Archiwa tagu: poezja

Radość pisania

mo2

Nad białą kartką czają się do skoku
litery, które mogą ułożyć się źle,
zdania osaczające,
przed którymi nie będzie ratunku.*

Pisanie, zapisywanie, przepisywanie – to wszystko sprawia mi ogromną radość. Nie ma nic lepszego niż pióro i czysta kartka w ładnym notesie. Na przykład takim jak Moleskine z limitowanej edycji Radość pisania, przygotowanym we współpracy z Fundacją Wisławy Szymborskiej. Notesowi towarzyszy pióro Lamy z serii Safari w kolorze białym lub czarnym.

mo1

Notes jest w linie, na okładce ma wytłaczane inicjały W. S., na pierwszej stronie rękopis wiersza. Skuwka pióra ozdobiona jest reprodukcją podpisu noblistki. A teraz najważniejsze: cały dochód ze sprzedaży piór i notesów z tej kolekcji zostanie przeznaczony na fundusz zapomogowy wspierający pisarzy w trudnej sytuacji. Od 2013 roku takie wsparcie otrzymało już kilkadziesiąt osób.

To wyjątkowy zestaw – jest elegancki i nigdy nie wyjdzie z mody. Pióro i notes można nabyć w komplecie lub oddzielnie. Taki gadżet z pewnością ucieszy każdego, kto kocha czytanie, więc byłyby idealnym prezentem świątecznym. Obdarowując nim bliską osobę, czynicie podwójne dobro.

mo3

Zdjęcia można powiększyć – wystarczy kliknąć.

*fragment wiersza „Radość pisania” Wisławy Szymborskiej.

Notes do kupienia na przykład: TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ

W powyższych księgarniach warto też sprawdzić dostępność pióra.

Pióro: TUTAJ

Rymowanki dla dużych dzieci, Wisława Szymborska

Wydawnictwo a5, 2003

Liczba stron: 58

Odkąd przeczytałam gdzieś, że istnieje taka książka, w której Wisława Szymborska bawi się słowem i tworzy rymowanki, zapragnęłam ją przeczytać. Długo nie mogłam tej książki namierzyć, potem o niej zapomniałam. Kilka dni temu, gdy przeczesywałam półkę z poezją w mojej bibliotece w poszukiwaniu „Lektur nadobowiązkowych”, namierzyłam i ten cieniutki tomik.

Chciałam być subtelna, wyrafinowana i uwrażliwiona na piękno słowa, czyli czytać sobie po kawałku i cieszyć sie tymi małymi porcjami rymowanek. No i poniosłam sromotną klęskę na tym polu – gdy książkę złapałam wieczorem, trzymając już głowę na poduszce, tak odłożyłam ją dopiero po przeczytaniu wszystkiego od początku do końca, z indeksem osób włącznie.

Szymborska podzieliła rymowanki i wierszyki na kilka grup. Pierwsze występują limeryki, które swoje istnienie zawdzięczają Brytyjczykom, choć świetnie sprawdzają się także przeniesione na grunt polski. Te zawarte w książce dotyczą różnych lokalizacji geograficznych oraz postaci znanych i nieznanych. Mnie wpadł w oko trochę frywolny limeryk o Mozarcie:

„Raz Mozarta bawiącego w Pradze

obsypały z kominka sadze.

Fakt, że potem, w pół godziny,

wymorusał aż cztery hrabiny,

jakoś uszedł biografów uwadze.”

Kolejną grupą rymowanek są tak zwane moskaliki, czyli wierszyki o słusznej karze spadającej na osoby twierdzące coś przeciwnego do zdania sarmatów. Z tym, że kara ta, najczęściej w formie nagłej napaści fizycznej, zawsze spada na winnego w okolicach przybytku bożego:

„Kto powiedział, że Hiszpanie

noszą czasem jakieś buty,

uzębionym być przestanie

pod dzwonnicą świętej Ruty.”

Nurt kulinarny w twórczości poetki przyjmuje formę „lepiejów”, dwuwierszy z akcentem przestrogi przed spożyciem podejrzanego dania :

„Lepsza ciotka striptizerka,

niż podane tu żeberka.”

Szymborska nie zapomina także o napitkach z grupy wyskokowych i przestrzega: „Od whisky iloraz niski, od śliwowicy torsje w piwnicy”. To jednak nie wszystko, co można znaleźć w tomiku. Autorka zamieściła w nim podsłuchane rozmowy, wierszyki ku pamięci krakowskich notabli związanych z literaturą, wyklejanki własnego autorstwa oraz dwie strony na radosną twórczość czytelnika w duchu lepiejów i innych form zawartych w książce. I tu mnie Pani Szymborska złapała, zamiast więc zasnąć grzecznie po odłożeniu przeczytanej książki, do późnej nocy łamałam sobie głowę nad rymami, sylabami i limerykami…

W świecie mułów nie ma regułów, Ogden Nash

Media Rodzina, 2007

Liczba stron: 166

Nazwisko Ogdena Nasha niewiele mi mówiło. Książka przyciągnęła mnie nazwiskiem tłumacza – Stanisława Barańczaka. Przekartkowałam tomik przy bibliotecznym regale, mój wzrok złapał kilka wersów i już wiedziałam, że książkę zabieram do domu, by w spokoju nacieszyć się satyrą i dowcipem w najlepszym wydaniu.

Na niespełna dwustu stronach znalazłam mnóstwo niezwykłych perełek językowych, gier słów, dowcipu, ironii, humoru. Niektóre z zawartych w książce utworów to zaledwie dwuwersy, jest też wiele takich, które zajmują dwie strony szczelnie wypełniając wersy od prawej do lewej. Autor zawiera w nich rozmaite refleksje, te dotyczące bycia rodzicem, gospodarzem i gościem przyjęcia, wyśmiewa typowe zachowania – zadęcie, sztywniactwo, gadulstwo. Obrywa się i zwierzętom, np:

„Żółw swym pancerzem się nie zraża/ i jakimś cudem się rozmnaża (…)”

lub mrówce: „Słynie z tego ta bestyja,/ Że się w pracy szybko zwija./ Co z tego? Zwijałby się każdy z nas,/ Gdyby we wnętrzu miał mrówczany kwas.”

i ludziom: Skandynawom, Japończykom, ale najbardziej autor poużywał sobie na powściągliwych i nudnych Anglikach.

Ogromnie podobały mi się rozmaite wersje tłumaczeń niektórych krótkich wierszy. Barańczak pokazał całe mistrzostwo swojego warsztatu językowego. Aż nawet chwilami zastanawiałam się, czy tłumacz nie przerósł autora. Dla mnie mistrzostwo świata w zakresie rozrywki.