Weź moją duszę, Yrsa Sigurdadottir

Muza SA, 2008

Liczba stron: 398

Przeczytałam kiedyś „Lód w żyłach”, który jest jedną z późniejszych książek serii o Thorze – prawniczce rozwiązującej zagadki kryminalne. W te wakacje chciałam zacząć serię od pierwszego tomu. I oczywiście … zaczęłam od drugiego. Pech. Ale na szczęście nie ma potrzeby czytania ich w kolejności chronologicznej i wydaje mi się, że niewiele straciłam pomijając na razie „Trzeci znak.”

Prawniczka Thora zostaje wezwana przez jednego ze swoich klientów na głęboką prowincję. Klient jest właścicielem luksusowego hotelu spa, który stanął na ziemi zakupionej od pewnego rodzeństwa przy udziale kancelarii prowadzonej przez Thorę. Teraz właściciel ziemi skarży się na niedochowanie warunków umowy przez sprzedających i zatajenie informacji obniżającej wartość nieruchomości. O co chodzi? O pojawiające się, według niego, duchy. Thora w duchy nie wierzy, ale postanawia sprawdzić o co chodzi. Przyjeżdża do hotelu w złym momencie – właśnie zamordowano architektkę pracującą nad rozbudową posiadłości. Jej ciało znaleziono na plaży w pobliżu hotelu. Thora zamierza dowiedzieć się czym architektka naraziła się mordercy. W tym celu postanawia przyjrzeć się przeszłości tego miejsca, a ta skrywa wiele niespodzianek. Thora, między innymi, dokopuje się do nazistowskich korzeni byłych właścicieli posiadłości.

Książka sprostała moim oczekiwaniom, zabrała mnie w surowy, nadmorski krajobraz Islandii i zapewniła sporą dawkę rozrywki przy wciągającej intrydze kryminalnej. Duża w tym zasługa sympatycznych bohaterów – Thory, która wkrótce zostanie babcią, po niefortunnej seksualnej przygodzie swojego szesnastoletniego syna oraz jej partnerowi, Niemcowi z pochodzenia, byłemu policjantowi z zawodu. Połączenie współczesnych morderstw (na jednym się nie skończy) z mroczną przeszłością miejsca, na którym stanął hotel jest pomysłem dobrym, ciekawie spisanym i niezwykle wciągającym. Koniecznie muszę przeczytać pozostałe książki w serii oraz najnowszą powieść, nie o Thorze – „Pamiętam cię.”

PS. Rzadko się czepiam, ale w tej powieści natknęłam się na rekordowo dużo „zonków” językowych. Rażących. A zawsze postrzegałam Wydawnictwo Muza za dbające o poprawność językową swoich książek. Zakładam, że to pojedynczy wypadek przy pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *