. Opowiada też o mocy wróżb, mocy destrukcyjnej, zdolnej rozpieprzyć życie. Opisuje nawiedzony pociąg oraz wyludnioną wieś słynącą niegdyś z cudownej rzeźby, do której pielgrzymowali wierni z całej okolicy. Co wydarzyło się we wsi, że zniknęli wszyscy ludzie? Co jeszcze się wydarzy? Mówi też o przesyłce, której nie można doręczyć i straszy mieszkańców zrujnowanego bloku na przedmieściach Krakowa, który raz do roku zaludnia się („zadusza”) duchami, którzy doprowadzają mieszkańców do szaleństwa.

To kolejna książka Orbitowskiego, którą przeczytałam, i zapewne nie ostatnia, bo dobrze mi się czyta prozę tego autora. Pisze w sposób niewyszukany, ale nie prostacki. Nie sili się na skomplikowane frazy i głębię tam, gdzie ona nie jest potrzebna. A opowiadania z pogranicza horroru i kryminału takiej głębi nie potrzebują, bo czyta się je dla rozrywki, przyjemności, by fajnie spędzić czas z książką. Mam świadomość tego, że treść tych opowieści szybko zatrze się w mojej pamięci, ale przyjemność czytania jest dla mnie równie ważna. Chociaż kilka razy byłam nieco rozczarowana zakończeniem opowiadanej historii (ale to u mnie normalne, Kingiem też jestem często rozczarowana), to nadal jestem pełna podziwu dla wyobraźni autora.  Warto.

Córka rzeźbiarza, Tove Jansson

córka rzeźbiarza tove janssonMarginesy, 2016

Liczba stron: 160

Autorka książek o Muminkach miała fantastyczne dzieciństwo, a przynajmniej takie wnioski można wyciągnąć z opowiadań prezentowanych w „Córce rzeźbiarza”.  Z wyczuwalną nostalgią wspomina w nich swoje zabawy, opowiada o nietuzinkowych rodzicach artystach i wydarzeniach, które zapadły jej w pamięć.

Tove to uparta dziewczyna z ogromną wyobraźnią. Gdy coś sobie ubzdura, wkłada dużo wysiłku w realizację swojego pomysłu i nie zważa na zdanie innych. Pewnego razu przez pół miasta toczyła duży kamień, który miał uczynić jej rodzinę bogatą. Spocona, poobijana poświęciła swojej misji wiele godzin, a największe wyzwanie czekało na nią na końcu. Innym razem zbudowała w ogrodzie rzeźbę przedstawiającą złotego cielca. A potem przez swój upór i upierdliwość zepsuła młodym geologom pobyt nad morzem.

Dziewczynka ma również mnóstwo fantazji – często bawi się samotnie, w zatokach „widzi” różne fantastyczne postaci pojawiające się tylko wczesnym rankiem. Miałam tu skojarzenia z bohaterami jej późniejszych książek dla dzieci i jestem niemal pewna, że te wymyślone w dzieciństwie stworki weszły później do kanonu literatury dziecięcej.

Ojciec Tove jest rzeźbiarzem, matka ilustratorką książek dla dzieci. Dom dziewczynki jest tak „artystyczny”, jak to możliwe. Autorka wspomina nocne spotkania przy winie, dziesiątki zwierząt kręcących się pod nogami, fruwających nad głowami i ulubienica taty – małpa. Chadzał z nią do knajpy, i troszczył się o nią jak o dziecko, co wzbudzało w małej Tove ogromną zazdrość i smutek.

W książce pojawia się również postać trochę szurniętej ciotki, która odreagowywała prozę życia (a może jakieś dramatyczne wydarzenie) realizując swoje projekty artystyczne. Murowała mozaikę na schodach, robiła pudełeczka z kolorowych obrazków i nawet ośmieliła się wchodzić do pracowni rzeźbiarskiej i korzystać ze sprzętu, którego nikt nie mógł dotykać.

Nie spodziewałam się, że lektura tego niezbyt obszernego tomu opowiadań przysporzy mi tyle przyjemności. To trochę sielankowy, trochę autokrytyczny obraz dzieciństwa, oszczędny w słowach, lecz trafiający w punkt. Chociaż czytamy o dziecięcych marzeniach i zabawach, w tle widzimy już postać dorosłej Tove Jansson, osoby obdarzonej dużą wyobraźnią, talentem plastycznym, zamkniętej w sobie i tajemniczej. Zachęcam!