Archiwa tagu: rozmowa

Wagiel. Jeszcze wszystko będzie możliwe. Wojciech Waglewski w rozmowie z Wojciechem Bonowiczem

wagielWydawnictwo Znak, 2017

Liczba stron: 277

Niedługo po wydaniu biografii Voo Voo, na rynku wydawniczym pojawiła się książka o Wojciechu Waglewskim. Ukazał się też nowy album grupy, więc intensywność różnego rodzaju wydawnictw dość spora. Miałam obawy co do książki „Jeszcze wszystko będzie możliwe”. Bałam się, że treść może być podobna do tego, co przeczytałam w biografii zespołu. Cytując artystę, o którym mowa, „to był mylny błąd”, a  moje obawy okazały się bezpodstawne.

Książka od pierwszych stron wciąga czytelnika. Waglewski to bystry obserwator rzeczywistości, świetny gitarzysta piszący ciekawe teksty do swoich pieśni. Dla niego istotne jest słowo, a nie techniczne sztuczki czy gitarowe solówki, które często są znakiem rozpoznawczym innych tuzów tego instrumentu. Jednak, jak sam mówi w swoich tekstach, nie poucza nikogo, nie mówi słuchaczom jak żyć. A jednak jest wzorem dla innych! Tu pozwolę sobie na małą dygresję, pewnego upalnego dnia na poznańskim Placu Wolności ubrany w marynarkę młody chłopak cierpliwie znoszący docinki znajomych czy nie za ciepło mu w tym przyodziewku powiedział: „Wojtek Waglewski uważa, że facet w pewnym wieku powinien nosić marynarkę!” Utkwiło mi to w pamięci, bo sama lubię Waglewskiego i czytałam wywiad,  o którym wspominał ten młodzieniec.

Książka pokazuje nam muzyczną ewolucję Wagla od dobrze zapowiadającego się gitarzysty studyjnego, poprzez poszukiwania swojego muzycznego „ja” w zespole Osjan,  aż po lidera własnej grupy, którą „zarządza” od trzydziestu lat. Waglewski od dawna jest artystą przez duże A, szanowanym przez innych muzyków, mającym swoich wiernych fanów: wielbicieli i wielbicielki. A nawet psychofanki. Z książki dowiemy się jak branża muzyczna wyglądała kiedyś, ile trudu kosztowało muzyków wydanie płyty czy wyjazd za granicę, ale także jak łatwo można było odpowiednim ludziom uprzykrzyć życie członkom zespołu.

Wagiel to także ojciec dwóch muzyków: Fisza i Emade, którzy także sporo zwojowali w branży i mają wpływ na twórczość ojca. Waglewski senior przyznaje się, że ich słucha i wiele im zawdzięcza. Voo Voo w swoim płytowym dorobku ma album pod tytułem „Wszyscy muzycy to wojownicy”, po przeczytaniu książki wydaje się to takie oczywiste. Polecam!

Voo Voo. Dzień dobry wieczór, Piotr Metz

voo-vooAgora, 2016

Liczba stron: 328

Voo Voo wzięło nazwę się od inicjałów Wojciecha Waglewskiego, jednak nieoczywista pisownia sprawia, że łatwo pomylić ją z voo doo. Dodając do tego wizualną oprawę grupy i „darcie japy” w niezrozumiałym języku przez Mateusza Pospieszalskiego, można założyć, że istotnie to zespół szamanów. Zapewne potrafiło to niektórych zniechęcić do kupienia płyt, czy obejrzenia koncertu. Jednak z drugiej strony Voo Voo ma w sobie coś tajemniczego, nieoczywistego, energię, która sprawia, ze długo czujemy ciarki na plecach. Piotr Metz, dziennikarz muzyczny, radiowiec, fan The Beatles, potrafiący swoimi radiowymi audycjami przykuć mnie do odbiornika, co nie jest łatwe, postanowił zmierzyć się z biografią Voo Voo. Podzielił książkę na cztery części – wywiady z każdym z obecnych muzyków z zespołu. Wszystkie te ciekawe opowieści w jakimś momencie splatają się ze sobą, przedstawiając nam Voo Voo od środka.

wagl

Waglewski spytany kiedyś przez dziennikarza, kogo chciałby mieć w swoim zespole, odpowiedział, że nikogo, bo ma samych najlepszych. Parafrazując fragment piosenki Wagla, jest to prawda najprawdziwsza z prawd. Waglewski, podobnie jak Lech Janerka, nie pcha się na listy przebojów, nie podlizuje fanom ani ludziom z branży. Jest artystą chodzącym ścieżkami swojej własnej wrażliwości, co przekłada się na niebanalność w warstwie tekstowej i muzycznej, stanowiącą jego wielką siłę. Pomimo że jest znakomitym gitarzystą, na koncertach nie epatuje słuchaczy solówkami, bez których inni nie potrafią żyć. Ma swoją publiczność, która dopisuje na koncertach, a jednak, jak sam zauważa, do zespołu przylgnęła łatka „ludyczności”. Wspólne śpiewanie z publicznością łobi jabi zaczęło zespół trochę męczyć. Szamański wizerunek ciążyć. Dlatego też zmienił się image Wagla. Mogliśmy go zobaczyć w hipsterskich okularkach i z długą brodą, co moim zdaniem, jest wpływem jego synów – Fisza i Emade.

Wrażliwość muzyczna czwórki muzyków powoduje, że „sound” zespołu jest oryginalny, wokalizy „Matełki”, jak i jego styl gry na saksofonach, są nie do podrobienia. Niestety zespół doświadczył tragedii, która pomimo całego dorobku postawiła jego przyszłość w niepewnym świetle. Śmierć Piotra Żyżelewicza, znakomitego perkusisty, świetnego kolegi, sprawiła, że Waglewski z kolegami rozważali rozwiązanie zespołu.. Szczęśliwie dla nas grupa nie miała czasu na myślenie, a miejsce Stopki, jak nazywali go koledzy, zajął Michał Bryndal.

Autor książki umiejętnie zadaje pytania każdemu z artystów, dzięki czemu obraz grupy staje się pełny. Oczywiście najwięcej do powiedzenia mieli Waglewski i Pospieszalski, ale bardzo ciekawe jest to, czym podzielił się z nami basista Karim Martusewicz. Z książki  dowiemy m.in. z czym borykał się Waglewski w czasach, kiedy płytę można było wydać raz na dwa lata i jaką drogę przebył Karim, by stać się profesjonalnym muzykiem i częścią historii jaką jest Voo Voo. Materiał uzupełniają liczne fotografie. Całość jest zajmująca, odświeżająca, warta przeczytania. POLECAM!

Barbara Rosiek. Inna perspektywa, Joanna Polis

barbara rosiek inna perspektywaMD, 2016

Liczba stron: 192

Barbara Rosiek jest autorką kilkunastu książek. Najbardziej znany, wciąż wznawiany i czytany przez rzesze nastolatek i nie tylko, jest debiut autorki „Pamiętnik narkomanki” oparty w dużej mierze na własnych doświadczeniach pisarki. Pozostałe książki mają podobną tematykę – uzależnienia, choroba psychiczna, zagubienie młodych w świecie, w którym brakuje miłości. Joanna Polis przeprowadziła z Barbarą Rosiek szczerą rozmowę pozornie oscylującą wokół powieści, a jednak zahaczającą o sfery prywatne.

Po lekturze nie jestem w stanie scharakteryzować bohaterki tego wywiadu. Jest osobą o wielu twarzach. Czasem wydawała mi się bardzo rozsądna, doświadczona tzw. mądrością życiową, czasem naiwna i wciąż wkraczająca w to samo zło, które już wiele razy próbowało ją zniszczyć. Dużo w tej książce żalu do matki, która odrzucając córkę już w życiu płodowym, wdrukowała w nią poczucie winy, bycie balastem i chęć autodestrukcji. A jednak, Rosiek do tej pory pielęgnuje stosunki z matką i cały czas z nią mieszka.

Wiele miejsca poświęca się temu, co w książkach autorki pochodzi z autentycznych doświadczeń, a co zostało zmyślone. I powiem szczerze nie do końca wiem jak jest, bo raz Rosiek mówi, że wszytko zmyśliła, innym razem, że sama przez to przechodziła, a w finale książki pisze wprost, że jakby znowu jej ktoś przypisywał rzeczy, o których nie chce mówić, to znowu się ich wyprze.

Polis pyta o sprawy intymne, widać, że miedzy rozmówczyniami jest nić sympatii i znajomość dłuższa niż na potrzeby napisania książki. Obcy nie odważyłby się pytać wprost o chorobę psychiczną, nie drążyłby tematu niespełnionej miłości. Tu obie panie darzą się zaufaniem i szacunkiem, które pomagają w mówieniu o sprawach osobistych i bolesnych.

Barbara Rosiek udostępniła na potrzeby książki swoje archiwum fotograficzne, w związku z czym książkę ilustrują liczne zdjęcia, które ku mojej radości zostały opisane (nie lubię, gdy zdjęcia po prostu są i nie wiadomo co, kogo i w jakich okolicznościach przedstawiają). Ponadto, pomiędzy kolejnymi rozmowami znajdują się wcześniej niepublikowane fragmenty dzienników Barbary Rosiek. I przykro mi mówić, ale nie jest to dobra literatura. Mam świadomość tego, że Rosiek nie czyta się dla wrażeń literackich, tylko po to, by przekonać się jak jest po drugiej stronie, jak wygląda życie osoby uzależnionej lub cierpiącej na schizofrenię. Dlatego tę rozmowę docenią przede wszystkim ci, którzy znają powieści Barbary Rosiek i chcą dowiedzieć się czegoś więcej o autorce.

Nowicjusz w branży – rozmowa z Alkiem Rogozińskim

alek rogozinski

Rozmowa z Alkiem Rogozińskim, autorem świetnie przyjętych komedii kryminalnych, człowiekiem, który jest zagłębiem anegdot i krynicą dobrego humoru 😉

Jakie to uczucie zobaczyć swoją książkę wśród bestsellerów? Czy czujesz się człowiekiem sukcesu?

Uczucie jest miłe, bo jest to pierwszy dowód, że powieść trafiła do Czytelników, a o to chodzi każdemu piszącemu. Mechanizm przy wydawaniu książek jest bowiem taki, że przez długi czas nie ma żadnych informacji o sprzedaży książki. Być może mają ją wydawcy, ale jakoś niechętnie dzielą się swoją wiedzą z autorami. Pierwsze dane pojawiają się przy okazji rozliczeń, czyli po kilku albo kilkunastu (w zależności od umowy) tygodniach. Przez ten czas autor zdany jest tylko na zestawienia publikowane przez sklepy internetowe – EMPiK, Matras czy Bonito, które prowadzą swoje rankingi sprzedaży. I chwila, gdy książka otrzymuje tytuł „bestsellera”, jest potwierdzeniem, że książka stała się popularna. Moje pierwsze dwie powieści nigdy nie doczekały się tego statusu, kiedy więc wreszcie zobaczyłem znaczek „bestseller” przy „Jak Cię zabić, kochanie?”, pomyślałem, że muszę koniecznie kupić szampana i to opić. I tak właśnie zrobiłem! Ale człowiekiem sukcesu jeszcze się nie czuję. Wciąż jestem nowicjuszem w tej branży i mam tego świadomość, że przede mną jeszcze sporo pracy.

Wśród czytelników jesteś znany z iskrzącego dowcipu. Czy poczucie humoru uratowało Cię w jakiejś trudnej sytuacji?

Ratuje mnie codziennie. Jesteśmy, niestety, dość nerwowym narodem i poczucie humoru przydaje się na każdym kroku. Żeby nie sięgać pamięcią zbyt daleko. Ostatnio odwiedziłem ZUS. Miałem tam do załatwienia zaległe sprawy. Pani w okienku najpierw strasznie się nadęła i powiedziała, że ona nie jest tutaj po to, żeby uzupełniać za mnie papiery. Odpowiedziałem jej, że i owszem – mogę zacząć wypełniać je samodzielnie, ale wtedy potrwa to do końca świata, a ja chyba nie mogę tego zrobić, bo jeszcze nie zasadziłem drzewa i nie spłodziłem nikogo, kto zapewniłby mi dostęp do „500 plus”. Uśmiechnęła się i zaczęła mi pomagać. Swoją drogą może też nie miała jeszcze dzieci i moja wizja jej nie rozbawiła, a przeraziła?

Która jest Ci bliższa? Niezorganizowana, szalona Joanna czy dowcipna, lecz obowiązkowa Betty?

Jestem chaotyczny i potrafię zrobić wokół siebie bałagan w dowolnie krótkim czasie, więc zdecydowanie mam w sobie więcej z Joanny. Ale kocham obie te wariatki i już za nimi tęsknię. Jeszcze kilka miesięcy przerwy i wrócę do opisywania ich przygód.

Gdybyś mógł się przenieść w czasie, w jakiej epoce chciałbyś żyć? Dlaczego?

Zdecydowanie w starożytnym Rzymie, w czasach świetności Imperium Romanum. Pasjonuję się tą epoką od chwili, gdy jako siedmiolatek przeczytałem genialną powieść Roberta Gravesa „Ja, Klaudiusz”. Nasza kultura… Nie, wróć! Kultura Europy powstała na bazie idei i filozofii starożytnej Grecji i Rzymu, zmieszanych potem z chrześcijaństwem, rozumianym przez mnie w tym przypadku mniej jako spis dogmatów religijnych, a bardziej zbiór wartości i myśli, którymi powinniśmy się na co dzień kierować w swoim życiu. Zresztą paradoksalnie chrześcijaństwo wzięło sporo z filozofii i zwyczajów, które uznawało za pogańskie. Nawet dzisiejsze rozmaite święta chrześcijańskie przypadają wtedy, kiedy poprzednio starożytni czcili swoje bóstwa. Dla mnie śledzenie tego, jak przez wieki przenikają się i rodzą idee, wierzenia, prądy filozoficzne jest pasją i wielką przygodą.

Często podróżujesz, czy znalazłeś już swoje miejsce na ziemi? Jeśli tak, to gdzie? Co Cię urzekło?

Przez lata moim azylem był Paryż. Kiedy tylko wydarzało się w moim życiu coś ważnego, natychmiast kupowałem bilet, aby – w zależności od tego, co mnie spotkało – albo tam to uczcić albo przeboleć. Nadal kocham to miasto, ale od kilku lat nieco zastąpił mi je Berlin, czyli metropolia, która przez ostatnich kilkanaście lat nie tylko wypiękniała i odmłodniała, ale i przyciągnęła sporo artystów, szalonych, kreatywnych ludzi, którzy zamienili ją w mekkę dla wszystkich tych, którzy lubią czuć się wolni, a nie znoszą konwenansów i czegoś, co nazywam „naszą codzienną hipokryzją”, czyli tak często niestety spotykanego u nas zjawiska pod tytułem: „bądź taki jak inni, niczym się nie wyróżniaj, bo inaczej zostaniesz wyśmiany”. Jednak to nie w Berlinie chciałbym spędzić swoje stare lata, a na Malcie. Uwielbiam tamtejszy klimat i fakt, że nie musiałbym się uczyć żadnego nowego języka, bo wszyscy mówią tam po angielsku.

Jesteś artystyczną duszą, książki piszesz dopiero od kilku lat, w jaki sposób wcześniej dawałeś upust swoim talentom? Malowałeś, śpiewałeś, gotowałeś, tworzyłeś opowiadania do szuflady?

Nic z tego, co wymieniłaś. Śpiewać nie wolno mi publicznie pod żadnym pozorem. No chyba że przy okazji akcji odszczurzania miasta, wtedy ewentualnie miałoby to swój sens. Moje szkolne malowidła były tej klasy, że kiedyś nauczycielka plastyki myślała, że narysowałem rower w perspektywie i nawet postawiła mi za to piątkę. Wszystko fajnie, ale chciałem wtedy namalować bociana w locie. Co tam dalej? Gotowanie. Zacytujmy jedną z moich przyjaciółek. „Nawet niezłe to spaghetti. Następnym razem dodaj jednak z łaski swojej choć trochę soli i wyjmij makaron, kiedy jeszcze nie ma konsystencji kleiku”. Za to moja artystyczna dusza wyżywała się w radiu. Przez kilkanaście lat pracowałem jako prezenter i starałem się udowodnić, że można to robić nieszablonowo, tworzyć nawet ze zwykłego zapowiadania piosenek zabawę, taki mini-teatr wyobraźni. Potem, kiedy do głosu doszły komputery, a czas dla prezentera zmniejszył się do 15 sekund, w czasie których trzeba przedstawić trzy „lokowania produktu”, zrezygnowałem. Przestało mnie to bawić.

Czy możesz już zdradzić, jakie masz dalsze plany? Czy piszesz kolejną książkę? A może na razie za bardzo pochłania Cię promocja „Jak cię zabić, kochanie”?

Promocja książki wyjmuje z życiorysu dwa miesiące. Ale zarazem sprawia dużo przyjemności. Każde spotkanie z Czytelnikami to fantastyczny czas, który bardzo ładuje mi baterie. Kocham też organizować konkursy, czatować z Czytelnikami, czuć, że bawią się tym wszystkim tak dobrze jak ja. Ale, oczywiście, terminy gonią. Podpisałem z Wydawnictwem Filia umowę na pięć kolejnych powieści, które mają powstać do połowy 2019 roku. Nie mam więc czasu na lenistwo.

Dziękuję za rozmowę.

Ja też! A przy okazji chciałbym pozdrowić wszystkich fanów „Czytam, bo lubię”. Mam w sieci kilkanaście swoich ulubionych miejsc i Twój portal znajduje się w ich ścisłej czołówce. Bardzo dziękuję za znakomitą robotę, jaką robisz dla nas, piszących, oraz wszystkich, którzy kochają książki

Potrafię dobrze pisać o świecie kobiet – rozmowa z Federico Moccią

Warszawa 19-22 maja Warszawskie Targi Ksiazki n/z pisarz Federico Moccia podczas wywiadu w kawiarni przy ul.francuskiej
fot. Agnieszka Kalus

Federico Moccia, autor wielu romantycznych powieści dla młodzieży, m.in. „Trzech metrów nad niebem” i „Tylko ciebie chcę” odwiedził Warszawę przy okazji promocji powieści „Tylko ty”, której akcja rozgrywa się w Polsce, dokąd przybywają bohaterowie znani z „Chwili szczęścia”.

 Agnieszka Kalus: Gdy powiedziałam koleżankom, że będę z Panem rozmawiać, były zaskoczone tym, że jest Pan mężczyzną. Tak dobrze wnika pan w nastoletnie umysły i opisuje świat młodych ludzi, że sądziły, że Federico Moccia to pseudonim pisarki młodego pokolenia. Skąd u Pana taka wiedza?

Federico Moccia: To samo powiedziała mi dziś na spotkaniu pewna młoda dziewczyna, której bardzo podobały się moje książki. Przyznała, że często się przy nich śmiała, ponieważ odnajdywała się w opisanych przeze mnie postaciach i  uważała je wręcz za swoich przyjaciół stojących przy niej w trudnych chwilach. Ja sam mam dwie siostry, moja matka ma również siostrę, która ma dwie córki, oprócz tego były dwie ciotki, więc jak mój ojciec szedł do pracy, to ja zostawałem sam z tymi dziesięcioma kobietami. Przysłuchiwałem się ich rozmowom, mogłem dobrze wejść w ich kobiecy świat. Muszę przyznać, że czasem sam się dziwię, iż jedynym skutkiem przebywania w tym babińcu jest to, że rzeczywiście potrafię dobrze pisać o świecie kobiet.

Przy okazji tego tematu chciałabym zapytać o język. W opiniach znalezionych w internecie znalazłam wiele opinii na temat języka powieści. Czytelnicy podkreślają, że jest taki, jakim się posługują na co dzień, przez co historie i bohaterowie stają się bardzo autentyczni. Jak Pan to robi?

Opisując jakąś postać zanurzam się w niej niemal całkowicie, podobnie, jak wydaje mi się, robią to aktorzy, którzy muszą odegrać jakąś rolę. Kiedy piszę dialogi, w których występują kobiety, wyobrażam sobie, jakie one są. Inaczej będzie mówiła młoda dziewczyna, inaczej babcia. Od razu staram się wejść w melodię ich języka i sposób mówienia. Czternastolatka wyrzuca z siebie słowa w tempie karabinu maszynowego i tak naprawdę nie można zrozumieć, co chce przekazać. Kobieta dojrzała mówi w jeszcze inny sposób. Bardzo bym chciał, żeby czytelnik podczas lektury wiedział, kto w danym momencie mówi, nawet bez wskazania, kto wypowiada daną kwestię.

Moim zdaniem, jakość pisarza zależy od tego, czy potrafi być dobrym obserwatorem, czy jest ciekawy świata, czy potrafi pożerać oczami i uszami to, co ma wokół siebie i czy potrafi to w sobie skumulować do momentu pisania książki. Na przykład teraz rozmawiając z panią słyszę i widzę tamtego głośno mówiącego człowieka przy sąsiednim stoliku i jestem pewien, że pojawi się kiedyś w mojej książce. Jest to typowy chłopak z Polski. Być może powróci w zupełnie innym kontekście i charakterze, ale na pewno to będzie on. Bazując na nim będę potrafił stworzyć właśnie taką postać i nadać jej większą wiarygodność.

Panuje opinia, że młodzi ludzie stronią od książek. Natomiast Pan pisze dla młodzieży i o młodzieży. Czy początki Pana literackiej kariery były obiecujące?

Nigdy nie zastanawiałem się dla kogo piszę. Zacząłem pisać, ponieważ chciałem opowiedzieć pewną historię. Pierwszą książkę [„Trzy metry nad niebem”] napisałem w 1990 roku. Wysłałem ją do różnych wydawnictw, ale nikt nie chciał jej opublikować. W końcu zdecydowałem się zrobić to własnym sumptem. Wydałem ją w bardzo małym wydawnictwie. Na prezentację książki przyszła moja rodzina i przyjaciele. Wszyscy byli przeszczęśliwi, ale pewnie bardziej podobało im się to, że mogli zjeść dobrą pizzę, wypić dobry aperitif i popatrzeć na piękne hostessy, które sprzedawały tę książkę.

Pamiętam, że tamtego roku na plaży zauważyłem dziewczynę, która opalała się na leżaku i czytała moją książkę. Usilnie próbowałem się zorientować, w którym jest momencie, bo akurat głośno się śmiała. Byłem ciekawy, co ją tak bardzo rozbawiło. Było to dla mnie olbrzymie przeżycie, bo po raz pierwszy miałem do czynienia ze swoim czytelnikiem. Ta dziewczyna prawdopodobnie pomyślała, że próbuję ją poderwać, ponieważ co chwila koło niej przechodziłem. A ja pragnąłem jedynie podpatrzeć, co akurat czyta, i czy śmieje się w tym momencie, w którym chciałem, żeby czytelnik się śmiał, czy może rozśmieszyło ją zupełnie co innego.

Sukces przyszedł dopiero po dwunastu latach. Przez ten czas książka, która nie była dodrukowywana, krążyła w postaci odbitek ksero. Pewnego razu producent filmowy, który znalazł się w punkcie ksero, zobaczył te wszystkie wydruki. Zainteresował się nimi, zapytał, o co w tym chodzi, wziął jedną kopię i po jakimś czasie zadzwonił do mnie, ponieważ postanowił nakręcić film w oparciu o tę książkę. Wówczas wszystkie wydawnictwa, które dwanaście lat wcześniej odrzuciły powieść, bardzo zainteresowały się jej wydaniem.

Naprawdę nie myślałem, do kogo kieruję tę powieść. To była historia, którą chciałem opowiedzieć, bo było to coś, co wydarzyło się w Rzymie, gdy byłem nastolatkiem.

Czytając „Tylko ty” odniosłam wrażenie, że umacnia Pan stereotypowy obraz Włocha – romantyka, ceniącego dobre jedzenie i wartości rodzinne. Czy to celowy zabieg?

Nicco i Gruby to niewątpliwie typowi włoscy, młodzi mężczyźni. W pewien sposób różnią się od siebie. Nicco pragnie, żeby znajomość z pochodzącą z Polski Anią oddaliła go od tego, do czego jest przyzwyczajony. Chciałby spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Granica Włoch przesuwa się dla niego wraz z pojawieniem się miłości.

Akcja powieści przenosi się do Polski. Czy bywał Pan w Polsce prywatnie?

Byłem w Polsce w 2005 roku. To była podróż związana z pracą, ponieważ przyjechałem tutaj na pierwszą zagraniczną projekcję filmu nakręconego na podstawie mojej książki „Trzy metry nad niebem”. Przyjazd do Warszawy po ponad dziesięciu latach pozwolił mi dostrzec wiele zmian i to nie tylko w tkance urbanistycznej miasta. Zauważyłem duży rozwój społeczeństwa, które teraz idzie ramię w ramię z pozostałymi krajami Europy.

W książce dowiadujemy się, że kawa jest u nas kiepska, nieporównywalna do tej w Rzymie. Czy jest coś, co Pana pozytywnie zaskoczyło w Polsce?

Bardzo smakuje mi kuchnia polska. Niektóre dania, które znałem z Włoch, tutaj przyrządzone w trochę inny sposób, zyskały specyficzny charakter i jeszcze bardziej mi smakują. Czymś takim są flaki, które znam, ponieważ we Włoszech również się je podaje, ale przygotowane w prostszy sposób i nie w formie zupy. Wczoraj miałem okazję skosztować flaków w Polsce i muszę powiedzieć, że miały charakterystyczny smak i były wyśmienicie przyrządzone.

Na portalu Goodreads znalazłam hiszpańskie wydanie „Tylko ty” i z zaskoczeniem odkryłam, że akcja dzieje się w Hiszpanii, nie w Polsce. Skąd pomysł na różne wersje książki?

Przyszło mi do głowy, żeby zrobić coś podobnego jak w kinie. Czasami film, który odniesie sukces w jednym kraju, później powstaje w innym kraju w nieco zmienionej wersji. Dobiera się tam aktorów i dostosowuje historię, tak zmienia akcję, żeby zwiększyć szansę na sukces. Pomyślałem, że mógłbym zrobić coś takiego z książką. Wyobraziłem sobie, że osadzenie akcji w jego kraju może być dla czytelnika ciekawym zabiegiem. Jednym z bohaterów jest wówczas ich kraj, ich zwyczaje i ich język. W zależności od tego skąd pochodzą dwie dziewczyny, które przyjeżdżają do Włoch w pierwszej części „Chwila szczęścia”, akcja przenosi się do innego kraju. Ale, w zaufaniu mogę powiedzieć to, co przekazał mi Nicco – Polka podobała mu się najbardziej.

Czy polskie czytelniczki mogą spodziewać się dalszego ciągu miłosnych perypetii Ani i Nicco?

Nie jest to wykluczone. Na pewno bardzo ciekawym zabiegiem byłoby doprowadzenie do ślubu tej pary. Można by osiągnąć efekt komiczny podobny do tego jak w „Moim wielkim greckim weselu”. Najciekawszy  byłby etap przygotowań do wesela. Tutaj na scenę musiałyby wkroczyć siostry Nicco, a wraz z nimi komplikacje wynikające ze zderzenia dwóch kultur, zawirowania w kwestiach kulinarnych, dobieranie menu na wesele. Wszystko to byłoby bardzo ciekawe i skomplikowane.

I zapewne niezwykle zabawne.