Dorośli, Marie Aubert

Wydawnictwo Pauza, 2020

Liczba stron: 142

Tłumaczenie: Karolina Drozdowska

Letnia okładka, iście wakacyjny kolor tła i pływająca kobieta w optymistycznie czerwonym stroju kąpielowym. Wydaje się, że mamy w rękach lekkie czytadło na niezbyt długą podróż. I rzeczywiście, książkę przeczytamy szybko, lecz z beztroskiego nastroju niewiele pozostanie po jej lekturze. Nie sugeruję, że popadniecie w depresję, nie aż tak, ale na pewno wasze szare komórki przez pewien czas będą zajęte analizowaniem scenariuszy i rozkładaniem na części pierwsze poszczególnych scen powieści.

Ida jest starszą siostrą, zbliża się do wieku średniego, ma dobrą pracę w biurze architektonicznym. Jest bezdzietną singielką, dotychczas nie udało jej się zbudować żadnego poważnego związku, lecz wciąż nie pożegnała się z myślą o posiadaniu dziecka. Podjęła też pewne kroki, by jak najdłużej mieć możliwość decydowania o tym, czy zostać matką. Powieść zaczyna się w chwili, gdy Ida wyjeżdża na krótkie wakacje do domku letniskowego, w którym czeka już na nią siostra ze swoim partnerem i jego córeczką z poprzedniego związku. Siostry mają wyprawić małe przyjęcie urodzinowe dla matki, która też wkrótce zjawi się ze swoim partnerem. Zanim jednak do tego dojdzie, siostry wymienią się najświeższymi wiadomościami i… kilka razy zdążą się posprzeczać.

Ta książka nie opowiada o patologicznej rodzinie, nie ma w niej na przykład popularnych ostatnio w literaturze traumatycznych przeżyć z wykorzystywaniem w dzieciństwie, a mimo to okazuje się, że stosunki pomiędzy siostrami i matką są dość napięte i pełne nieprzepracowanych pretensji i żalów. Co bardzo ciekawe i co zrozumiałam dopiero kilka dni po przeczytaniu tej książki, to fakt, że każdy ją zinterpretuje nieco inaczej. W zależności od tego, co nam w duszy gra, będzie to dla nas książka o egoizmie (ja podkreśliłam ten aspekt pisząc notatkę na blurb), o niespełnionym macierzyństwie, o starzeniu się, o braku zrozumienia, o zazdrości, a także o zagubieniu. Niesamowite jak autorce udało się wpisać tak wiele niuansów w tę krótką, zamykającą się na przestrzeni kilku dni opowieść. Polecam najbardziej jak potrafię. Must read na te wakacje!

Linia, Elise Karlsson

Wydawnictwo Pauza, 2020

Liczba stron: 207

Tłumaczenie: Dominika Górecka

Każda książka Wydawnictwa Pauza w jakiś sposób mnie zaskakuje. Nie inaczej było z „Linią”, która pozornie jest książką, w której niewiele się dzieje. Kobieta w średnim wieku po okresie bezrobocia dostaje pracę w redakcji wydawnictwa, które specjalizuje się w publikacji poradników m.in. o tym, jak efektywnie pracować. Bardzo zależy jej na utrzymaniu tej posady, więc pilnie przykłada się do obowiązków. Tak pilnie, że praca wkrótce staje się sensem jej życia. Jedyną rozrywką. Jedynym, z czym się identyfikuje.

„Czy to całe życie bohaterki? Mam nadzieję, że to tylko jego fragment i to, co w życiu najlepsze, specjalnie zostało w sferze domysłów i niedopowiedzeń. Bo przecież sensem i celem istnienia nie może być praca! Nie, nie, nie! 'Linia’ to bardzo niepokojąca, niedająca spokoju i ważna dla mnie powieść”.

Powyższe słowa powstały zaraz po lekturze, na gorąco i znalazły się na okładce tej książki. Zrodził się we mnie bunt na to, że praca może tak rozpanoszyć się w czyimś życiu. Odciąć człowieka grubą linią od tego, co poza nią. Nie tylko od lęków i niepokojów bezrobocia, lecz także od całego świata zewnętrznego. Życie innych dzieje się gdzie indziej, życie Emmy to korporacja, to terminy, telefony, konferencje. Emma lubi być ważna, lubi być doceniana i chwalona. To wszystko oferuje jej firma, która stała się dla niej centrum wszechświata. Czy Emma zdoła przekroczyć niewidzialną linię? Czy stanie po właściwej stronie, gdy nadejdzie czas wyborów?

Podskórnie niepokojąca proza, pokazująca, jak wąska granica dzieli nas (mnie również!) od tego, by praca zdominowała nasze życie. Ja się przed tym bronię, Emma przyjęła to rozwiązanie z otwartymi ramionami. Czy w przeciwnym razie jej życie wypełniałaby pustka? Obawiam się, że tak. Że praca jest dla niej kompensacją niespełnionych marzeń, niewypowiedzianych potrzeb, tam czuje się kimś. Poza pracą być może jest nikim.

Najeźdźcy, Karolina Waclawiak

Wydawnictwo Relacja, 2019

Liczba stron: 256

Tłumaczenie: Joanna Dżdża

Ekskluzywne osiedle położone nad oceanem w odległości kilkudziesięciu kilometrów od Nowego Jorku. Zamknięta społeczność, która preferuje spędzanie czasu we własnym gronie (żeby nie powiedzieć, że we własnym sosie) – w lokalnym klubie golfowym, na kortach, na imprezach organizowanych w wypieszczonych domach.

Cheryl jest tam nowa, chociaż mieszka w Little Neck Cove od dziesięciu lat. Nowa już pozostanie, bo nie do końca przystaje do snobistycznego środowiska. Zanim została żoną bogatego przedsiębiorcy, pracowała w sklepie odzieżowym. Żadna z żon z osiedla jej tego nie zapomni, a większość chętnie wbije jej szpilę przy każdej nadarzającej się  okazji. Małżeństwo Cheryl wisi na włosku, napiętą sytuację pogarsza powrót do domu jej nastoletniego pasierba,  chłopaka niepokornego i uzależnionego od leków i narkotyków.

Rozpad więzi, powierzchowność relacji międzyludzkich, poczucie zagrożenia to wątki dominujące w tej powieści. Z każdą stroną rośnie napięcie, a kulminacja następuje w scenach opisujących nadejście potężnego huraganu pustoszącego wybrzeże. Cheryl wówczas znajduje rozwiązanie swojej trudnej sytuacji. Czy jest to dobre rozwiązanie? Nie powiem, musicie ocenić sami.

Ta pozornie spokojna opowieść, w której nie znajdziecie gwałtownych i niespodziewanych zwrotów akcji, aż kipi, wrze i bulgocze pod powierzchnią. Karolina Waclawiak opanowała trudną sztukę subtelnego grania na emocjach czytelnika. Chociaż unika rozwiązań typowych dla thrillerów, wciąż trzyma w napięciu. Powieść „Najeźdźcy” bardzo oddziaływała na moją wyobraźnię. Co prawda postacie drugoplanowe naszkicowane są dość pobieżnie, lecz wydaje mi się, że to celowy zabieg, by uwypuklić niedopasowanie Cheryl i jej niezbyt satysfakcjonujące relacje z innymi. Ogromnym atutem tej książki jest to, że autorka zestawia malownicze krajobrazy, piękne ogrody i domy z faktem, iż zamieszkują je paskudni, zepsuci ludzie z wielkim ego. Warto, a nawet trzeba to przeczytać!

Zbiornik 13, Jon McGregor

Czytelnik, 2018

Liczba stron: 295

Tłumaczenie: Jolanta Kozak

Mam świadomość, że to bardzo dziwna książka i wielu z Was odrzuci ją po kilkudziesięciu stronach, uznając za nudną i niewiele wnoszącą. Po przeczytaniu McGregora naszła mnie refleksja, że polubią się z nim wielbiciele „Mojej walki” Knausgarda,. „Zbiornik 13” przeczytałam już w marcu, lecz z recenzją czekałam do pojawienia się książki papierowej i premiery w księgarniach. Mimo upływu wielu tygodni powieść tkwi we mnie i nie daje o sobie zapomnieć.

Jest środek zimy. W niewielkiej miejscowości położonej w środkowej Anglii dochodzi do tragicznego zdarzenia, które porusza wszystkich mieszkańców. Trzynastoletnia Rebecca Shaw spędzała z rodziną święta w okolicy i niespodziewanie zaginęła podczas rodzinnego spaceru. Wszyscy mieszkańcy starają się pomóc w poszukiwaniach, do sennej miejscowości przybywają tabuny reporterów. Niestety, poszukiwania okazują się bezowocne. Nie wiadomo, co stało się z nastolatką. Teren, gdzie zaginęła, jest trudny – są tam jaskinie, strome stoki, zbiorniki wodne. A przecież mogła także uciec z domu lub zostać uprowadzona. Miejscowi niepokoją się, lecz niewiele mogą zrobić, żeby rozwikłać tę zagadkę.

Upływają lata, rodzą się dzieci, jedni się rozwodzą, inni zakochują, starcy umierają, tylko od czasu do czasu ktoś napomknie o zaginionej dziewczynce. Życie w mieście już dawno wskoczyło na właściwe tory, żałoba przemija jak pory roku. To, co autor zrobił z tą opowieścią, która w pierwszych rozdziałach zapowiadała się na kolejną kryminalną opowieść o zaginionym dziecku, przyprawiło mnie o całkowite zdumienie. Tragedię, jaka dotknęła rodzinę i pośrednio mieszkańców miasteczka, w którym doszło do nieszczęścia postanowił pokazać jako jeszcze jedno, niezbyt znaczące wydarzenie, które jest częścią toczącego się koła fortuny. Żałobę i rozpacz wplótł w przemijające pory roku, nie poświęcając jej więcej miejsca niż zakładającym gniazdo ptakom, czy topnieniu  śniegu. W opisach kolejnych lat w miasteczku tylko od czasu do czasu pojawiają się napomknięcia o zaginięciu, rodzicach dziewczynki, czy wznowionym śledztwie. Czytelnik do samego końca pozostaje w niepewności co do losu Rebeki. A koniec wcale nie przynosi ulgi. Tak, jak wspominałam na początku, niełatwo wyrzucić tę powieść z głowy.

Niesamowity klimat, niezwykły pomysł, drażnienie zaintrygowanego czytelnika to największe atuty tej książki. Gdy jeszcze dodamy piękny język, umiejętność pisania o przyrodzie i uczuciach bez popadania w patos i przesadę, otrzymujemy niespieszną, lecz bardzo poruszającą książkę, która wprawi was w zdumienie.

Moja najdroższa, Gabriel Tallent

Wydawnictwo Agora, 2018

Liczba stron: 390

Tłumaczenie: Dariusz Żukowski

Jeśli można jednocześnie kogoś ostrzec przed czymś i zachęcić do czegoś, to zamierzam właśnie tak zrobić. „Moja najdroższa” to książka nietuzinkowa, jej przeczytanie kosztowało mnie wiele wysiłku, a jednocześnie od początku do końca byłam przekonana, że dobrze robię, nie zniechęcając się wysiłkiem emocjonalnym. Co mnie tak wykończyło? Wszystko!

Turtle Alveston ma 14 lat. W szkole radzi sobie kiepsko, ma problemy z czytaniem, ale za to świetnie posługuje się każdym rodzajem broni palnej. Dziewczynkę wychowuje samotny ojciec, Martin, mieszkają w okolicy, gdzie jest mało domów, dysponują dużym, dzikim zarośniętym obszarem. Turtle uczona jest przez ojca jak przetrwać w warunkach ekstremalnych, bo Martina pochłaniają kwestie ekologiczno-katastroficzne. Dziewczyna nie ma przyjaciół, nikt w szkole nie wie, jaka jest jej sytuacja domowa, nawet mieszkający w okolicy dziadek nie domyśla się, jak jest źle.

Turtle jest poddawana wszelkiego rodzaju torturom psychicznym i fizycznym. Niezrównoważony ojciec traktuje ją jak żołnierza, więźnia, dziecko i kochankę (tak!, niestety, brr). Dziewczynka musi poddawać się jego humorom, znosi wszystko z zaciśniętymi zębami,  nikomu się nie skarży, ukrywa siniaki i traumy psychiczne, ponieważ bardziej niż cierpienia z rąk oprawcy boi się rozłąki z ojcem, który jest całym jej światem. Wszystko zaczyna bardzo powoli się zmieniać, gdy Turtle poznaje dwóch starszych od siebie chłopców.

Martin to postać przerażająca i zagadkowa. Nie do końca rozumiemy motywy jego działania, ale szybko przekonujemy się do czego jest zdolny. To człowiek silny fizycznie, lecz zupełnie popieprzony psychicznie i jak każdy psychopata (zakładam, że nim jest) zupełnie nie widzi swojej winy, lecz bez problemu obarcza nią cały świat, innych ludzi, system i okoliczności. „Jego najdroższa” córka jest całym jego światem, z nikim nie chce się nią z nikim dzielić. Zaborcza miłość nigdy nie jest dobra, ale najgorsza jest zaborcza miłość ojca do córki.

Nastrój grozy od samego początku jest na bardzo wysokim poziomie, a potem jeszcze wzrasta. Nic dziwnego, że nie zdołałam szybko przeczytać tej książki – musiałam dawać sobie czas na odpoczynek, na wyciszenie nerwów, na uspokojenie szybko bijącego serca, na odreagowanie. Tak bardzo pragnęłam pomóc dziewczynce (tak, typowa nauczycielka), że najchętniej weszłabym na karty tej powieści i… sama nie wiem. Naprawdę trudno znaleźć odpowiednie wyjście z sytuacji, w jakiej znalazła się Turtle, tak by nie stała jej się krzywda. Od początku bowiem mamy świadomość, że gra toczy się o przeżycie.

Ostrzegam was przed tą książką – wykończy was emocjonalnie, wydrenuje do cna, przeczołga i podepcze.

Zachęcam was do lektury – warto dla tych emocji, dla przeżycia dylematów moralnych i zastanowienia się, jak byście postąpili w sytuacji Turtle i sytuacji dorosłych w jej otoczeniu.

Jeśli można oceniać atrakcyjność książki w skali szybkiego bicia serca i spoconych dłoni, to ta wykracza poza skalę.