Archiwa tagu: podróżnicza

Przesunąć horyzont, Martyna Wojciechowska

Wydawnictwo Otwarte, 2006

Liczba stron: 248

Wielokrotnie zastanawiałam się skąd bierze się u niektórych ludzi pragnienie osiągnięcia nieosiągalnego. Dlaczego jedni zadowalają się ciepłym fotelem, dobrą książką, wakacjami w Tatrach, a innych gna na koniec świata, a ich wyczyny trudno zakwalifikować w kategoriach sportowych. Walka z samym sobą, pogodą, zmęczeniem, brakiem motywacji, bólem i ograniczeniami fizycznymi nie zawsze zwieńczona jest sukcesem, bo nawet jeśli uda się przezwyciężyć własne niedomagania, przyczyny obiektywne mogą stanąć na drodze do osiągnięcia sukcesu. Sukcesu, nie w formie medialnej, lecz w formie triumfu nad samym sobą.

Martyna Wojciechowska pokazuje jaką drogę musiała przebyć, by dotrzeć na Everest. Jej determinacja. by pojechać w Himalaje i porwać się na najwyższy szczyt, nie pojawiła się ot tak, z dnia na dzień. Okupiona była bólem i cierpieniem fizycznym i psychicznym, i dowiodła, że nic tak nie pomaga w codziennej rehabilitacji ciała i duszy jak przesunięcie horyzontu, wyznaczenie sobie celu większego niż przeżycie kolejnego dnia.

Etap przygotowań do wyjazdu to czas poświęcony na sprawdzenie siebie we wspinaczce wysokogórskiej oraz gromadzenie pieniędzy, sprzętu, zdobywanie sponsorów. Moment wylotu z Warszawy to ulga, iż wreszcie udało się wszystko dopiąć na ostatni guzik oraz obawa o to, co przyniosą najbliższe tygodnie, czy góra pozwoli wspinaczom wejść i bezpiecznie zejść. Czas aklimatyzacji i organizacji obozu w Nepalu to okres zawiązywania się przyjaźni wśród członków niewielkiej polsko-rosyjsko-włoskiej ekipy, oczekiwanie, mordercze wejścia i zejścia do obozów położonych coraz wyżej. Samo podejście na szczyt to moment ogromnej radości.

Książka jest bardzo konkretna jeśli chodzi o samą wyprawę, podaje dużo szczegółów, z których laik taki jak ja, dowie się czegoś więcej o samym Evereście, jak i o metodyce zdobywania ośmiotysięczników. Chwilami książka chwyta za serce, szczególnie wtedy, gdy Martyna troszkę bardziej eksponuje samą siebie i swoje życiowe motywacje. Książka ilustrowana jest fotografiami z każdego etapu przedsięwzięcia, a ilustracje pokazują trudy i radości, jakich doświadczali uczestnicy tej wyprawy. To lektura obowiązkowa dla miłośników gór, fanów Martyny Wojciechowskiej oraz osób, które interesują się światem i ludźmi.

Młode Chiny, Krzysztof Kardaszewicz

Officyna Wydawnictwo, 2010

Liczba stron: 135

Krzysztof Kardaszewicz spędził w Chinach kilka lat. Owocem tego pobytu i zafascynowania tym państwem jest książka przybliżająca współczesne młode pokolenie Chińczyków, ich lęki, nadzieje, pragnienia i zainteresowania. Pokolenie to jest charakterystyczne ze względu na to, iż składa się z samych jedynaków. Od wielu lat bowiem Chińczycy mogą posiadać tylko jedno dziecko.

Okazuje się, że Chińczycy są narodem hermetycznym nie tylko ze względu na specyficzną politykę państwa, ale głównie z powodu odziedziczonych i wpojonych zahamowań. Młodzi ludzie mają problemy z nawiązywaniem znajomości z przyjezdnymi. Tym bardziej, że reszta świata przybywająca do Chin nastawiona jest głownie na zysk, a nie na poznawanie mentalności, tradycji i kultury Chin. Sytuacja bieżąca łudząco przypomina tę z Szanghaju w czasach kolonialnych, kiedy Europejczycy egzystowali w swoistym zamknięciu na otaczającą ich kulturę azjatycką.

Poruszyły mnie jeszcze dwie kwestie podniesione w książce – jedna z nich to delikatna sprawa uczuć. W Chinach zderzają się dwie mentalności – tradycyjna polegająca na kojarzeniu małżeństw przez rodziców i dziadków. Poszukiwanie odpowiedniego partnera dla potomka to przedsięwzięcie, w które angażuje się cała rodzina. Co na to młodzi ludzie? Próbują odciąć się od tego, unikają spotkań z rodziną, by nie odpowiadać na pytania o partnera i ślub, ale sami poświęcają sporo energii na znalezienie partnera przeszukując Internet lub ogłaszając się w sieci. Wyznacznikiem dobrej partii jest wykształcenie, dochód i pochodzenie. Miłość jest drugorzędna…

Kolejną sprawą jest wykształcenie i wyścig szczurów, w którym startują niemal wszyscy młodzi ludzie. Chińska matura to okres kiedy cały kraj wstrzymuje oddech, rozstrzygają się bowiem wtedy losy nie pojedynczych ludzi lecz całych rodzin, które od lat inwestowały duże sumy pieniędzy w wykształcenie jedynaka. Liczba zdobytych na maturze punktów determinuje wybór uczelni, a w rezultacie przyszłą karierę zawodową i związane z tym zarobki. Egzamin ten to czas próby – sprawdza charakter, wiedzę i odporność na stres.

Książka porusza wiele kwestii istotnych dla pobieżnego zrozumienia pokolenia młodych Chińczyków, obala stereotypy, przybliża problemy i radości młodych ludzi. Wyrywkowo ukazuje różnicę pomiędzy najmłodszym pokoleniem a ich rodzicami, uczestnikami i ofiarami rewolucji kulturalnej. Młode Chiny to państwo zmian, państwo młodych ludzi, którzy nie interesują się polityką, a skoncentrowani są na odniesieniu finansowego sukcesu w życiu. Dokąd zawiedzie ich ta ścieżka? Dowiemy się kiedyś.

Tysiąc dni w Wenecji, Marlena de Blasi

Wydawnictwo Literackie, 2009

Liczba stron: 300

Wziąć? Nie wziąć? Trzy razy odkładałam książkę na miejsce zanim zdecydowałam się ją wypożyczyć. Pewnie w ogóle nie wzięłabym jej pod uwagę, gdybym w porę dostrzegła napis ukryty pod tytułem – „Zaskakujący romans”. Napis ten odkryłam będąc w połowie książki…

„Tysiąc dni w Wenecji” opowiada o Amerykance, rozwódce, w średnim wieku – szacuję na oko, po dorosłych dzieciach. Bohaterka tej książki oraz jej autorka jest szefem kuchni, restauratorką, pisze do magazynów o gotowaniu, recenzuje restauracje w fachowych pismach. Czasami dostaje zlecenia by opisać restauracje w konkretnym miejscu. W ten sposób kilkakrotnie przybywa do Wenecji. Podczas jednej z podróży do tego uroczego, lecz obcego jej miasta, spotyka mężczyznę, który wyznaje jej miłość. Nieznajomy przyznaje, że zakochał się w niej już wcześniej, lecz nie miał odwagi stanąć z nią twarzą w twarz. Po jednym dniu spędzonym razem, narratorka wyjeżdża do domu w Stanach. Wktórce odwiedza ją Wenecjanin, a podczas jego dwutygodniowego pobytu nawiązują romans i postanawiają wziąć ślub. Narratorka stawia wszystko na jedną szalę – sprzedaje dom, rzuca pracę i po pół roku wprowadza się do Fernanda i staje się Wenecjanką.

Większa część powieści opisuje zmagania Amerykanki z powszednimi zadaniami – remontem, gotowaniem, poznawaniem ludzi, popełnianiem niezamierzonych gaf, zakupami oraz oswajaniem Wenecji. Mnie jednak najbardziej zainteresował wątek dotyczący niedopasowania tych dwojga ludzi, którzy przecież niemal sobie obcy postanwiają budować wspólne życie. Autorka nie skupia się za bardzo na swoich uczuciach, ale od czasu do czasu w tle pobrzmiewa początkowe rozczarowanie sytuacją w jakiej się znalazła oraz postwą człowieka, dla którego całkowicie zmieniła swoje życie. Przeraża ją kategoryczność i brak polotu u Fernanda.

To książka o rozpoczynaniu wszystkiego na nowo, o tym, że nigdy nie jest za późno na bycie szczęśliwym i pogodzonym ze sobą, o tym, że warto czasem zaryzykować, by nie przespać swojego życia i swoich szans. Niestety, nie czyta się tego zbyt dobrze – jak dla mnie zbyt dużo tu wplecionych złotych myśli, które brzmią banalnie i nie na miejscu. Początkowe rozdziały rażą formą – czyta się je jak reportaż, nie jak powieść. Później jest znacznie lepiej, ale też bardziej ckliwie. No i ja nie lubię czytać o gotowaniu. W tej czynności nie ma dla mnie żadnej magii i nie podzielam pasji autorki. Na szczęście przepisy na potrawy nie zostały wplecione w treść, tylko zamieszczone w oddzielnym rozdziale na końcu książki, za co jestem wdzięczna i przez to podwyższam moją ocenę tej powieści.

Blondynka u szamana, Beata Pawlikowska

Wydawnictwo G + J RBA, 2004

Liczba stron: 235

Książka jest zapisem wyprawy Beaty Pawlikowskiej przez dżunglę w Peru. Celem wyprawy jest dotarcie do Ekwadoru, ale zanim do tego dochodzi, podróżniczka doświadcza wielu przygód.

Jej przewodnik Hercules to największy pechowiec, jakiego widział świat – jeśli ryba miałaby jedną ość, to ta ość na 100% utkwiłaby w gardle tego nieszczęśnika – tak opisuje go podróżniczka. Drugim jej przewodnikiem jest Indianin Porfirion, który najlepiej z całej grupy radzi sobie w trudnych warunkach tropikalnej dżunglii. Pawlikowska podróżuje drogą lądową – po wąskich ścieżkach wśród skłębionych i kłujących lian, jadowitych robali, podstępnie ukrytych węży. Droga wodna jest wygodniejsza, ale bardziej monotonna.

W trakcie przeprawy przez dżunglę Beata zostaje gościem w indiańskiej wiosce – traktowana tam jest jak potężny szaman i zostaje przeszkolona przez miejscowego szamana w kwestii postrzegania świata. Wiara Indian w moc Pawlikowskiej jest tak wielka, iż oczekują oni od niej uzdrowienia chorego wojownika. Aby wspomóc podróżniczkę w tym zadaniu, tubylcy poją ją wywarem z roślin o działanu narkotycznym. Po tym następuje długi i dokładny opis wizji, które dręczą Pawlikowską podczas wielogodzinnego trwania na granicy jawy i snu.

Książka ilustrowana jest fotografiami wykonanymi podczas tej wyprawy, m.in. zobaczyć można jak wygląda zupa z małpy oraz nieprzenikniona gęstwina zielonej dżunglii. Liczne zdjęcia Indian w barwnych strojach oraz bogatych ozdobach dają pojęcie, jak jesteśmy różni. Książkę czyta się błyskawicznie – jest bardziej dowcipna niż wcześniej czytana przeze mnie „Blondynka śpiewa w Ukajali”, aczkolwiek umęczyły mnie opisy narkotycznego snu.

Pijani Bogiem, Max Cegielski

Wydawnictwo W.A.B. 2007

Liczba stron: 277

Max Cegielski kilkakrotnie gościł w Pakistanie. Swoje wrażenia spisał w książce pod wiele mówiącym tytułem „Pijani Bogiem”. Autor koncentruje się bowiem na kwestii wiary, obrzędach oraz muzułmańskich świętych. Widać zafascynowanie oraz otwartość autora na wszelkie kwestie związane z religią oraz chęć poznania skomplikowanych podziałów religijnych na terenie Pakistanu.

Autor zaprzyjaźnia się z rodziną muzyków grających na bębnach zwanych dholi, znajduje wspólny język z młodym specem komputerowym, bierze udział w świętach zwanych ursami. Podczas urs zgłębia istotę mistycyzmu oraz sufizmu, obserwuje brutalną tradycję samobiczowania, w oparach haszyszu pozwala się porwać rytmom tradycyjnych instrumentów muzycznych oraz hipnotycznym i transowym występom mistyków, fakirów oraz derwiszów.

Autor pragnie jednak wniknąć głębiej w poznanie islamu. Okazuje się jednak, że większość prostych ludzi nie potrafi wytłumaczyć reporterowi bardziej skomplikowanych kwestii związanych z sunnitami, szyitami, kultem sufich, czy znaczeniem religijnych okrzyków takich jak „Mast Kalandar”. W swojej podróży ma także okazję doświadczyć różnicy w pojmowaniu islamu między fundamentalistami oraz bardziej tolerancyjnymi odłamami muzułmańskich wiernych.

Podróż Cegielskiego zostaje przerwana przez wybuch wojny między światem zachodu a islamem tuż po ataku na WTC, jednakże autor nie poświęca wiele miejsca polityce, czy też reakcjom ludzi na tragiczne wydarzenia 2001 roku.

Książka nie jest zbyt łatwa w odbiorze, szczególnie dla takiego laika, jakim jestem. Dotychczas moja wiedza o islamie sprowadzała się do kilku cliche, a Afgańczyków, Pakistańczyków, mieszkańców Iranu i Iraku wrzucałam do jednego wora. Teraz jestem odrobinę bardziej oświecona, chociaż daleko mi do stwierdzenia, że rozumiem istotę islamu czy też konfliktów na tle religijnym na wschód od Europy.

Autor 80% książki poświęca na kwestie związane z religią, marginalnie traktując codzienne życie Pakistańczyków, ich kuchnię, zainteresowania, rolę kobiet w tym tradycyjnym społeczeństwie. Zabierając się za tę książkę liczyłam właśnie na typowe wspomnienia podróżnika, co więcej, chciałam uzupełnić swoją wiedzę o krajach islamskich, ponieważ moja ciekawość została rozbudzona po lekturze powieści „Tysiąc wspaniałych słońc”. Zawiodła mnie szata graficzna – jest tam tylko kilka mało reprezentatywnych czarno-białych fotografii, które nie wiadomo, co ilustrują. Jednak fakt, iż nie porzuciłam książki można interpretować na jej korzyść.