Bóg pośród ruin, Kate Atkinson

bog-posrod-ruinCzarna Owca, 2016

Liczba stron: 528

„Bóg pośród ruin” jest w pewnym sensie kontynuacją lub nawiązaniem do innej książki tej autorki, pt: „Jej wszystkie życia”, ale ci, którzy nie znają tej powieści, nie muszą się martwić kolejnością. Nie muszą w ogóle czytać części o Ursuli (chociaż uważam, że książka jest tak dobra, że warto ją znać). „Bóg pośród ruin” broni się sam i jest zamkniętą całością.

Ted, chłopak wychowany na wsi w domu klasy średniej z aspiracjami, jest marzycielem, uwielbia naturę, obserwuje ptaki, owady, zmieniające się pory roku. Od dziecka przyjaźni się i podkochuje w córce sąsiadki – wszyscy sądzą, że ta para będzie ze sobą do końca życia. Gdy wybucha druga wojna światowa, Ted zaciąga się do lotnictwa. Po długim okresie szkolenia, zostaje pilotem myśliwców i bierze udział w schyłkowej fazie wojny podczas ataków na pozycje we Francji i Niemczech.

Autorka stosuje wiele zabiegów literackich typowych dla jej pisarstwa – nie stosuje chronologii zdarzeń, nie trzyma się jednego bohatera, lecz pokazuje wydarzenia z punktów widzenia innych postaci (żony, córki, wnucząt, siostry). A co najbardziej deprymujące, a jednocześnie podsycające ciekawość pisząc o czasach dzieciństwa Teda, potrafi wtrącić zdanie typu: nie wiedział jeszcze, że za kilkadziesiąt lat będzie wdowcem.

Z fragmentów, wspomnień i retrospekcji wyłania się życiorys człowieka, który najbardziej na świecie cenił sobie proste, ciche życie na uboczu zdarzeń. Wiatry historii uczyniły z niego bohatera drugiej wojny, szczęściarza, który przeżył większość członków swojej załogi, choć akurat o tej części swojej biografii nie lubi opowiadać. To, co dla innych, byłoby powodem do dumy, dla Teda jest wciąż krwawiącą raną w życiorysie – żeby przeżyć, musiał zabijać. Jednak to, co najbardziej uderza w tej postaci, to całkowite pogodzenie z losem, przyjmowanie wszystkiego ze stoickim spokojem, wywiązywanie się ze zobowiązań i czerpanie przyjemności z prostego życia.

Na końcu książki autorka wycina spory numer czytelnikowi – nie mogę powiedzieć, o co chodzi, bo zepsuję niespodziankę, a ci, którzy czytali wiedzą. Kilka osób jeszcze przez lekturą zastanawiało się, co o tym powiem. No więc, powiem tak, dla kogoś, kto zna większość powieści Atkinson (to ja!), nie było to zaskoczeniem, po prostu uśmiechnęłam się i westchnęłam. Ten, kto nie zna zbyt dobrze jej twórczości, może to uznać za duże zaskoczenie, powód do złości czy rozczarowania.

„Bóg pośród ruin” to dobrze udokumentowana historycznie powieść, która jest nie tylko powieścią historyczną, lecz również psychologicznym portretem człowieka pogodzonego i jego rodziny. Polecam!

Sympatyk, Viet Thanh Nguyen

sympatykAkurat, 2016

Liczba stron: 480

Opowieść podwójnego agenta, człowieka o wielu twarzach i niezliczonych talentach zaczyna się w 1975 roku, gdy do Sajgonu wkraczają siły komunistycznej Północy. Nieznany z imienia i nazwiska kapitan, najbardziej zaufany człowiek wietnamskiego generała sporządza listę osób, które zostaną ewakuowane do Stanów na pokładzie amerykańskiego samolotu.

Kapitan już w pierwszym akapicie wyjawia fakt, iż jest szpiegiem – chociaż pracuje dla generała sił Południa, sercem oraz poufnymi informacjami wspiera komunistyczną Północ. Ale to nie jedyna podwójna rola, jaką przychodzi mu grać w życiu. Jest mieszańcem – na wpół białym człowiekiem, przez co zawsze wyróżnia się wśród swoich i wśród białych. Ponadto jest wykształcony w Stanach Zjednoczonych, które mimo całej pogardy dla ich systemu, mają dla niego powab i urok, do tego stopnia, że chwilami traktuje je jak drugą, równorzędną ojczyznę. I choć matka w prostoduszny sposób zapewniała go w dzieciństwie, że niczym nie jest w połowie, a wszystkim jest po dwakroć, to on ma zawsze wrażenie, że stoi w rozkroku.

„Sympatyk” został, moim zdaniem, trochę skrzywdzony okładką, która sugeruje dużo polityki i zero przygody. W powieści jednak pierwsze skrzypce gra nie polityka, lecz człowiek uwikłany w wiele zależności, starający się dawać z siebie, co najlepsze, lecz z góry znający wynik tych starań. Splątane sieci, które sam pomagał zarzucać, nie raz skrępują jego samego i doprowadzą do sytuacji, gdy musi udowadniać swoją lojalność raz jednej, raz drugiej stronie. To powieść w głównej mierze psychologiczna z bardzo ciekawą fabułą obfitującą w wiele zwrotów akcji i zaskoczeń. Została napisana w formie wyznania, lecz do samego końca nie wiadomo, kto jest adresatem pamiętnika i w jakich okolicznościach powstaje. Koniecznie zwróćcie na nią uwagę i nie patrzcie na okładkę, lecz na zawartość książki.

Czcij ojca swego, Ela Sidi

czci-ojca-swegoSmak Słowa, 2016

Liczba stron: 310

Najpierw chciałam tę książkę, a potem bałam się ją czytać. Ela Sidi opowiada o dzieciństwie (być może swoim). Rzecz dzieje się latach 70. na Dolnym i Górnym Śląsku. Ania ma 5 lat, gdy umiera jej mama. Jej brat jest niewiele starszy. Dzieci zostają oddane pod opiekę ojca, który pojawił się w ich życiu całkiem niedawno, wprowadził strach i nieprzewidywalność. Teraz, gdy nie mają oparcia w matce, wszystko przeżywają z większą intensywnością, a każdy dzień z ojcem i jego rodziną to pasmo zła, poniżeń, przemocy. W książce mówi dziecko – nie jest infantylne, bo musiało szybko dojrzeć, ale nie rozumie wszystkiego, co mu się przydarza. To bardzo mocny przekaz.

Opowieść zostaje doprowadzona do czasu, gdy Ania kończy szkołę średnią. Te kilkanaście lat z ojcem zostaje opisane w sposób dość fragmentaryczny, lecz dający pojęcie o gehennie, przez jaką przeszły te dzieci. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zupełny brak zainteresowania ze strony państwa – przychodząca do nich kuratorka przede wszystkim skupiała się na straszeniu dzieci poprawczakiem i wyzywaniu ich od młodocianych bandytów – a przecież ani Ania, ani jej brat nie mieli na koncie żadnych chuligańskich występków, poza tym byli bardzo dobrymi uczniami. Szkoła to również miejsce, z którego dzieci nie otrzymały żadnej pomocy – jedynie pasmo poniżeń za niemodne ubrania, lękliwość, wycofanie. Warto odnotować również zachowanie babci ze strony taty – trudno znaleźć literacki odpowiednik równie wyrachowanej i zimnej osoby. W porównaniu do czasów spędzonych na Górnym Śląsku dzieciństwo w okolicach Legnicy na Dolnym Śląsku, gdzie mieszkała druga babcia i reszta rodziny mamy, wydaje się sielankowe i spokojne.

To przerażająca książka, ale chyba nikogo nie zdziwi, że niektórzy nasi znajomi mają podobne życiorysy – nie każde bite dziecko wyrasta na patologię, ale potrzeba nadludzkiej siły, żeby wznieść się ponad bagno życia rodzinnego. Winą należy obarczać oprawcę, lecz często spada ona na kobietę i dzieci. Niejedna kobieta, podobnie jak mama i macoch Ani, nie potrafi uwolnić się od brutalnego mężczyzny, woli cierpieć w ciszy niż narazić się na nieprzyjemności związane z rozstaniem. Zapewne obecnie jest trochę lepiej niż czterdzieści lat temu, ale współuzależnienie jest nadal ważnym psychologicznym zagadnieniem.

Wymęczyła mnie ta książka, wyczerpała psychicznie, wytarmosiła mnie i dokopała mi swoją szczerością. Pewne sceny odczuwałam niemal fizycznie, choć na szczęście podobne poniżenia nie były nigdy moim udziałem. Z książkową Anią łączy mnie jednak wiele – ja też jestem z Dolnego Śląska, a jej sielankowe Prochowice są moim miastem rodzinnym, jestem tylko trochę młodsza, więc pamiętam dużo z opisywanych czasów, a przede wszystkim rozumiem duszną atmosferę małego miasteczka. To ważna książka, która powinna być dla was lekturą obowiązkową, choć jej czytanie naprawdę boli.

Mam na imię Lucy, Elizabeth Strout

mam na imie lucy elizabeth stroutWielka Litera, 2016

Liczba stron: 224

Czytałam wszystkie książki tej autorki, które ukazały się w Polsce. Lubię jej niespieszne tempo opowiadania historii i to, że więcej kryje między wersami niż podaje wprost. Nie inaczej jest w tej cienkiej książce o Lucy Barton.

Lucy trafia do szpitala, nie wiadomo, co jej dolega, lecz pobyt przedłuża się. Kobieta czuje się samotna i przygnębiona. Mąż nie ma czasu, by ją często odwiedzać, córeczki nie mogą same przyjść do mamy. Pewnego dnia przy jej łóżku pojawia się najmniej spodziewany gość. Jej matka. Kobieta, która nigdy nie interesowała się życiem swojej córki, a jeśli już się wypowiadała na temat życia Lucy, to zawsze krytycznie. Spotkanie po latach jest okazją do powrotu do przeszłości, do lat, kiedy dojmującym uczuciami były brak miłości, chłód i odtrącenie. O ile w ogóle będą umiały ze sobą rozmawiać.

Lucy przeprowadziła się do Nowego Jorku dzięki pomocy finansowej ze strony szkoły. Jako jedyna w rodzinie zdobyła wyższe wykształcenie, choć przez cały czas studiów doskwierało jej to, kim nie jest i co zostawiła za sobą. Teraz próbuje pisać, choć nie ma pewności, czy nie zostanie wyśmiana. Gdy ze swoich planów zwierza się sąsiadowi, ten radzi jej, by była bezwzględna w pisaniu. Czy taka będzie? Czy uda jej się opowiedzieć o swojej niepewności, swoich lękach, wstydzie, który towarzyszył jej przez większość życia?

Ta książka utkana jest ze wspomnień, pojedynczych obrazów, które składają się na obraz kobiety, która jeszcze do końca nie wierzy w swoje siły, lecz powoli staje na nogi i próbuje wziąć życie w swoje ręce. Najpierw musi rozliczyć się z przeszłością – walczyć lub wybaczyć. Pobyt w szpitalu daje jej możliwość wejrzenia w siebie i innych. Najbardziej wymowną sceną jest ta, gdy Lucy czekając na badania widzi oczy umierającego na AIDS człowieka – czy powinna być świadkiem tej intymnej chwili? Czy jest intruzem?

Niepozorna książeczka w niewielkim formacie, z dużą czcionką. Kto by pomyślał, że kryje w sobie tyle emocji i scen, które trudno wyrzucić z głowy. Strout pisze coraz lepiej, jest wrażliwą obserwatorką, która potrafi przekuć w słowa najintymniejsze myśli. Jej subtelność i takt przekładają się na styl książki, a fakt, iż nie zawsze pisze wprost, daje pole do popisu naszej wyobraźni. Uwielbiam takie angażujące powieści.

Kobiety w kąpieli, Tie Ning

kobiety w kąpieli tie ningZnak Literanova, 2016

Liczba stron: 490

Jestem ignorantką, jeśli chodzi o literaturę chińską. Czytałam zaledwie kilka książek chińskich autorów i zazwyczaj były mocno związane z sytuacją polityczną oraz przegadane. Obawiałam się, że i „Kobiety w kąpieli” będą podobne. A jednak coś mnie ciągnęło do tej książki – subtelna okładka, tytuł jak z obrazu impresjonisty, opis, nominacja do ważnej nagrody. Nie umiem powiedzieć co, lecz od razu zdradzę, że jestem zachwycona książką.

Tiao, będąca wiceprezesem w wydawnictwie publikującym książki dla dzieci, ma wkrótce wyjść za mąż. Ta życiowa zmiana budzi w niej wspomnienia i skłania do podsumowań. Kobieta wraca do swojego trudnego dzieciństwa przypadającego na czasy schyłku rewolucji kulturalnej, przymusowych obozów pracy i samosądów. Gdy obie z siostrą chodziły jeszcze do szkoły ich rodzice zostali wysłani na farmę Trzcinowa Rzeka. Dziewczynki musiały radzić sobie same i pewnie stąd wzięła się siła Tiao, jej skłonność do szybkiego osądzania ludzi, a także bardzo niepoprawne, chłodne stosunki z matką i ojcem.

intelektualisci_na_farmie

Jej dzieciństwo w komunistycznych Chinach to czas biedy, braku podstawowych towarów w sklepach, ale też okres przyjaźni, które przetrwały przez całe życie. Z Fei łączy ją skomplikowana relacja oparta na współczuciu i pogardzie, ale też miłości i wyrozumiałości. Z Youyou, która marzy o otwarciu własnej restauracji, jej stosunki są czystsze, oparte na fascynacji i podziwie, że dziewczynka potrafiła w kilku słowach podważyć sens ogólnonarodowej rewolucji.

rewolucja_to_nie_06.07

Jednak najbardziej komplikują się jej stosunki z ukochaną młodszą siostrą. Staje między nimi tragedia, jaką przeżyły, a także dość wstrętny charakter rozpieszczonej Fan. Całe ich dorosłe życie to pasmo złośliwości, kłótni i udręk. Zupełnie nie przypomina dzieciństwa, gdy obie siostry się wspierały, dbały o siebie i dzieliły smutki i radości.

Nie potrafię i nie chcę streszczać fabuły tej książki. Chociaż to pozornie prosta historia, pod powierzchnią zdarzeń kipi. Chwilami podczas lektury aż brakowało mi powietrza, czułam się uwikłana w sieć intryg, zbrukana zachowaniem bohaterek, zażenowana ich czynami, zaskoczona niezrozumiałymi decyzjami. Współczułam im, że dorastają w kraju mającym za nic jednostkę, sankcjonującym wykorzystywanie ludzi, samosądy, łatwo rzucającym oskarżenia i kłody pod nogi, każdemu na kogo padł cień podejrzeń.  Ale widziałam też wady bohaterek: skłonność do chodzenia w życiu na skróty, zawiść, chęć skupiania na sobie uwagi innych, niezdecydowanie.

obserwacje_12.07

Czytając niektóre fragmenty miałam skojarzenia z różnymi autorami i dziełami. Gdzieś tam jest nawiązanie do „Makbeta”, niezmywalne piętno na skórze, w kilku miejscach dopatrywałam się wpływu Alice Munro – ta sama zwięzłość frazy skrywającej buzujące emocje. I tylko w jednym momencie nie wiedziałam po co i na co komu ten fragment. Mówię o mini wykładzie o twórczości Balthusa, w którym czytelnik został postawiony na równi z niewiele wiedzącą bohaterką studiującą sztukę i został potraktowany jak student pierwszego roku. Te dwie czy trzy strony nie rzutują jednak na całość, która jest zachwycająca i zapierająca dech w piersiach. Jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku.

Mam dla Was kod zniżkowy od Znaku na zakup tej książki KLIK.