Wiadomość ze Sztokholmu, Janusz Grabowski

Marginesy, 2012

Liczba stron: 302

Kryminał z akcją na polskim wybrzeżu oraz w Sztokholmie pobudził moją wyobraźnię. Opis z okładki dołożył swoje i tak oto stałam się posiadaczką debiutanckiej powieści Janusza Grabowskiego, Polaka mieszkającego w Szwecji, czyli znającego dobrze środowisko, o którym pisze.

W trójmiejskim porcie zostają znalezione zwłoki nagiej kobiety. Są one okrutnie okaleczone. Policjanci nie są w stanie określić tożsamości zamordowanej, urywają się niemal wszystkie tropy. Jedyny, jaki pozostaje związany jest z nicianą plecionką, którą kobieta ma na przegubie dłoni. Śledztwo prowadzi nadkomisarz Ewa Wichert. Po niedługim czasie szwedzka policja informuje o podobnym przypadku. Ale to jeszcze nie koniec tragicznych wydarzeń.

Policja czepia się każdego tropu, a śledztwo prowadzone jest na szeroką skalę – przede wszystkim koncentrując się na trójmiejskim półświatku. Zespół Ewy Wichert odwiedza domy publiczne, bary topless i różnego rodzaju agencje towarzyskie.

W książce ciekawie przedstawione są realia życia w Szwecji, a przede wszystkim podejście Szwedów do związków i małżeństwa. Intryga kryminalna jest wystarczająco zawikłana, żeby budzić ciekawość czytania dalej. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fatalny warsztat autora…

Pierwsze 50 stron to z mojej strony zgrzytanie zębami. Najpierw po oczach dały mi marki firm. Nie można było napisać, ze Ewa biega w dresie i słucha muzyki. Trzeba było nazwać wszystkie marki – od butów, przez bluzę aż po odtwarzacz. I tak prawie na każdej stronie, przy byle okazji. Nie wydaje mi się aby nieznany polski autor, wydający w dość niszowym wydawnictwie otrzymywał jakieś tantiemy od wymienionych firm za „lokowanie produktu” na stronach swojej powieści. Widocznie marki imponują samemu panu autorowi i redakcji, która ich nie pousuwała.

Druga rzecz to drętwe dialogi. Przykład? Odsyłając ciało ofiary w celu wykonania sekcji, Ewa Wichert mówi swojemu podwładnemu co patolog sądowy powinien ustalić w jej trakcie. Jakby nikt inny o tym nie wiedział, łącznie z lekarzem wykonującym ten zawód i trzeba było mu przypomnieć co leży w jego obowiązkach. Sam lekarz to też niezły agent, bo po przebadaniu jednych tylko zwłok bez cienia wątpliwości stwierdził, że policja ma do czynienia z seryjnym mordercą. Co więcej, policja już o tym wiedziała wydobywając te jedne zwłoki z kanału portowego. O rany! Kto w to uwierzy? Patolog, który jest psychiatrą profilerem i tak przewidujący policjanci…

Po początkowych zgrzytach fabularno-językowych akcja się rozkręca i właściwie nie wiem czy jest lepiej spisana, bo fabuła wciągnęła mnie na tyle, że przestałam zwracać uwagę na niedociągnięcia. Do pewnego momentu. Policjantka prowadząca śledztwo w sprawie morderstwa powiązanego prawdopodobnie z półświatkiem, po jednym spotkaniu zaprzyjaźnia się z właścicielką agencji i zaczyna się z nią prywatnie spotykać. Te awanse w policji to za co dają? Przecież ta Ewa jest naprawdę wyjątkowo głupia. I oceniam ją nie tylko przez pryzmat jej słabości do Aleksandry. Równie niespójne jest jej podejście do mężczyzn, byłego męża oraz metody wychowawcze. A propos, widzieliście kiedy nastoletniego chłopaka, który rzuca się w ramiona ojca, którego raptem nie widział od tygodnia?

Kolejna rzecz – skoro morderca pozbawia swoje ofiary ubrań i wszelkich elementów mogących pomóc w ich identyfikacji, to po jaką cholerę, pytam, zostawia im na nadgarstkach plecione bransoletki? Czyżby był aż takim altruistą w stosunku do policji? A może zupełnie nie wierzył, że ktoś z komendy może być na tyle rozgarnięty, żeby pójść tym tropem? Pewnie ani to, ani tamto. Po prostu w innym przypadku nie byłoby żadnego tropu i… klapa. Nie ma śledztwa, nie ma książki.

I tak to się kręci do sceny finałowej, której dramatyzm przerywa kolejny „zonk” – tak głupi, że aż się pisać nie chce, a dotyczy pościgu za uciekającym złoczyńcą. Nijak to nie gra w czasie, chyba, że uciekając facet zatrzymał się na kawkę, albo może próbował iść na rękach do tyłu. A może po prostu czekał patrząc aż koledzy uwolnią jego rywalkę, a ona założy ubranie, odnajdzie wyjście, przebiegnie nieznanym sobie korytarzem i go dogoni.

Ech… Czyżby przed wydaniem nikt tej książki nie przeczytał? Pewne rzeczy są do naprawienia bez szkody dla reszty i bez większego wysiłku ze strony pisarza i redaktora. W takiej formie nie powinna zostać wydana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *