Kobieta, która spadła z nieba, Simon Mawer

Znak, 2013

Liczba stron: 400

Simon Mawer zapisał się w mojej pamięci jako autor doskonałej książki pt: „Przestrzeń za szkłem”. Nic więc dziwnego, że w ciemno wybrałam kolejną jego powieść. W ciemno, bo nawet nie zapoznałam się z opisem na okładce. I tym razem akcja książki toczy się podczas drugiej wojny światowej, jednak w centrum wydarzeń znajduje się młoda kobieta, dziewczyna wchodząca w dorosłość.

Marianne na początku wojny przeprowadziła się z rodziną z Francji do Anglii. Tęskni za swoim życiem w Paryżu, lecz wie, że znajdująca się w rękach Hitlera stolica jest nieosiągalna. Tymczasem dziewczyna pracuje dla wojska wykonując jakąś żmudną pracę przy nanoszeniu pozycji samolotów na mapy. Fakt, że płynnie porozumiewa się w dwóch językach zwraca uwagę wywiadu. Marianne zostaje zwerbowana do specjalnej grupy szkolącej wywiadowców i agentów, którzy zostaną zrzuceni nad terenem Francji. Szkolenie i udział w pierwszych akcjach są przyspieszonym kursem dojrzewania dla niewinnej dziewczyny. Nowe tożsamości, imiona i ciągły stres są od teraz nieodłącznymi towarzyszami jej życia. Najgorsze, że nie wiadomo kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.

„Kobieta, która spadła z nieba” to udane połączenie powieści szpiegowskiej, psychologicznej i romansu, to historia zainspirowana losami kobiet z elitarnego brytyjskiego oddziału SOE. Marianne, Alice, Ann-Marie – chociaż ma tak wiele tożsamości i dużo doświadczenia jako agentka wywiadu, wciąż pozostaje zagubioną dziewczyną jeśli chodzi o uczucia. Tęskni za swoją pierwszą miłością, przyjacielem rodziny, który pozostał we Francji, lecz oddaje się uroczemu agentowi. Strach i namiętność idą w parze, więc wkrótce Marianne przestaje być dziewczyną i przekształca się w świadomą kobietę, która nie waha się igrać z ogniem.

Mawer stworzył przekonujący obraz tego jak dziewczyna przekształca się w kobietę, jak pokonuje słabości i dokonuje wyborów, które kosztować mogą ją życie. Warto podejść do książki bez oczekiwań, a na pewno nie powinniście nastawiać się na powieść sensacyjną, ponieważ wydarzenia związane ze szkoleniem i pracą szpiega w terenie są drugoplanowe, choć podane w sposób emocjonujący.

Żółte ptaki, Kevin Powers

Insignis, 2013

Liczba stron: 285

Przeczytałam sporo książek o wojnie, z tym, że zazwyczaj dotyczyły one pierwszej lub drugiej wojny światowej lub wojny w Wietnamie. Współczesnej, zbeletryzowanej relacji jeszcze nie miałam okazji poznać, więc bez wahania sięgnęłam po głośną w USA powieść pt: „Żółte ptaki” dotyczącą wojny w Iraku. Od pierwszych stron uwagę zwraca język, jakim napisano tę książkę. Zapewne nie tego byście się spodziewali po żołnierskiej relacji. Stąd też nie dziwi mnie za bardzo kwiecie na okładce.

Opowieść szeregowca, który zgłasza się na ochotnika i po obowiązkowym przeszkoleniu trafia do szczególnie paskudnej części Iraku od początku niesie ze sobą zapowiedź czegoś niedobrego. Młodzi rekruci pod rozkazami niewiele starszego, lecz znaczniej bardziej doświadczonego dowódcy wykonują różne misje w terenie, podczas których widzą umierających ludzi stojących po obu stronach konfliktu. Przyjaźń między narratorem i równie nieopierzonym kumplem Murph’em pomaga tej dwójce w trudnych sytuacjach, choć to narrator czuje się odpowiedzialny za bezpieczeństwo zaledwie osiemnastoletniego kumpla. To poczucie odpowiedzialności doprowadzi do czegoś więcej niż traumy powojennej.

W tej książce jest wszystko to, czego spodziewałam się po książce wojennej – opisy akcji, ludzie umierający na różne sposoby, przyjaźń, sporo napięcia oraz żałosny obraz cierpiącego młodego człowieka, zmagającego się ze skutkami stresu bojowego oraz poczuciem winy. A jednak „Żółte ptaki” to książka zupełnie odmienna od tego, czego się spodziewałam. Jak już wspomniałam, powieść przesycona jest dość lirycznym klimatem, rzeczy nie zawsze są nazywane wprost, a narrator jest osobą hiperwrażliwą na piękno otaczającego go świata. Książka nie jest taka, jakiej się spodziewałam, ponieważ sądziłam, że ciężko mi się będzie ją czytało, tymczasem „wchodziła” zaskakująco lekko – aż za lekko jak na poruszaną tematykę, przez co chwilami odnosiłam wrażenie, że ślizgam się jedynie po powierzchni, nie docierając do tego, co najważniejsze.

Odchodząc od samej treści książki zaczęłam się zastanawiać nad tym, co przecież oczywiste, a co do mnie wcześniej nie docierało. Wojna żywi się niedojrzałymi chłopakami, którzy chcą coś sobie udowodnić. Ledwie odrosną od ziemi, wyrywają się do armii, za jedyne doświadczenie w temacie walki mając kilka filmów wojennych i gier komputerowych. Wstrząs jaki przeżywają stykając się z realną wojną, zabitymi ludźmi i konsekwencją swoich działań, niejednokrotnie ich przerasta. Nieumiejętność radzenia sobie ze stresem, strachem, odpowiedzialnością zbiera duże żniwo. Dorosły człowiek miałby problem, gdyby postawić go w tak ekstremalnej sytuacji, dzieciaki w szeregach armii amerykańskiej przechodzą prawdziwą traumę. O tym właśnie jest ta smutna książka.

Dziewczyny atomowe, Denise Kiernan

Otwarte, 2013

Liczba stron: 440

Co prawda pomysł na Projekt Manhattan powstał w centrum Nowego Jorku, lecz trzeba było czasu i przestrzeni, żeby ideę wprowadzić w życie. Rząd amerykański postanowił zbudować wielki kompleks naukowy z dala od wybrzeży. Zaludniono go pracownikami rekrutowanymi z całego kraju. Oprócz naukowców nikt z pracowników i mieszkańców Oak Ridge nie wiedział czemu służy ich praca. Podobnie było z bohaterkami tej książki, które wykonywały różne zadania – pracowały w biurach, na halach produkcyjnych, jako statystycy, pielęgniarki i sprzątaczki. Każda z nich została najpierw dokładnie sprawdzona, następnie otrzymała przepustkę uprawniającą do wstępu tylko do miejsc, gdzie ich obecność była niezbędna. Każda z nich również dostała instrukcje nie opowiadania nikomu o swojej pracy (jakkolwiek nieważna mogłaby się wydawać), ich korespondencja podlegała cenzurze, a w obawie przed dekonspiracją na terenie bazy kręciło się mnóstwo szpiegów nadstawiających uszu i wyławiających tych, którzy za bardzo się wszystkim interesowali.

Taka atmosfera nie służyła ludziom, jeśli do tego dodamy złe warunki mieszkaniowe, oddalenie od osad ludzkich i wrogość mieszkańców okolicznych miast, naprawdę nie ma czego zazdrościć mieszkańcom Oak Ridge. Większość nie rezygnowała z pracy z dwóch powodów – wysokich zarobków oraz poczucia misji – nie ukrywano przed nimi, że ich praca służy celom wojskowym i może przyczynić się do zakończenia wojny. Baza w Oak Ridge stała się w pewnym sensie eksperymentem socjologicznym.

Autorka na podstawie istniejących dokumentów oraz rozmów z mieszkankami Oak Ridge starała się zrekonstruować codzienne zmagania mieszkańców tajnego miasta w latach 1843-1945. Przedstawiła również powojenne losy swoich bohaterek. Dużo miejsca poświęciła wydarzeniom po zrzuceniu bomby atomowej na Japonię i odtajnieniu bazy w Oak Ridge. Nagle świat i sami mieszkańcy ponad 70 tysięcznego miasta dowiedzieli się, co było celem ich pracy przez te wszystkie miesiące. Mieszkańcy od początkowej euforii związanej z tym, że nazwa ich miasta nie schodziła z pierwszych stron gazet oraz radości z tego, że dzięki ich pracy zakończono wojnę, zaczęli odczuwać wyrzuty sumienia na myśl o ofiarach w Hiroszimie i Nagasaki.

Chociaż opowieść koncentruje się na głównych bohaterkach, jest naprawdę historią bazy wojskowej, która w krótkim czasie przerodziła się w wielkie tajne miasto nie istniejące na mapach i znane tylko nielicznym. W książce przedstawiono także skróconą historię badań naukowych, które doprowadziły do badań nad rozszczepieniem atomu i w rezultacie do powstania broni atomowej.

Cieszę się, że powstała książka podkreślająca zasługi kobiet w tajnym wojskowym projekcie. Ich praca i wkład naukowy były niedoceniane przez współpracowników, one same łatwo poddawały się dominacji mężczyzn – pokornie przyjmowały rolę pani domu i rezygnowały z ambicji i pracy zarobkowej. Ta, która znacząco posunęła badania nad rozszczepieniem atomu została pominięta i sprowadzona do roli asystentki naukowca, który po wojnie otrzymał Nagrodę Nobla. Podobnie potraktowano czarnoskórych, którym odmawiano wielu praw i specjalnie dla nich zbudowano dzielnicę podobną do slumsów, co było pierwszym w historii takim przypadkiem.

Warto przeczytać!

Legion, Elżbieta Cherezińska

Zysk i S-ka, 2013

Liczba stron: 800

Naturę mamy taką, że lubimy narzekać. Pamiętamy swoje krzywdy i niedole. Na pomnikach mamy męczenników. A przecież gdybyśmy jako naród tylko przegrywali, nie byłoby Polski. Znana z książek o średniowieczu, Elżbieta Cherezińska, wzięła się tym razem za drugą wojnę światową. Podrzucony jej przez wydawcę pomysł napisania o Brygadzie Świętokrzyskiej zaowocował powieścią zatytułowaną „Legion” i obejmującą swoim rozmachem 6 lat trwania wojny na ziemiach polskich.

II wojna światowa przedstawiona została poprzez wojenne losy kilku bohaterów – boksera pochodzenia żydowskiego Fenixa, jego narzeczonej Poli, jej brata, majora Leonarda Zuba-Zdanowicza (Zęba), Władysława Kołacińskiego (kapitana Żbika) oraz majora Władysława Marcinkowskiego (Jaxa). Wymienieni z nazwiska bohaterowie to postacie historyczne. Z początku ta mnogość postaci oraz ich poglądy polityczne i przynależność do różnych partii sprawiały, że ciężko mi było przedzierać się przez kolejne strony. Kiedy zaczęłam ich rozpoznawać, koniec książki zbliżył się błyskawicznie. Niestety.

„Legion” opowiada o tym jak w lubelskich lasach zaczęły formować się wojska partyzanckie, które później połączyły swoje siły w dwóch obozach – Armii Ludowej, gotowej rozkraść i sprzedać Polskę oraz Brygady Świętokrzyskiej, która do końca wierzyła w to, że Polska może wyjść z wojny obronną ręką, nie poddając się ani Stalinowi, ani Hitlerowi.

Powyższe stwierdzenie to duże uproszczenie z mojej strony, ale mniej więcej przybliża fabułę. A ta obfituje w przykłady na to, że nie było lekko być Polakiem w latach 40. Kraj podzielony był na obozy polityczne, które zaciekle się zwalczały. Nie było jednolitej armii, władze rezydowały na obczyźnie, kraj pozostał w chaosie. Ci, którzy najpierw prowadzili działalność podziemną, z biegiem czasu zaczynali dostrzegać szansę w walce partyzanckiej, a nie brakowało chętnych do wcielenia do leśnych oddziałów. Te jednak cierpiały na problemy aprowizacyjne. Co gorsza musiały zwalczać zapatrzone we wschód oddziały bandziorów żerujących na ludności cywilnej i podkopujących wiarę w wojsko polskie. Ponadto podlegały dwóm organizacjom: AK i NSZ, które nie mogły się dogadać w sprawie połączenia sił, choć ich żołnierze współdziałali ze sobą w terenie.

W książce mamy dziesiątki opisów akcji i potyczek, mnóstwo w niej sympatycznych postaci, sporo antypatycznych sprzedawczyków oraz kilku takich, co do których do końca nie wiadomo, bo w głębi serca dobrzy z nich ludzie, ale stali po niewłaściwej stronie. Cherezińska punktuje silne i słabe strony Polaków, które są chyba nie do wytępienia. Rozbicie polityczne, nieumiejętność zawarcia kompromisu nawet w słusznej sprawie, nadstawianie piersi do orderu przez tych, którzy podczas wojny tylko politykowali – to te złe. Pozytywne, które napełniają serce nadzieją, że nie jest z nami tak źle, to: odwaga, sprawiedliwość, niezłomność i … poczucie humoru.

Moja przygoda z „Legionem” dobiegła końca, a dni, kiedy czytałam powieść wypełnione były po brzegi emocjami: albo się rozczulałam i zagrzewałam chłopaków do walki, albo wkurzałam i chciałam mordować bolszewików gołymi rękami. Czułam się najbardziej podminowana czytając przypisy (umieszczone w tekście), z których jasno wynikało, że największe szuje zasiadały na najwyższych stołkach w PRL. Bohaterowie za to… Wiadomo przecież na czym polegały represje w czasach stalinowskich. Gdy doszłam do napisów końcowych, nawet moje sny wypełniał las i partyzanci. Chyba im pomagałam, bo podobno okropnie wierzgałam (i na pewno nie byłam sanitariuszką)!

Za wiele emocji w książce, którą doskonale się czyta i która jest prawdziwa z historycznego punktu widzenia, moja ocena może być tylko jedna: 6/6

Dziennik Helgi, Helga Weissova

Insignis, 2013

Liczba stron: 254

Wielu byłych więźniów hitlerowskich obozów zagłady dało świadectwo i spisało swoje wspomnienia z czasów pobytu w obozach koncentracyjnych. Z jednej strony tego typu wspomnienia są dokumentem, z innej próbą poukładania swojego życia. Jednakże wśród licznych pamiętników nie znajdziemy wielu, które wyszły spod pióra dzieci. Oprócz Anny Frank nie przychodzi mi do głowy żaden inny autor. Teraz dołączyła jeszcze Helga Weissova, Czeszka, Prażanka, która najpierw trafiła do obozu z Terezinie, a następnie do Auschwitz.

Książka, która właśnie się ukazała, powstała na podstawie zapisków czynionych przez kilkuletnią Helgę jeszcze przed wojną – pierwsze wpisy dotyczą kolejno wprowadzanych restrykcji dotykających ludności żydowskiej. Mała Helga musi opuścić swoją dotychczasową szkołę i uczyć się na „tajnych kompletach” wraz z małą grupką innych żydowskich dzieci. Spotykają ją nieprzyjemności na podwórku, niektóre aryjskie dziewczynki odwracają się od niej. Największy strach wzbudzają w niej przymusowe wysiedlenia ludności żydowskiej. Kiedy przychodzi kolej na rodzinę Helgi ta zostawia prawie cały dobytek. Mówi się im, że jadą do innego miasta, gdzie będą wśród „swoich”, szybko jednak okazuje się, że pobyt w Terezinie nie należy do przyjemności. Chociaż nie może się równać do Auschwitz.

Dziecko, które czuje restrykcje i doznaje poniżenia, które musi opuścić swój dziecięcy świat tylko dlatego, że ktoś zdecydował, że ludzie dzielą się na lepszych i gorszych, zadaje nieustannie pytanie: dlaczego? Dlaczego koleżanki boją się z nią bawić? Dlaczego musi rozstać się ze swoją najlepszą przyjaciółką? Dlaczego musi chodzić głodna? Dlaczego rodzice muszą mieszkać po dwóch stronach muru? Dlaczego nie może swobodnie rozmawiać z tatą? Dlaczego jest uwięziona?

Nie muszę chyba wspominać, że im dłużej trwała wojna, tym pogarszały się warunki więźniów, tym częściej wywożono ich do innych, straszniejszych obozów, w tym do Auschwitz, o którym w Czechach nie wiedziano niczego konkretnego oprócz jakichś aluzji i wzmianek. Kulminacyjna scena tułaczki, w hitlerowcy nie wiedzą co zrobić z więźniarkami naprawdę chwyta za serce.

Dobrze, że wciąż publikowane są takie książki. Większość ofiar nazizmu już nie żyje, ci którzy jeszcze pamiętają czasy wojenne powinni o nich mówić. Ta książka powstała częściowo z potrzeby serca, częściowo po to, by zaspokoić ciekawość wnuczek autorki, które dopytują ją o wspomnienia z czasów pogromu Żydów. Dzięki temu, że autorka jest malarką i już od dziecka miała talent do rysowania w książce znajdziemy reprodukcje jej prac powstałych podczas pobytu w obozie w Terezinie. Przeczytajcie koniecznie!